Z SAMEGO MIASTA
W latach dziewięćdziesiątych można było natknąć się na takie zjawisko: na ulicy zastępują ci drogę dwie hostessopodobne panienki i wtykają do rąk flakon perfum, zapewniając żarliwie że nic, ale to nic nie trzeba będzie płacić. Następnie przybliżają pod twój nos szereg innych interesujących (ich zdaniem) pachnideł, jednocześnie zadając szereg pytań z zakresu twoich upodobań i sytuacji rodzinnej. Wszystko, choć drogą pokrętną zmierzało jednak do tego, żebyś wyjął ze swojego portfela jakieś pieniądze i pozwolił panienkom umieścić je w ich portfelu. Pracowałem akurat przy ulicy, gdzie takie akcje powtarzały się. Po pierwszym razie każdy mający zajęcie człowiek, starał się skutecznie ominąć te (dość nieustępliwe) osóbki. Dwa sezony później nie było już po nich śladu.
Po upływie ok. 5 lat miałem sprawę sądową przeciwko pewnym oszustom, którzy naciągnęli mnie i kolegę - naiwnych muzyków (a kolega, to nawet poeta) - na grube pieniądze. Sąd okręgowy zrobił nam wesoły kawał i przeniósł sprawę do sądu właściwego dla miejsca zameldowania sprawców. Okazało się że jest to, znane i respektowane, miasto Pruszków. Postanowiliśmy nie odpuszczać. I tak, znaleźliśmy się (w całkiem jeszcze dobrych humorach) na pruszkowskim trotuarze, w drodze od zaparkowanego samochodu do sądu. Wtedy nagle na ścieżynę naszą wtargnęły... dwie hostessopodobne panienki i wręczyły flakon perfum.
Na pytania typu „jak często panów żony się perfumują”, albo „czy wolą panowie kawę z kawiarni, czy taką zrobioną w domu” odpowiadaliśmy (naszym zdaniem) dowcipnie i z polotem, bawiąc się świadomością że panienki nie są w stanie nas skołować, ani zaskoczyć. Wtem dziewczyny wymieniły między sobą jakąś uwagę (dosłyszałem jakieś zdanko, bodaj - „nie warto”) po czym jedna zagadnęła nas tak: Panowie są z samego Pruszkowa, czy przyjezdni? Już brałem dobry oddech dla odpowiednio solidnego zapewnienia, że absolutnie nie jesteśmy z Pruszkowa, kiedy kolega wyprzedził mnie z perfekcyjnym zawstydzeniem w głosie: niestety... my jesteśmy dojeżdżający...