MOJA KARIERA PIŁKARSKA
W tej anegdocie siłą rzeczy przyznam się w sprawie mojego stosunku do sportu. Otóż, od pierwszego dnia życia po dzień dzisiejszy nie udało mi się wygenerować w sobie ni krzty zainteresowania dla piłkarstwa, tym bardziej - dla klubów piłkarskich i ich wyników meczowych, a jeszcze mniej dla piłkarzy. Dżentelmeni ci wraz z całą machiną infrastrukturalną i finansową która ich obsługuje, czy też się na nich pasie, mogą zająć moją uwagę w stopniu porównywalnym z zagadnieniami wyrobu pamiątek regionalnych przez Indian z dorzecza Orinoko, którzy osiągają niebywałe mistrzostwo w operowaniu narzędziami drewnianymi.
Od początku mojego żywota w domu mym obecne były narty i rowery. Piłka zaś była jedna - pachnąca i kolorowa. Znajdowała się w walizce na szafie, a kiedy latem wyjeżdżaliśmy do Sopotu, służyła mojej mamie do gry plażowej z innymi paniami. Posiadałem dwóch starszych braci, po których doniszczałem wspomniane rowery i narty, dysponując w efekcie dwa razy większą liczebnością sprzętu od każdego z nich. Rodzice zakazywali wymawiać brzydkie wyrazy i bawić się zapałkami. Natomiast - co dziś wydaje mi się zadziwiające - nie mieli nic przeciw temu żeby codziennie „ujeżdżać” na nartach po dzikich stokach i urwiskach do późnego zmierzchu. Wracało się do domu na ostatnich nogach, po wszystkich bokach oblepionym będąc zlodowaciałym śniegiem, z zadrapaniami, stłuczeniami i czerwoną, szczęśliwą twarzą. Latem miałem sny - że po trawie narty zjeżdżają tak samo, jak po śniegu, ale czynione w tej materii próby nie chciały potwierdzić nocnych przekonań. Na rowerze radocha już nie ta sama, bo kto słyszał wtedy żeby rower prowadzić w góry i po kamieniach zjeżdżać w dół. Ale urządzało się ziemne „hopki”, z których leciało się powietrzem te kilka metrów. Większych „numerów” nie było. Rower towarzyszył mi potem już zawsze, dostarczając licznego szczęścia, zdrowia i pomyślności.
W szkole podstawowej było wyasfaltowane boisko do gry w różne rzeczy, które zimą zmieniano w lodowisko. Mogła, ale nigdy nie przyszła mi ochota żeby dołączyć do ogrodzonego siatką grona wrzeszczących, plujących i po prostu nie podobających mi się osobników, którzy najwyraźniej znajdowali upodobanie w uganianiu się za mniejszym, albo większym skórzanym przedmiotem w atmosferze wyzwisk i szarpaniny. Łyżwy też nie mogły mnie zainteresować, bo jeśli już następował czas śniegu i można było szaleć na nartach jak wolny człowiek - musiałoby mi chyba coś stać się w głowę żebym marnując cenny czas dał się zamknąć w prostokącie 30 na 60 metrów i kręcił się tam przy muzyczce po lodzie.
Był też stadion do lekkiej atletyki, na którym mój najstarszy brat dawniej miał pono jakieś wyniki. Tym się trochę zainteresowałem i kiedy, z rzadka, wuefista urządzał tam zajęcia, skakałem do piaskownicy z rozbiegiem i bez. Rezultaty były stosunkowo dobre, bo byłem stosunkowo wyrośnięty, ale przy okazji odkryła się we mnie jedna kardynalna cecha: jestem całkowicie pozbawiony ducha rywalizacji. Uświadomiłem sobie że odczuwanie satysfakcji z pokonania kogoś drugiego jest dziecinne i najpewniej wszyscy tam obecni po kolei z tego wyrosną. W późniejszych latach - z trudem - dopuściłem do świadomości że nie wszyscy wyrosną, zarazem okrzepł we mnie pogląd że budowanie charakteru z akceptacją postaw rywalizujących jest ahumanistyczne (pewno miałem na to jakąś inną, do wieku stosowną, nazwę).
