Pozwolę sobie sprostować, jako średniozaawansowana użytkowniczka, że fizjoterapia to nie lasery, cewki i inne magnetrony.
To się u nasz w uzdrowisku nazywa fizykoterapia.
Fizjoterapia to jest miąchanie manualne przez faceta z ręcami jak bochny lub drobną niewiastę o zaskakującym potencjale nacisku w wypielegnowanych łapkach. Względnie Gimnastyki rozmaite i tortury na przyrządach, ale zasadniczo unplugged. Łamanie kołem, łoże madejowe, podwieszanie u powały za nadgarstki, te sprawy.
Ale historia przednia.
Z jedną z moich pań fizykoterapeutek (od ultradźwięków i dmuchania azotem) zgadałyśmy się zresztą na temat potrzeby działania holistycznego na zadany układ.
Mianowicie, taka na przykład krioterapia to ma widoczne działanie, kłęby mroźnej pary, coś szumi, coś pizga mrozem... Ultradźwięki, no powiedzmy, że jeszcze pacjent coś tam odczuwa, mokry żel, miąchanie gałką...
Ale na przykład takie leżenie w polu magnetycznym? No przecież nic się nie dzieje. Nic nie grzeje, nic nie mruga, nic nie popiskuje mechanicznie nawet. Znaczy, nie wiadomo, czy działa. Bo jak ma działać, jak widać, że nie działa? I czasami faktycznie działał efekt anty-placebo, czyli efekty były mniejsze, niż zakładano. Albo pacjent rezygnował, bo po co ma czas marnować, skoro nic się nie dzieje...
No więc czasami personel ucieka się do drobnych oszustw, żeby przekonać podświadomość (i świadomość) pacjenta, że hej, tu się jednak coś dzieje. A to lampkę nastawią, żeby oświeciła (względnie lekko podgrzała) namagnesowywane miejsce. A to jakieś pikadełko włączą...
Ale żeby aż takie efekty specjalne, to raczej nie. W każdym razie o takich mi nie opowiadała.