Autor Wątek: ANEGDOTY  (Przeczytany 89186 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59501
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #180 dnia: 20 Marca 2012, 19:33:09 »
Podsumuję dyskusję, bo nam mocno od anegdot odbiegła. Dobrze, jak rodzina, choćby zastępcza ma i starszych i młodszych członków. A i w naszej z tymi młodymi aż tak źle nie jest.
Udało się koledze jazzskiemu doprowadzić Stefana do wynyrzeń. A ze Stefkiem to trudniejsze, niż z nuekiem.  ;)
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Offline jazzski

  • Hydraulik
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 980
  • słoiki dżemu truskawkowego +16/-1
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #181 dnia: 21 Marca 2012, 00:03:06 »
MOJA KARIERA PIŁKARSKA

   W tej anegdocie siłą rzeczy przyznam się w sprawie mojego stosunku do sportu. Otóż, od pierwszego dnia życia po dzień dzisiejszy nie udało mi się wygenerować w sobie ni krzty zainteresowania dla piłkarstwa, tym bardziej - dla klubów piłkarskich i ich wyników meczowych, a jeszcze mniej dla piłkarzy. Dżentelmeni ci wraz z całą machiną infrastrukturalną i finansową która ich obsługuje, czy też się na nich pasie, mogą zająć moją uwagę w stopniu porównywalnym z zagadnieniami wyrobu pamiątek regionalnych przez Indian z dorzecza Orinoko, którzy osiągają niebywałe mistrzostwo w operowaniu narzędziami drewnianymi.
   Od początku mojego żywota w domu mym obecne były narty i rowery. Piłka zaś była jedna - pachnąca i kolorowa. Znajdowała się w walizce na szafie, a kiedy latem wyjeżdżaliśmy do Sopotu, służyła mojej mamie do gry plażowej z innymi paniami. Posiadałem dwóch starszych braci, po których doniszczałem wspomniane rowery i narty, dysponując w efekcie dwa razy większą liczebnością sprzętu od każdego z nich. Rodzice zakazywali wymawiać brzydkie wyrazy i bawić się zapałkami. Natomiast - co dziś wydaje mi się zadziwiające - nie mieli nic przeciw temu żeby codziennie „ujeżdżać” na nartach  po dzikich stokach i urwiskach do późnego zmierzchu. Wracało się do domu na ostatnich nogach, po wszystkich bokach oblepionym będąc zlodowaciałym śniegiem, z zadrapaniami, stłuczeniami i czerwoną, szczęśliwą twarzą. Latem miałem sny - że po trawie narty zjeżdżają tak samo, jak po śniegu, ale czynione w tej materii próby nie chciały potwierdzić nocnych przekonań. Na rowerze radocha już nie ta sama, bo kto słyszał wtedy żeby rower prowadzić w góry i po kamieniach zjeżdżać w dół. Ale urządzało się ziemne „hopki”, z których leciało się powietrzem te kilka metrów. Większych „numerów” nie było. Rower towarzyszył mi potem już zawsze, dostarczając licznego szczęścia, zdrowia i pomyślności.
   W szkole podstawowej było wyasfaltowane boisko do gry w różne rzeczy, które zimą zmieniano w lodowisko. Mogła, ale nigdy nie przyszła mi ochota żeby dołączyć do ogrodzonego siatką grona wrzeszczących, plujących i po prostu nie podobających mi się osobników, którzy najwyraźniej znajdowali upodobanie w uganianiu się za mniejszym, albo większym skórzanym przedmiotem w atmosferze wyzwisk i  szarpaniny. Łyżwy też nie mogły mnie zainteresować, bo jeśli już następował czas śniegu i można było szaleć na nartach jak wolny człowiek - musiałoby mi chyba coś stać się w głowę żebym marnując cenny czas dał się zamknąć w prostokącie 30 na 60 metrów i kręcił się tam przy muzyczce po lodzie.
