JAK GOŁĄB NA PARAPET
W niezapomnianym roku 1981 łapczywie wysłuchiwałem w „trójce” audycje magazynu „60 minut na godzinę”. Nie było jeszcze potrzeby istnienia „Powtórki z rozrywki”, bo w każdy weekend radio serwowało premiery pierwszej wody. Serial autorstwa Marii Czubaszek pt. „Dym z papierosa” miłowałem wprost. Występowały tam takie osoby jak: Ciotka, Kazik, Narzeczona Kazika - panna Jola, pan Jurek i Boguś - grany przez Bohdana Łazukę. Onże w tym okresie częstotliwie „wycinał strusia”, co w głośniku manifestowało się pewnym nie w pełni artykułowanym okrzykiem, bardzo śmieszącym. W czasie tym kursowały tam też powiedzenia w typie „Kazio, jak coś palnie, to jak gołąb na parapet”. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to latem owego roku powiedzonko zaczęło miewać mutacje w obrębie członu determinującego kto (palnie) i w co. Słuchając tego pilnie, pokładałem się na dywan, powalany śmiechem i znów podnosiłem mocą rozbawienia kolejnymi zdaniami.
Uznałem wtedy, że ten rodzaj humoru jest mi tak bliski, że gdybym miał wymyślać żarty, to tak właśnie bym humoryzował, nie inaczej. Od tej konstatacji do napisania listu zaadresowanego Maria Czubaszek, program III P.R. itd., był już tylko krok, który zaraz zrobiłem. W liście stało, że słucham, że za każdym razem, oraz rozumiem dlaczego panna Jola - to, ale nie rozumiem dlaczego Kazik - tamto. Natomiast Jurek, to może - tak, ale dziwię się Bogusiowi że może - inaczej, kiedy moim zdaniem powinien - jeszcze inaczej. Wszystko tchnęło nonsensem, a było tylko kanwą, na której poutykałem powiedzonka oparte na rdzeniu palnięcia w to czy tamto, które lęgły się w mojej biednej głowie jedno po drugim, jeszcze na pożywce rozśmieszenia przez radioodbiornik.
Było o „palnięciu jak Józek na wózek” i „jak rzeźnik wątrobą o ladę”, i może trzy razy więcej, ale już nie pamiętam, a listu nie mam, bom go nieopatrznie opatrzył w znaczek i wysłał. Po tygodniu audycja zastała mnie, oczywiście, zaczajonego przy radiu. Nie miałem przecież jednak nadziei, że na fonii pojawi się Czubaszek i powie „panie Piotrze, dziękuję za list”, lub coś podobnego. Ale skłamałbym, utrzymując że słuchałem, pozostając w tej samej dziewiczości mentalnej, co tydzień temu. Wtem usłyszałem z ust aktorów jeden z moich konceptów! Za parę chwil drugi i trzeci. Byłem urzeczony. Po emisji obojętny spiker powiedział: „W słuchowisku wykorzystano pomysły pana Piotra... z...” oraz, że wyśle się coś pocztą. Ostatniego zdania dobrze nie dosłyszałem, bo już wykręcałem numer do znajomych żeby sprawdzić, czy ktoś słyszał to samo, co ja. Trójki słuchało wtedy osób wiele, ale co z tego, skoro przecież - wakacje. Do nikogo nie udało mi się wtedy dodzwonić, a po ochłonięciu już nie wydawało mi się, żebym dysponował jakimś istotnym powodem. Minęło może trzy tygodnie i z Radia przyszedł list, ściślej: koperta. A w niej? - czarno-biała odbitka fotograficzna przedstawiająca odpustowo wyelegantowaną parę mieszaną z podpisem: „Zofia i Zbigniew Framerowie”.