I dlatego poszliśmy najpierw w przyjemny chłodek marmurowych wnętrz Pałacu, żeby zanurzyć się w odmętach nostalgii. Wystawę niejakiego Rosińskiego serdecznie polecam, zwłaszcza, że to nie modne teraz multimedialne fiubździe ani nawet nadmuchane wydruki plansz, tylko czyste żywe obcowanie z pana piórkiem, ołówkiem i pędzlem. Od wczesnych prac rysowanych w szkole do kajecika, przez szkice i studia postaci i kompozycji po pełnoskalowe oleje i akwarelki. Żbiki, Yansy, Thorgale, Szninkle i nowsze serie, aż do pięknego, specjalnie na tę okazję namalowanego panoplium przedstawiającego artystę w otoczeniu wszystkich naszych rysunkowych znajomych. Wyszliśmy nie tylko pełni wrażeń (jednak co żywa praca to żywa praca, nawet najlepsza poligrafia sporo gubi), ale też z plecakami ciężkimi od papieru. Za to w kieszeni dziwnie lekko...
Ale o czym to ja...
A potem poszliśmy na kremów... Wróć, na bulwary i nową kładkę nad Wisłą. Tam termometr pewnie pokazywał to samo co wszędzie, ale windchill był taki, że o mało mi kapelutka na Pragie nie zwiało.
A teraz kończymy czereśnie i trzymamy kciuki, żeby pogoda nie robiła takich szpasów jak wczoraj. Bo dzisiaj w ogródku domu kultury nie kino a koncert, John Porter będzie, ale solo.