10:37
To pewnie wcale nie przypadek, że jednym z pierwszych działów, na jakie natyka się gość sklepu jest dział medyczno-higieniczny. Wiele artykułów objęto tu promocją, aby jeszcze bardziej przybliżyć je klientowi. Może znajdę za darmo plaster na obtartą rękę? Przemieszczam się z uwagą wzdłuż kolorowych regałów wśród artykułów o zagadkowym zastosowaniu, ale miłej kolorystyce opakowań. Podchodzę do niewielkiego stoiska promocyjnego, czytam reklamy i nagle cieszę się, że jednak jestem drugi w kolejce.
„Walcz z kiłą! Bezpłatne zakrapianie spojówek azotanem srebra”. Poniżej tak zaetykietowanego straganiku widnieje czarno-biały starodawny portret jakiegoś jegomościa w monoklu. Panienka odziana jedynie w pielęgniarski czepek z paskiem, kusy biały fartuch i gumowe rękawiczki czarno poplamione rozkładającym się odczynnikiem, zaszczebiotała:
— To tradycyjny sposób walki z okołoporodowym zakażeniem spojówek krętkiem bladym. Za to robimy to naszym klientom całkowicie darmowo.
— Zdaje się, że postępowanie to dotyczy, hmm, dotyczyło, noworodków, a zrezygnowano z niego jakieś 30-40 lat temu?
— A pan miał zakrapiane oczy? — pada pytanie do klienta przede mną.
— Nie pamiętam.
— Podejrzewałam! Zatem tym bardziej zachęcamy do skorzystania z tej darmowej usługi. Możemy panu też zakropić martwe krętki, jeśli pan sobie życzy. Symultanicznie z azotanem bądź alternatywnie, czyli na jedno oko tak, na drugie kontrola, pan rozumie? Polecam!
— O, tak! — cieszy się klient — tylko pani wymyśli, po co.
— Aby pana naukowo przekonać, że tylko martwe krętki nie zakażają.
— Hm — zamyślił się klient i dodał: — I tu zaczynam doceniać tę akcję.
— Badania w kierunku syfilisu byłyby za pół roku — kontynuuje siostra. — Dostaje pan od nas kwit. Oczywiście finansuje je Gnát. Całej rodzinie. Wasserman. Badanie gardła. Obdukcja na ewentualność wysypki na plecach. Badanie państwa dzieci, bo wie pan, zakażenia przenoszą się na przykład przez sztućce, ręcznik, sedes (na dziale Łazienki szukać), łoże i łożysko. Tak zwany wrzód pierwotny...
— Czyli w przypadku ewentualnego zakażenia — przerwał klient — koszty ponosi Gnát lub ten, jak mu tam, doktor Wasserman?
— Prozę pana. To wielki specjalista z Berlina! Lecz u nas, a już zwłaszcza na moim stoisku na pewno się pan nie zarazi żadnymi krętkami. Bladymi, zielonymi, ani nawet w cętki. Badania te byłyby zatem i tak zbędne, mogę pana zapewnić już teraz. To jak, zakrapiamy oczka? — zapytała uprzejma siostra sięgając po buteleczkę i potrząsając głową w kierunku czerwonej zasłonki, która za jej plecami zasłaniała wejście do małego pokoiku zabiegowego.
Klient rozgląda się za żoną.
— Ach, proszę chociaż przyjąć tę plakietkę reklamowo-informacyjną. Tu jest o tym, co nie zaraża. — i wręcza klientowi kartonik, albo raczej małą kolorową kopertę, na której widnieje dziewczyna w rozpuszczonych włosach.
Tymczasem klient przestał szukać żony, za to utkwiwszy wzrok gdzieś powyżej sandałów sympatycznej pielęgniarki, począł jeszcze bardziej się natężać umysłowo. A ja przechodzę dalej nucąc: krętki w cętki. Konstatuję też, z bojaźnią chowając za siebie otartą dłoń, że z uwagi na tę atrakcyjną darmową akcję, o pewnych chorobach nie można mówić, iż są nabyte.
Z chwilą gdy kończy się ów dział „Zdrowie i higiena” przepada również nastrój apteczno-naukowego skupienia. Oferta staje się coraz bardziej podniecająca i to wrażenie prawdopodobnie utrzyma się do punktu kulminacyjnego, którym będzie jak podejrzewam „Żywność”. Na razie atmosfera z matczyno-opiekuńczej przemienia się w domową.
Dział Artykułów Gospodarstwa Domowego błyszczy bielą kuchenek, szaf chłodniczych i pralek oraz poraża mnogością przeróżnych dziwacznych urządzeń o mniejszych gabarytach, których funkcji odgadnąć nie sposób: niektóre co prawda przypominają jak gdyby garnki. Jedna z alejek kusi wielkim napisem wykonanym na jadowicie pomarańczowym tle: „Nowość: Nareszcie pralka z kodem dostępu”. A więc jednak. Jest i bodaj pierwszy chętny...
