Czereśnie po dychu, borówki duże po dwie. Leśne jagody po 35, do tego dobraliśmy jeszcze agrest i porzeczkę od zaprzyjaźnionej straganiarki, chyba po sześć wyszło, albo mniej, bo "oj tam, to już pani wszystko do końca nasypię, co ja z tym dalej zrobię".
No to zasadniczo nawet obiadu nie trzeba, obeżremy się owocem jak szpaki.
Zresztą gotować w taki upał to mordęga.