Dorastając, kolejno rozpoznawałem że nudzą mnie i nie są w stanie zainteresować takie zajęcia, jak oglądanie skoków narciarskich, wyścigów motocyklowych na lodzie, a potem - że brzydzą mnie walki zapaśnicze, a boks przyprawia o wstręt. O piłce nożnej nadal nie pomyślałem ani razu. W ogóle nie wiem, czy wtedy były jakieś mecze i czy ktoś się nimi interesował. Z dziedzin ruchowych przybyła mi fascynacja wspinaczką. Jako dzieciak wagarujący, oblazłem z kolegą wszystkie skały w obrębie Tatr wapiennych, z czego najwyższym wybrykiem było przejście Giewontu po całej długości grani i powrót w jednym kawałku do domu. Ale trzeba było szkoły średniej akurat w Krakowie żebym natrafił na towarzystwo, które jeździło w Tatry z linami, hakami i wspinało się po dorosłemu. W Krakowie zapisano mnie do drużyny koszykówki. Po dwóch treningach uznałem to za stratę czasu i symulowałem skręcenie nogi żeby się wykręcić, a wkręcić się i oddać bez reszty mojemu pierwszemu w życiu zespołowi muzycznemu. O piłce nożnej nadal nikt przy mnie nie wspomniał - no, być może ktoś wspominał, ale pewnie termin ten był mi tak doskonale obojętny że mój mózg nie zarejestrował wspomnienia.
Minęły lata, Warszawa, koniec roku 84. Na imprezie w pracowni przyjaciela - rzeźbiarza poznaję człowieka o nazwisku Starobrzański. Młody ten oryginał wynajął był od państwa za psi grosz sypiący się pałac w podwrocławskiej miejscowości Żeleźnik. Pałac był duży i wielokondygnacyjny. Wcześniej zajmował go P.G.R. i podobno na pałacowych parkietach hodował kury. Podobno - na wszystkich piętrach. Starobrzański z grupką jakichś hipisów zamierzał odnowić ten pałac, a tymczasem - zaprasza wszystkich obecnych do siebie na Sylwestra. Uwielbiałem Sylwestry, zwłaszcza urządzane w osobliwych miejscach, stąd w oznaczonym czasie, wraz z aktualną osobistą narzeczoną i plecakiem win znalazłem się na drodze biegnącej przez wieś do pałacu. Wtem dzieje się rzecz niesłychana: mijany miejscowy zdejmuje kapelusik i mówi „dzień dobry”. Zaskoczeni zjawiskiem, odpowiadamy niewyraźnie i z opóźnieniem. Po paru chwilach inny rolnik robi to samo! W pałacu opowiadamy wszystko Starobrzańskiemu, a on spokojnie wyjaśnia: przed wojną to miejsce nazywało się Eisenberg. Niemiec który mieszkał w pałacu, był dla chłopów dobry i ich nie poniżał, a oni mieli do niego szacunek. Ten stosunek przetrwał nawet mimo komunizmu i do teraz, jak widzą że idzie ktoś „pałacowy”, to go pozdrawiają.
Nazajutrz po Sylwestrze, w pałacowej komnacie wyłożonej świeżym sianem obudziła się w swych śpiworach gromada skacowanych gości. Zanim kto zdążył dobrze przetrzeć oczy, wbiegł jakiś nie wiadomo kto i ogłosił że drużyna piłkarzy ze wsi wyzywa wszystkich pałacowych na mecz futbolowy, za godzinę na miejscowym boisku. Rzecz jasna nic mnie to nie obeszło mimo obudzonej w kilku gościach bezrozumnej uciechy i dalej oddawałem się karesom z niewiastą. Wtedy wkroczył gospodarz i objaśnił że to jest już doroczny zwyczaj, nikt nie ma prawa się migać - chodzi o honor pałacu, obronę inteligencji i szereg innych pryncypiów przeplecionych z imperatywami.
