Jestem, tak się składa w okolicach rodzinnych. Rano usłyszałem klasyczne "No i po co tu przyszedłeś, darmozjadzie jeden... ojej no już już, pani zaraz da kotu mięsko". Kot Wyjadacz, pomyślałem. I faktycznie. Mama oswoiła go już zupełnie ale zwierz generalnie przede mną uciekał ale niezbyt daleko, ot tak żeby nie stracić z oczu miseczki. W końcu po 5-10 minutach pozosrowanego uciekania dał się wygłaskać. Niemniej jednak próby wzięcia na kolana zakończyły się zadrapaniem i kłapnięciem paszczą, po czym jednak łasił się jakby nigdy nic. Wzajemne relacje zostały w ten sposób ustalone: nie wolno.