Odkryłem przecież kiosk. a w nim: woda Przemysławka, łupki (drewniane w tytoniu papierosów) i w zasadzie wszystkie potrzebne dobra.
POJAZD MILICYJNY
Właściwie, chyba każdy rower kończył służbę jako ukradziony. Moje - wszystkie, oprócz obecnego.
Wesołą była historia z roku 88. Na miejsce ukradzionego, kupiłem sobie w potrzebie najtańszy rower jaki był w sklepie sportowym. Nazywał się Ukraina i był pięknie czerwony. Wyglądem w ogóle nie kojarzył się z CCCP, dopiero jakością użytkowania. Napis zakleiłem naklejką, zmieniłem siodełko na prawdziwe, a do bagażnika przytwierdziłem nowiutką żółtą skrzynkę od Pepsi Coli, z której powyrzynałem przegródki. Stawiałem ten rower przed sklepami i gdzie tylko było mi wygodnie - przecież nikt nie rąbnie Ukrainy! Aż raz kolega skusił mnie na wejście do restauracji na jednego. Rower schowałem za gęstym żywopłotem, w mroku. Z "jednego" zrobiło się kilkanaście, a potem, ku mojemu zdumieniu, Ukrainy nie było. Śmialiśmy się szczerze ze złodzieja i jego łupu, ale (raczej jednak dla żartu) zgłosiłem formalnie kradzież na milicji.
Po pół roku ten sam kolega zdzwonił do mnie, że widział z samochodu chyba mój rower z charakterystyczną żółtą skrzynką. Stoi na milicyjnym parkingu przy ul. Jagiellońskiej (to było w Zakopanem). Pojechałem tam i zobaczyłem swój rower jak żywy, nieco pordzewiały. Wyjaśniam w budce parkingowej, że to coś jest moim rowerem i pytam, dlaczego jest taki zniszczony. Zdziwiony facet odpowiada mi, że jak takie coś z żelaza stoi pół roku na deszczu, to musi zardzewieć - nie ma siły. Chcę odebrać swoją własność - gość na to: proszę przynieść kwit od oficera prowadzącego sprawę (na Kościuszki 10). Udałem się, wylegitymowałem, dostałem przed oblicze i wyszedłem z glejtem. Wreszcie jestem na parkingu i proszę o mój rower, a w odpowiedzi słyszę: należy się za parkowanie - tyle a tyle dób - to będzie razem... nie pamiętam już, ale ponad trzykrotność sklepowej ceny roweru.
- A nie, to ja dziękuję.
I tak ufundowałem ładny, czerwony, w pełni funkcjonalny pojazd dla M.O.