   Był też stadion do lekkiej atletyki, na którym mój najstarszy brat dawniej miał pono jakieś wyniki. Tym się trochę zainteresowałem i kiedy, z rzadka, wuefista urządzał tam zajęcia, skakałem do piaskownicy z rozbiegiem i bez. Rezultaty były stosunkowo dobre, bo byłem stosunkowo wyrośnięty, ale przy okazji odkryła się we mnie jedna kardynalna cecha: jestem całkowicie pozbawiony ducha rywalizacji. Uświadomiłem sobie że odczuwanie satysfakcji z pokonania kogoś drugiego jest dziecinne i najpewniej wszyscy tam obecni po kolei z tego wyrosną. W późniejszych latach - z trudem - dopuściłem do świadomości że nie wszyscy wyrosną, zarazem okrzepł we mnie pogląd że budowanie charakteru z akceptacją postaw rywalizujących jest ahumanistyczne (pewno miałem na to jakąś inną, do wieku stosowną, nazwę).
   Dorastając, kolejno rozpoznawałem że nudzą mnie i nie są w stanie zainteresować takie zajęcia, jak oglądanie skoków narciarskich, wyścigów motocyklowych na lodzie, a potem - że brzydzą mnie walki zapaśnicze, a boks przyprawia o wstręt. O piłce nożnej nadal nie pomyślałem ani razu. W ogóle nie wiem, czy wtedy były jakieś mecze i czy ktoś się nimi interesował. Z dziedzin ruchowych przybyła mi fascynacja wspinaczką. Jako dzieciak wagarujący, oblazłem z kolegą wszystkie skały w obrębie Tatr wapiennych, z czego najwyższym wybrykiem było przejście Giewontu po całej długości grani i powrót w jednym kawałku do domu. Ale trzeba było szkoły średniej akurat w Krakowie żebym natrafił na towarzystwo, które jeździło w Tatry z linami, hakami i wspinało się po dorosłemu. W Krakowie zapisano mnie do drużyny koszykówki. Po dwóch treningach uznałem to za stratę czasu i symulowałem skręcenie nogi żeby się wykręcić, a wkręcić się i oddać bez reszty mojemu pierwszemu w życiu zespołowi muzycznemu. O piłce nożnej nadal nikt przy mnie nie wspomniał - no, być może ktoś wspominał, ale pewnie termin ten był mi tak doskonale obojętny że mój mózg nie zarejestrował wspomnienia.
   Minęły lata, Warszawa, koniec roku 84. Na imprezie w pracowni przyjaciela - rzeźbiarza poznaję człowieka o nazwisku Starobrzański. Młody ten oryginał wynajął był od państwa za psi grosz sypiący się pałac w podwrocławskiej miejscowości Żeleźnik. Pałac był duży i wielokondygnacyjny. Wcześniej zajmował go P.G.R. i podobno na pałacowych parkietach hodował kury. Podobno - na wszystkich piętrach. Starobrzański z grupką jakichś hipisów zamierzał odnowić ten pałac, a tymczasem - zaprasza wszystkich obecnych do siebie na Sylwestra. Uwielbiałem Sylwestry, zwłaszcza urządzane w osobliwych miejscach, stąd w oznaczonym czasie, wraz z aktualną osobistą narzeczoną i plecakiem win znalazłem się na drodze biegnącej przez wieś do pałacu. Wtem dzieje się rzecz niesłychana: mijany miejscowy zdejmuje kapelusik i mówi „dzień dobry”. Zaskoczeni zjawiskiem, odpowiadamy niewyraźnie i z opóźnieniem. Po paru chwilach inny rolnik robi to samo! W pałacu opowiadamy wszystko Starobrzańskiemu, a on spokojnie wyjaśnia: przed wojną to miejsce nazywało się Eisenberg. Niemiec który mieszkał w pałacu, był dla chłopów dobry i ich nie poniżał, a oni mieli do niego szacunek. Ten stosunek przetrwał nawet mimo komunizmu i do teraz, jak widzą że idzie ktoś „pałacowy”, to go pozdrawiają.
   Nazajutrz po Sylwestrze, w pałacowej komnacie wyłożonej świeżym sianem obudziła się w swych śpiworach gromada skacowanych gości. Zanim kto zdążył dobrze przetrzeć oczy, wbiegł jakiś nie wiadomo kto i ogłosił że drużyna piłkarzy ze wsi wyzywa wszystkich pałacowych na mecz futbolowy, za godzinę na miejscowym boisku. Rzecz jasna nic mnie to nie obeszło mimo obudzonej w kilku gościach bezrozumnej uciechy i dalej oddawałem się karesom z niewiastą. Wtedy wkroczył gospodarz i objaśnił że to jest już doroczny zwyczaj, nikt nie ma prawa się migać - chodzi o honor pałacu, obronę inteligencji i szereg innych pryncypiów przeplecionych z imperatywami.
