Podczas (prze)lotu premiera do USA nastąpił incydent, który prasa określiła jako alarm bombowy.
To oczywiste sciemnianie. A jaka jest prawda?
Prawda jest taka, że premier został poczęstowany orzeszkami, na które nie jest uczulony.
Ochrona premiera widząc co się dzieje, oddzieliła premiera od orzeszków, co postronni mogli zinterpretować jako próbę zamachu bombowego.
Premierowi z wrażenia zabrakło języka (angielskiego) w gębie i zanim wyjaśnił że nie jest uczulony na żaden rodzaj orzeszków minęło dwie godziny, podczas których samolot wylądował na lotnisku i sobie spokojnie czekał, co amerykańska (i cała inna postępowa) prasa odebrała jako procedury związane z alarmem bombowym.
Po zakończeniu incydentu premier nie wydał żadnego oświadczenia. Nieoficjalnie jednak wiemy, że zginęła mu plastikowa reklamówka.