Cieśnina Magellana.
Jest rok ok. 600 przed Chrystusem, kiedy Gonzo zaciąga się na słynny, zorganizowany przez egipskiego faraona Necho II, a opisany przez historyka Herodota, rejs Fenicjan dookoła Afryki. Nie ma co ukrywać, że Gonzo chciał przygwiazdorzyć i zabrał ze sobą na pokład rydwan dwukonny. Dopiero podczas podróży okazało się, że bez sensu, bo statek był za wąski i nie można było rydwanem zawrócić. Przez kilka lat podróży ćwiczył więc jedynie jazdę wprzód i wstecz i jak sam przyznaje, komendy do takiej jazdy konie opanowały perfekcyjnie, zarówno w mowie, ale także w piśmie, co bardzo przydawało się nocą, kiedy krzykami nie chciał budzić śpiących galerników.
Ważne, że statki opłynęły Afrykę od wschodu, ale następnie, o czym historia i Herodot milczą, niekorzystne wiatry zwiały je aż do wybrzeża Patagonii w Ameryce Południowej i tam przez nieznaną nikomu cieśninę wypłynęli na Pacyfik. I słuch by o wyprawie zaginął, gdyby nie Gonza rydwan – od początku wiedział, że ten do czegoś się przyda – dzięki któremu statek wrócił na Atlantyk. Jak to możliwe? Gonzo burłaczył, czyli przeciągnął statek liną jadąc rydwanem po lądzie. Bardzo przydały się wówczas komendy ćwiczone podczas podróży.
Wyprawa wróciła, jednak jakoś trzeba było nazwać cieśninę? Najprościej imieniem faraona, ale jeśli skorzystać z oficjalnej tytulatury, to musiałby się nazywać: Należący do Obu Pań O Odnawiającej Się Woli, Re. Kto by to wymówił? Więc Gonzo wymyślił, że cieśnina będzie się nazywać Magellana. I to słynny portugalsko-hiszpański żeglarz, który pierwszy, jeśli nie liczyć Gonza, opłynął kulę ziemską, przyjął od niej nazwisko, a nie odwrotnie.