   Poszliśmy wszyscy. Mnie też żadna, przecież, religia nie zabraniała wchodzić na boisko, czy dotykać się futbolówki. Nie spodziewałem się zresztą żeby kiedykolwiek moja trajektoria mogła przeciąć się z trajektorią piłki - na to wszak boisko jest zbyt rozległe, a będzie jeszcze ze dwudziestu konkurentów. Biegałem więc wraz z innym, bacząc usilnie żeby zawsze biec w stronę piłki, nie inaczej. Potem zacząłem obierać kierunek na punkt w którym piłki jeszcze nie ma, ale może się znaleźć wyniku tego że jest w ruchu - przecie było mówione coś o inteligencji. Jednak piłka nigdy nie dolatywała do przewidywanego rejonu - zawsze znalazł się jakiś aktywista, który zaraz jej nadawał inny kierunek. Wtedy i ja obierałem nowy azymut i tak w kółko. W zasadzie, czułem się komfortowo i mogłem tak bronić honoru każdych wartości do ostatniego gwizdka. Prawie do końca meczu piłka nie wpadła do żadnej bramki i wyglądało że tak już będzie. Wtedy, pewnie z powodu zmęczeniem wywołanego bałaganu, gała przytoczyła się do mnie i nikt jej nie przejął. Sytuacja była dla mnie oczywista: Mam obowiązek ją kopnąć i to jak należy. Naturalnie, zrobiłem to bez wahania. Nogę miałem silną i wiedziałem o tym, a piłka poczuła. Poleciała niemal pionowo do góry.
   A zima tamtego roku była pogodna i bezśnieżna. Chłopi, normalnie, wyruszali traktorami w pole i coś tam pyrkali obłoczkami z rur wydechowych. Mało tego: kiedy poprzedniego dnia, jeszcze przed zmierzchem, poszliśmy się z narzeczoną przejść do lasu za pałacem, odbiliśmy wino o drzewo i korek poleciał na parę metrów, to podnosząc go odkryłem spokojnie kwitnące kwiatki, które do tego mieniły się złociście w zachodzącym słońcu.
   Aha. Więc słońce tak mocno oświetlało zachmurzenie znajdujące się nad piłką że ciężko było wypatrzyć jaki ona obierze kierunek, kiedy już będzie spadać. W końcu spadła na kark zdziwionego bramkarza i centralnie przeleciała bramkę. Zaraz był też koniec meczu, a dodatkowo ucieszyła mnie wieść że bramka należała do przeciwników. Niestety, wygraną w meczu było to że drużyna pokonana zaniesie zwycięzców na plecach na drugi koniec wsi - akurat gdzie pałac. Mnie przypadł zawodnik na oko o jedną trzecią drobniejszy, ale zawzięty - że zgroza. Nie dość że niewygodny, to jeszcze sapał tak miarowo, jakby to była jakaś wypracowana technika. Kiedy chciałem go zluzować, odpowiadał krótko - nie. Nie wiedział co ja cierpię - męczę drugiego sapiensa, który ma mózg i uczucia, sam znosząc niewygodę. Dopiero za połową dystansu zgodził się na darowanie kary i więcej go nie widziałem.
   Towarzystwa pałacowego nie znaliśmy, ani ono nas, ale nocna zabawa była przednia. Po meczu jednak zauważyłem przejawy dystansowania się samców i niechcący łowiłem okiem jakby niechętne spojrzenia. Wreszcie uchem dosłyszałem z dala tekst: „przecież on w ogóle nie wiedział, co z tą piłką zrobić - strzelec - psiakrew!”.
   Ponownie przyszło mi utwierdzić się w rozpoznaniu poczynionym po raz pierwszy w podstawówce: Osiąganie pożądanych efektów jest dla człowieka z pewnością wskazane i wychodzi mu na dobre. Ale zestawianie takiego efektu z efektami drugich w coś na kształt konkurencji, czyli rywalizacja - przynosi same pejoratywy. Jeden cierpi. Drugi ma za złe. A trzeci może - jedno i drugie.
 
