CACUSZKO
Człowiek kulturalny jest istotą współczującą. Lecz są dramaty gdzie dobro w starciu ze złem tak się zapomni, że nie wiadomo, kogo bardziej żałować.
Trwała jeszcze komuna. W Zakopiańskim Klubie MPiK, przy tzw. dolnej czytelni działał barek kawowy. Od kiedy zaczęła go prowadzić młoda blondynka o niecodziennej urodzie, stoliki do czytania i wysokie stołki przy barze zapełniły się nową, liczniejszą publicznością. Wiem, bo widziałem. Widziałem, bo dowodziłem księgarnią obok - z widokiem na barmankę i jej gości. Przy kolejnej kawie zamówionej w tym barze, zostałem obdarzony zaufaniem i wtajemniczony: gwiazda baru wzbogaciła serwowany asortyment. Oprócz dotychczasowej, szacownej kawy z papieroskiem i ciasteczek, można było, przy lekturze, pokrzepić się wódeczką. Trunek był podawany spod lady - najczęściej jako dodatkowy składnik soku z czarnej porzeczki - i fundowany (sic!) przez bar. Czytelnictwo prasy międzynarodowej na tym poziomie budynku gwałtownie wzrosło. Od dawna wiadomo było, że ludzie oczytani, naczytawszy się różnych niefiltrowanych treści, już od rana kieliszka łakną, a procenty skutkują tak - że jeszcze bardziej czytać się chce. Na przybarkowych hockerach przysiadały koleżaneczki barmanki. Było estetyczniej. Kultura wzrastała.
Zagadkowa strategia baru wyglądała na dokładanie do interesu. Później okaże się, że główny dochód pochodził z zyskownej sprzedaży deficytowych papierosów. Niestety, przedsiębiorczyni - ofiarnie przepijając do klienteli - słaniała się na nogach z przepracowania. W tych warunkach musiała zarzucić prowadzenie wewnętrznej księgowości. W końcu nie miała pojęcia, jaki jest bilans pieniędzy prywatnych i służbowych - ostatecznie wszystko trzymając w jednej kasie. Nagły remanent wykazał znaczącą superatę, czyli - klęska. Ale powróćmy do czasu prosperity.
Było lato. Do barku zaczęła uczęszczać śliczna dziewczyna świeżuchnej urody. Nosiła krótkie, białe sukienki w subtelne kwiatki, na szeleczkach. Jej nieśmiały wdzięk osłabiał mężczyzn i kobiety. Czytelnicy przy stolikach nie mogli utrzymać wzroku na wydawnictwach - ten bowiem uciekał ku barowym stołkom, na jednym z których spoczywała zgrabna pupka; poniżej zwisały apetyczne nóżki, a z nich jedna zwykle dyndała boso, bo pantofelek się zahaczał o podpórkę i zzuwał. Ten widok i powodowany przezeń efekt socjologiczny, podnosiły bez wątpienia rangę całej instytucji.
Wtedy, nagle, bez sensownego wytłumaczenia, do baru tego przyszło dwóch młodych milicjantów i zamówiło kawę. Szok był powszechny. Bywalcy szeptali, popatrując co rusz, ukradkiem. Zmienił się klimat. Jak by ktoś muzykę zgasił. Na domiar niesmaku chłopcy w niebieskich mundurkach zaczęli swobodnie rozmawiać i uśmiechać się do barmanki; doszło także do pożądliwego zerkania na „nasze bosostope Cacuszko” - oczywista profanacja. Niestety, kłopoty dopiero miały się zacząć: panowie przyszli powtórnie, a potem zadomowili się. Gorzej - zagadywali do „Cacuszka” i ono podjęło rozmowę. Jeszcze gorzej: nasze niewinne dziewczątko stopniowo dawało się wciągać we flirt! To był cios w nasze kulturalne serce.
Przypomnę młodszym - co to była milicja. Zbrojna w władzę bezpośrednią nad obywatelem brudna ręka opresyjnego systemu. Mieć w rodzinie milicjanta - oznaczało wstyd i wytykanie palcami. Według popularnego przekonania, do milicji szedł tylko człek podły, lub tępy. Żaden z moich znajomych nie miał znajomego, który skoligacony byłby z milicjantem - mogłem mieć wrażenie. Oczywiście, pod koniec komuny kondycja moralna milicji była już diametralnie różna od dawnej, ale ostracyzm, mocą rozpędu, obowiązywał.
Około września pogoda była ponura. W MPiKu ziało pustką. Stałem w drzwiach swojej księgarni i spoglądałem na wyludniony barek z myślą o drugiej kawie. Przyszedł jakiś facet w szarej marynarce i rozmawiał z barmanką. Odeszli od baru i usiedli przy stoliku, rozprawiając cicho. Na twarzy kobiety rysował się wyraz zatroskania. Zaraz po tej rozmowie przybiegła do mnie:
- Wiesz, kto to był?
- Nie.
- Milicjant.
- I czego chciał?
- Pamiętasz, w lipcu przychodziła tu taka dziewczyna, którą nazywaliście „Cacuszko”.
- Jasne, że pamiętam.
- I dwóch milicjantów, pamiętasz?
- Nie - takich na niebiesko ubranych? - to nie pamiętam.
- No właśnie. Ona ich obu, po kolei, zaraziła chorobą weneryczną.
- Ładne kwiatki! Tacy jeszcze młodzi byli!
- No co ty! Przecież oni żyją!
- A, to łajdaki. A ona?
- No, ten jeden, co tu był, to jej właśnie szuka, bo chciałby się ożenić.
I komu teraz współczuć?
p.s.
Tylko nie odpowiadajcie, że Stefanowi - poza tym .