A ja do Gdańska znowu samochodem.
Pomnę ja pomnę, jak wieki temu silna grupa kolegów z Chin przyjechałą do Krakowa a potem mieliśmy się razem udać (tu włączamy głos Maurycego) pod Tczew. Celu nie mogę zdradzić oczywiście, kluczowe jest to że udać mieliśmy się tam razem ale osobno. Koledzy chińscy zostali bowiem szczodrze wyposażeni w juany i dewizy i zaklepali sobie bilety na samolot. Mnie z kumplem życzliwie poradzono przejechanie się sznylcugiem, klasą drugą.
Rzecz wyszła dość przypadkowo na jaw na pewnym dość wysokiego szczebla meetingu korporacyjnym. Wyszło trochę gupio. Pracodawca wyjął zatem z kieszeni snejka i łaskawie zezwolił na rozpasane latanie. Oczywiście jako że finalna decyzja przeszła przez wszystkie dykasterie na dzień przed samym lotem to cena kojarzyła się raczej z przemysłem kosmicznym. Ale nawet mi ręka na myszce nie drgneła. Nie ze swojego przecież...