Poszliśmy wszyscy. Mnie też żadna, przecież, religia nie zabraniała wchodzić na boisko, czy dotykać się futbolówki. Nie spodziewałem się zresztą żeby kiedykolwiek moja trajektoria mogła przeciąć się z trajektorią piłki - na to wszak boisko jest zbyt rozległe, a będzie jeszcze ze dwudziestu konkurentów. Biegałem więc wraz z innym, bacząc usilnie żeby zawsze biec w stronę piłki, nie inaczej. Potem zacząłem obierać kierunek na punkt w którym piłki jeszcze nie ma, ale może się znaleźć wyniku tego że jest w ruchu - przecie było mówione coś o inteligencji. Jednak piłka nigdy nie dolatywała do przewidywanego rejonu - zawsze znalazł się jakiś aktywista, który zaraz jej nadawał inny kierunek. Wtedy i ja obierałem nowy azymut i tak w kółko. W zasadzie, czułem się komfortowo i mogłem tak bronić honoru każdych wartości do ostatniego gwizdka. Prawie do końca meczu piłka nie wpadła do żadnej bramki i wyglądało że tak już będzie. Wtedy, pewnie z powodu zmęczeniem wywołanego bałaganu, gała przytoczyła się do mnie i nikt jej nie przejął. Sytuacja była dla mnie oczywista: Mam obowiązek ją kopnąć i to jak należy. Naturalnie, zrobiłem to bez wahania. Nogę miałem silną i wiedziałem o tym, a piłka poczuła. Poleciała niemal pionowo do góry.
A zima tamtego roku była pogodna i bezśnieżna. Chłopi, normalnie, wyruszali traktorami w pole i coś tam pyrkali obłoczkami z rur wydechowych. Mało tego: kiedy poprzedniego dnia, jeszcze przed zmierzchem, poszliśmy się z narzeczoną przejść do lasu za pałacem, odbiliśmy wino o drzewo i korek poleciał na parę metrów, to podnosząc go odkryłem spokojnie kwitnące kwiatki, które do tego mieniły się złociście w zachodzącym słońcu.
Aha. Więc słońce tak mocno oświetlało zachmurzenie znajdujące się nad piłką że ciężko było wypatrzyć jaki ona obierze kierunek, kiedy już będzie spadać. W końcu spadła na kark zdziwionego bramkarza i centralnie przeleciała bramkę. Zaraz był też koniec meczu, a dodatkowo ucieszyła mnie wieść że bramka należała do przeciwników. Niestety, wygraną w meczu było to że drużyna pokonana zaniesie zwycięzców na plecach na drugi koniec wsi - akurat gdzie pałac. Mnie przypadł zawodnik na oko o jedną trzecią drobniejszy, ale zawzięty - że zgroza. Nie dość że niewygodny, to jeszcze sapał tak miarowo, jakby to była jakaś wypracowana technika. Kiedy chciałem go zluzować, odpowiadał krótko - nie. Nie wiedział co ja cierpię - męczę drugiego sapiensa, który ma mózg i uczucia, sam znosząc niewygodę. Dopiero za połową dystansu zgodził się na darowanie kary i więcej go nie widziałem.
Towarzystwa pałacowego nie znaliśmy, ani ono nas, ale nocna zabawa była przednia. Po meczu jednak zauważyłem przejawy dystansowania się samców i niechcący łowiłem okiem jakby niechętne spojrzenia. Wreszcie uchem dosłyszałem z dala tekst: „przecież on w ogóle nie wiedział, co z tą piłką zrobić - strzelec - psiakrew!”.
Ponownie przyszło mi utwierdzić się w rozpoznaniu poczynionym po raz pierwszy w podstawówce: Osiąganie pożądanych efektów jest dla człowieka z pewnością wskazane i wychodzi mu na dobre. Ale zestawianie takiego efektu z efektami drugich w coś na kształt konkurencji, czyli rywalizacja - przynosi same pejoratywy. Jeden cierpi. Drugi ma za złe. A trzeci może - jedno i drugie.
p.s.
Kiedy będą mistrzostwa Europy, nie będę uciekał sprzed telewizora. Mecze Polaków obejrzę - o ile mnie drzemka nie złapie - i będą mnie obchodziły wyniki tych spotkań, a to na gruncie mojego generalnego sprzyjania wszystkim Polakom i ucieszy mnie ich uciecha z wygranych meczów i zmartwi ich rozpacz z przegranych i zasmuci mnie lament nad rozlanym mlekiem.