ŚRUBKA
Pewnego mglistego, ale za to deszczowego popołudnia, w pewnym angielskim miasteczku urodził się zdrowy, różowy, czterokilogramowy noworodek. Fakt ten, banalny, nie byłby wart wzmianki, gdyby nie to, że w jego pępku odkryto małą, złotą śrubkę - wrośniętą mocno - główką na zewnątrz. Lekarze miejscowi, a później nawet z Brighton, interpretacje tego fenomenu zakończyli na uczonym kręceniu głowami. Mijały lata. Nikt nie dawał rozsądnego wyjaśnienia. Tymczasem młody Thomas rozwijał się prawidłowo. Najpierw bez przeszkód nauczył się chodzić, mówić, bawić z rówieśnikami i niczym nie różniłby się od przeciętnego angielskiego dziecka, gdyby nie owa złota śrubka w pępku. W stosownym wieku rodzice zaprowadzili go do szkoły. Stopnie miał przeciętne, broił też nie więcej od innych. W zasadzie, nie odstawał od statystycznej normy dla uczniów angielskiej prowincji, z wyjątkiem szczegółu - złotej śrubki w pępku. Rósł i stawał się młodzieńcem. Poszedł do college’u. Z dumą nosił granatową marynarkę z emblematem i krawat w paski. Nadal nic nie różniłoby go od przeciętnego Anglika, który postanowił się kształcić, oprócz tajemniczej złotej śrubki w pępku, do której przywykł, choć przecież go intrygowała. Nie mógł nie czuć się kimś wyjątkowym. Korzystna samoocena obudziła w nim pewne ambicje - uczył się coraz lepiej, aż zapragnął studiować w Cambridge. Jako student renomowanej uczelni, nie wyróżniał się - jeśli nie liczyć złotej śrubki w pępku, która w dalszym ciągu całą tajemnicę swojego przeznaczenia zachowywała dla siebie. Po studiach zmuszony został zająć się firmą swojego ojca, który właśnie podupadł na zdrowiu. Rozwinął ją i zwielokrotnił zyski. Rozbudował dom rodzinny. Ale wszystko to robił, jakby, od niechcenia; myśli jego, bowiem, uciekały coraz częściej w kierunku zagadki życia - za która miał, naturalnie, swoją złotą śrubkę w pępku. Kiedy tylko wyprawił ojca swego, na czele uroczystego i kosztownego konduktu, w ostatnią przejażdżkę, w jego głowie skrystalizował plan: oto sprzeda swoje akcje i zbędzie plenipotencje, żeby wyruszyć w podróż po świecie, w poszukiwaniu prawdy. I pojechał. A nie było kontynentu, którego by nie odwiedził. Zaglądał do siedzib uczonych i chat czarowników. Wszystko po to, żeby w końcu znaleźć mędrca, który zdoła wyjaśnić sens skryty w złotej śrubce zajmującej centralny obszar jego pępka. Przez całe lata peregrynował bez powodzenia, choć zyskał dojrzałość znaczną i duchowe rozwinięcie wykształcenia. Wreszcie, kiedy już zdawało się braknąć miejsc, w których nie był; kiedy determinacja wydawała się go opuszczać, a zwątpienie nadgryzać moc postanowienia - usłyszał o istnieniu świętej góry Arunachala. Przebywał tam mnich, o którym mówiło się, że potrafi przeistaczać materię organiczną w złoto - i odwrotnie. Thomas intuicyjnie odgadł - że to ten! Odzyskał pełnię otuchy. Odnalazł górę i zaraz wspiął się do groty, którą wskazali mu przewodnicy. Wewnątrz zobaczył starca, który mamrocząc, wypowiedział słowa, dające się zinterpretować jako „czekałem na ciebie”. Przybysz, w podnieceniu, zasypał mędrca setką pytań, lecz ten - nie powiedział nic więcej, tylko wskazał w stronę sklepienia. Gestami wytłumaczył, że muszą iść. Muszą iść zaraz. Udali się na sam szczyt góry. Tam, przez trzy noce i trzy dni pościli w milczeniu, medytując. Trzeciego dnia w południe, na błękitnym bezkresie nieba pojawił się daleki obłok o dziwnie regularnym kształcie. Począł zbliżać się ku nim. Rósł w oczach, osiągając wreszcie rozmiary chmury. Wtem zatrzymał się. Padli na klęczki. Thomasowi zdało się, że słyszy dźwięki podobne do jego wyobrażenia o fanfarach niebieskich. Chwila była wielka. Z białej mgły wyodrębnił się jakby, złoto połyskujący, róg, który powoli wirując, zbliżył się do brzucha Thomasa. Bardzo wolno wykręcił mu z pępka złotą śrubkę, która następnie spadła na skałę, wydając ledwie słyszalny, złoty brzęk. Thomas poczuł ogarniającą go euforię i podobne do seksualnego - uniesienie. Wstał z klęczek. I dupa mu odpadła.