Nalewkę trafiliśmy wczoraj. Na barze stał słój pięciolitrowy z oliwkami. No to stał. Ciekawie się zrobiło, jak gospodarz obiektu odkręcił kranik i polał do dwóch kusztyczków znajomym patronom... Nurtowani ciekawością zapytaliśmy. Okazało się, że to winogrona, bynajmniej nie w occie. Dostałam jedno do spróbowania i chyba delikatny dym mi poszedł uszami, bo troskliwy barman zapytał, czy nie podać wody. Z godnością powiedziałam, że ma się nie martwić, bo u nas takie rzeczy to na śniadanie, i opuściłam lokal po linii mniej więcej prostej...
A dziś przerwa w tej rekonkwiście, bo Grzegorza dopadła zaraza o nazwie remanent, czy cóś. Praca, znaczy. Ale pracować na cyplu Gali z takimi widokami to każden by chciał, najprawdopodobniej...