— W celu wyprania musi pan wbić z tej klawiatury kod. Taki pin.
— Gdzie go znajdę? — pyta klient.
— Podajemy go przez telefon, zaraz panu dam karteczkę. Kierunkowy 0-700 — wyjaśnia uprzejmie sprzedawca. — Każdorazowo dzwoni pan do nas do naszego całodobowego ośrodka obsługi oddalonej i podaje numery fabryczne silnika i, że tak powiem, nadwozia. Pytamy też o jakiś szczegół z ankiety, aby potwierdzić pana tożsamość, na przykład imię kota. Ma pan kota?
— Można u was kupić?
— O, to będzie miał pan kolejny punkt do Złotej Karty Gnát. Mamy szereg kotów na dziale mięsnym.
— Rozejrzę się. No więc jak z tymi numerami?
— A no gdy wszystko się zgadza, nasz serwisant generuje i dyktuje panu kod dostępu i może pan prać. On degeneruje po godzinie. Radzimy uzbierać więcej prania. Wie pan, przed sylwestrem, to roztargnione klientki dzwonią po dwa, trzy razy na jedno pranie. Stosują — niemądre! — za długie programy. Kota można dostać!
— Na mięsnym, pamiętam.
— A te punkty…
— Jednak trochę to skomplikowane — zauważa znacząco klient.
— Ale przyzna pan, że tyle teraz na rynku składaków, podróbek, nieautoryzowanych serwisów i zwykłego piractwa w sprzęcie gospodarstwa domowego, że Gnát musi z tym chłamstwem jakoś walczyć. Dla nas najważniejsze jest dobro klienta. Te pralnie ekologiczne tak nam wyczyściły rynek, chi-chi-chi. Ludzie myślą, wie pan, że byle bęben z orkiestry strażackiej będzie chodził z silnikiem z młockarni, a jeszcze programator do tego kupują na targu u Ukraińców. Nie mówiąc o tym, że konsorcja proszkowe dają nam popalić. Że też im hologramy nie wystarczyły! A! Mamy też modele z zamkiem; nikt niepowołany nie wyjmie panu prania! To jak, decyduje się pan?
Nagle inna konwersacja w pobliżu zaprząta moją uwagę:
— Chciałbym wybrać jakiś czajnik elektryczny.
— Na abonament?
— Nie.
— Te na monety zostały nam już tylko czterolitrowe, ciężko je unieść, zwłaszcza pod koniec tygodnia, z monetami. Chyba że przyjmuje pan często gości. Często pan gotuje wodę?
— A, pijamy, wie pani, herbatę lub kawę.
— Pytam, bo możemy panu postawić piec, proszę spytać na dziale budowlanym. Wychodzi najtaniej. Natomiast w dzisiejszych czasach rzadko kto ma piec! Krewni pozazdroszczą panu kuchni węglowej. No i nie nęka pana nasz inkasent. Normalniewpada co tydzień...
— Pomyślę o tym z żoną. Ona prowadzi dom, jest przed południem sama... Ucieszy się z pieca.
Atrakcją pobliskiego działu z telefonami stacjonarnymi jest możliwość wykonania dowolnego połączenia całkowicie za darmo. Nic dziwnego zatem, że tłoczy się tutaj wielu klientów obojga płci.
Dzwonienie za darmo!
Na niebywale długim regale stoją rzędy aparatów, każdy przywiązany stalową linką do półki. Jeśli tylko wykręcić jakiś numer na jednym aparacie, zaraz odzywa się inny w odległej części regału i ktoś zaciekawiony podnosi słuchawkę. Z daleka panujący tu nastrój przypomina pełną skupienia pracę łącznicy telefonicznej z dawnych czasów. Atmosfera jest napięta i widać, jak bardzo emocjonalnie zachowują się ci, którzy dzwonią: zaciskają pięści, czerwienieją na twarzy, ślinią się wśród wypowiadanych przez zęby inwektyw i pogróżek, czasami nawet uderzają otwartymi dłońmi o półkę lub wspornik. A już zwłaszcza gdy temat rozmowy zejdzie na politykę. Osoby odbierające nie pozostają wszelako dłużne i po chwili ich stan przypomina nastrój ich rozmówców. Gdy zaś już przypadkowi polemiści narozmawiają się do woli, nakrzyczą i naprzeklinają, z trzaskiem odkładają słuchawki wyraźnie odprężeni i odmienieni na twarzy i, wziąwszy głęboki oddech, przekonują sąsiadów o swych racjach.
Uciekam z obrzydzeniem — regał zbytnio kojarzy mi się z redakcją…