p.s.
Kiedy będą mistrzostwa Europy, nie będę uciekał sprzed telewizora. Mecze Polaków obejrzę - o ile mnie drzemka nie złapie - i będą mnie obchodziły wyniki tych spotkań, a to na gruncie mojego generalnego sprzyjania wszystkim Polakom i ucieszy mnie ich uciecha z wygranych meczów i zmartwi ich rozpacz z przegranych i zasmuci mnie lament nad rozlanym mlekiem.

Offline Bluesmanniak

  • ZOMOwiec
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *****
  • Wiadomości: 29918
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-4
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #182 dnia: 21 Marca 2012, 07:44:30 »
Ożeżty... i co z ciebie wyrosło?!

Offline Bruxa

  • ^,..,^
  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 43481
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-65535
  • ja tu tylko sprzątam...
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #183 dnia: 21 Marca 2012, 09:17:46 »
Bardzo to wszystko piękne, i tak elokwentne, że aż chęć do komentowania co we mnie narastała, to zdążyła opadać, i tak po wielokroć.
Ale jedno, jedno nie opadło.
W rywalizacji, wbrew pozorom, nie chodzi o pokonanie przeciwnika. Chodzi o pokonanie siebie. Zawsze. Ale fakt, nie każdy do tego dorasta.
Rude and not ginger

Light travels faster than sound. That's why some people appear bright until you hear them speak.


Stefan

  • Gość
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #184 dnia: 21 Marca 2012, 09:18:41 »
Przeczytałem, - stopniowanie napięcia, opisy przyrody, suspens (wiem, że to to samo co stopniowanie napięcia, ale kto bogatemu zabroni?), emocja (jedna), niespodzianka, rywalizacja, wygrana, niebezpieczeństwo, ukryty erotyzm - czyli wszystko to, czego brakuje w obradach sejmu.
Czemu mam jednak wrażenie, że to jest fragmęt większej całości?

edit
Po przeczytaniu postu B przyznaję - ma ona trochę racji. Pragnę przypomnieć, że jest to forum amatorów, a więc zawodowiec (jak cyklop) będzie błyszczał.
« Ostatnia zmiana: 21 Marca 2012, 09:40:40 wysłana przez Stefan »

Offline jazzski

  • Hydraulik
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 980
  • słoiki dżemu truskawkowego +16/-1
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #185 dnia: 21 Marca 2012, 09:40:58 »
Nie jest. Nie mam talentów epickich. Jetem tylko epizodycznym opowiadaczem.

Bruxa - ze sobą, to ja konkuruję cały czas. Stosuję przy tym fair play, daję sobie fory, autentycznie, a nie na pokaz, szanuję konkurenta, a i tak zawsze osiągam najpierwszą lokatę.

Edit: Proszę nie posądzać mię o zawodowstwo. Utrzymuję się z muzyki, a umiejętności narratorskie, jeśli są, to wyszlifowane przy kontuarach, w literackich utarczkach z filozofami spożycia i użycia.
« Ostatnia zmiana: 21 Marca 2012, 09:49:45 wysłana przez jazzski »

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59501
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #186 dnia: 21 Marca 2012, 09:48:15 »
Nie do końca się z Melą zgodzę, rywalizacja, to także, a może przede wszystkim chęć pokonania kogoś. Być może nie zawsze, być może środkiem do celu jest pokonanie swoich słabości, ale cel jest taki, aby być w czymś lepszym, nawet poprzez samodoskonalenie.
Zaś wydźwięk opowieści jazzskiego jest optymistyczny. Pokazuje, że mimo upływu lat człowiek rozwija się, dojrzewa i z nieubłaganą konsekwencja otwiera na sporty zespołowe..
P.S. o koszykówce mogłeś napisać więcej i lepiej... :D
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Offline Bluesmanniak

  • ZOMOwiec
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *****
  • Wiadomości: 29918
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-4
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #187 dnia: 21 Marca 2012, 09:53:06 »
... ze sobą, to ja konkuruję cały czas. Stosuję przy tym fair play, daję sobie fory, autentycznie, a nie na pokaz, szanuję konkurenta, a i tak zawsze osiągam najpierwszą lokatę.
Ojjj, to chyba te forum nie bardzo dla ciebie - tutaj nobilituje bycie szmatą ;D

Offline jazzski

  • Hydraulik
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 980
  • słoiki dżemu truskawkowego +16/-1
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #188 dnia: 21 Marca 2012, 10:01:23 »
będzie błyszczał.

Jeśli coś błysnęło, to moje przepite oko. Widocznie ktoś zamawiał kolejkę, więc zawodowo sprawdziłem, czy nie jestem pominięty.

Offline jazzski

  • Hydraulik
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 980
  • słoiki dżemu truskawkowego +16/-1
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #189 dnia: 21 Marca 2012, 10:10:15 »
o koszykówce mogłeś napisać więcej i lepiej... :D

Bardzo chętnie, ale to trochę potrwa. Muszę pójść na ulicę Koszykową do hali targowej "Koszyki".
Dla Ciebie, Cezarian, którego szanuję jak siebie samego, spróbuję poznać tajniki tego szanowanego zawodu. Jak coś wyplotę - zaraz pokażę.

Stefan

  • Gość
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #190 dnia: 21 Marca 2012, 10:28:27 »
To dla mnie poproszę poemat o alkoholu.
Może być kolorowy.
Szkocki lub irlandzki.
Koniecznie mieszany.
A sportem dla sfrustrowanych  białych murzynów się nie przejmuj.


Offline Bruxa

  • ^,..,^
  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 43481
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-65535
  • ja tu tylko sprzątam...
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #191 dnia: 21 Marca 2012, 11:37:13 »
Nie do końca się z Melą zgodzę, rywalizacja, to także, a może przede wszystkim chęć pokonania kogoś. Być może nie zawsze, być może środkiem do celu jest pokonanie swoich słabości, ale cel jest taki, aby być w czymś lepszym, nawet poprzez samodoskonalenie.



No a o czym ja mówię. Dziś byłam trzecia od końca, jutro będę czwarta. Pokonuję siebie wspinając się po plecach innych, żeby nie powiedzieć, po trupach  >:D
Rude and not ginger

Light travels faster than sound. That's why some people appear bright until you hear them speak.


Stefan

  • Gość
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #192 dnia: 21 Marca 2012, 12:01:35 »
A co na to Wielki Nieobecny?

Offline jazzski

  • Hydraulik
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 980
  • słoiki dżemu truskawkowego +16/-1
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #193 dnia: 21 Marca 2012, 12:25:29 »
No - kura na pewno wie że, kurna, w konkurencji z nio niktóra nic nie wskóra.

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59501
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: ANEGDOTY
« Odpowiedź #194 dnia: 21 Marca 2012, 12:58:01 »
o koszykówce mogłeś napisać więcej i lepiej... :D

Bardzo chętnie, ale to trochę potrwa. Muszę pójść na ulicę Koszykową do hali targowej "Koszyki".
Dla Ciebie, Cezarian, którego szanuję jak siebie samego, spróbuję poznać tajniki tego szanowanego zawodu. Jak coś wyplotę - zaraz pokażę.
Zadałeś mi małego bobu. Zawsze traktowałem koszykówkę jako przyjemną rozywke, a nie zawód. A ile można się głupot nagadać! współgracze na początku udają, że nic nie rozumieją, ale praca od podstaw czyni cuda, choć, po prawdzie z róznym skutkiem dla poziomu sportowego.
Jeżeli koszykówką jest zawodem, to czym jest sędziowanie koszykówki? Jednym z najniebezpieczniejszych zawodów świata?

A sportem dla sfrustrowanych  białych murzynów się nie przejmuj.
A Ciebie co napadło? Przecież to nie on się przejumuje, tylko ja? Chyba, że nie przeczytałem ze zrozumieniem...
Przychylam się do poematu na temat alkoholu. Nie musi byc od razu Moskwa Pietuszki, ale...
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.