Autor Wątek: Odcinek nr. 11, czyli Dziadek Jedenasty - finał  (Przeczytany 2820 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Baader

  • Hydraulik
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 3939
  • słoiki dżemu truskawkowego +25/-2
  • Płeć: Mężczyzna
Odcinek nr. 11, czyli Dziadek Jedenasty - finał
« dnia: 11 Marca 2008, 22:48:31 »
Oto w końcu uogonkowiony jedenasty odcinek autorstwa Toma. Pod wieloma względami najzabawniejszy ze wszystkich dotychczasowych, acz to wyłącznie moje zdanie.

=======================

Grzegorz: To niemożliwe aby to była prawda, bo ja bym pamiętał!
 
Maryla: A jednak Grzegorzu tak było. Ja mam bardzo dobrą pamięć do takich spraw. A zresztą popatrz na Maurycego. Po nim widać jak dawno to było i że czas szybko ucieka.
 
Grzegorz: Ja go nie widziałem już od trzech dni.
 
Dziadek: Oczywiście że go nie mogłeś widzieć bo siedzi dopiero 48 godzin, ale jak się do niczego nie przyzna to go wypuszczą z braku dowodów. A najlepiej jeśli od razu złoży zażalenie do Komitetu Helsińskiego o naruszanie praw człowieka i Trybunału Konstytucyjnego aby orzekli, że brutalnie została podeptana jego godność osobista. Nawet w naszej Konstytucji jak wół jest napisane, że wszyscy ludzie są równi i wolni wobec prawa a wiec nikt nie ma prawa nikogo więzić i nie ma z tym punktem nic wspólnego fakt, że Maurycego złapali w kradzionym samochodzie z dwoma kilogramami amfetaminy! Miał, to prawda, trochę narkotyków na własny użytek, ale to jeszcze nie powód żeby się go z tego powodu czepiać. Powinien też, dla przykładu i odstraszenia innych nadgorliwych siepaczy, którzy ubecką metodą zatrzymali go o trzeciej nad ranem, oskarżyć o to, że brutalnie, bez zaproszenia wtargnęli do kradzionego samochodu i w ten sposób narazili go na poważne straty materialne. To wszechobecne państwo policyjne, bezprawie i nieposzanowanie ludzkiej przedsiębiorczości doprowadzi wkrótce nasz cały naród do anarchii a gospodarkę do ruiny!
 
Maryla: Najprawdopodobniej tak właśnie będzie. już w telewizji widziałam pierwsze tego symptomy.
 
Dziadek: No, ale wracając do tematu, sam widzisz Grzesiu jak ten szczęśliwy czas szybko wam minął. Dziś jest kolejna okrągła rocznica waszego ślubu a ty nawet tego nie pamiętasz. Nawet ja to wiem, Maryla wie, a ty akurat zapomniałeś?
 
Maryla: Ja go dobrze znam, on nie chce pamiętać o tym ważnym wydarzeniu, bo tak jest mu wygodniej.

Grzegorz: No wiesz Marylo, po prostu taki ostatnio jestem zapracowany i tyle się ostatnio w pracy dzieje, że wyleciało mi to z głowy. Ty myślisz, że ja nie mam ważniejszych problemów jak pamiętać jakieś tam idiotyczne pomyłki z zamierzchłej przeszłości?
 
Dziadek: Nie kłóćcie się dzieciaki. Ja na twoim miejscu Marylo, od razu wystąpiłbym do sądu z pozwem o rozwód, bo kto to słyszał żeby aż tak nie dbać o własną żonę. Każdy sąd, a szczególnie sędzina cię poprze, bo solidarność kobieca jest bardzo mocna w takich wypadkach. Możesz być pewna, że udzieli ci rozwodu i do tego z winy Grzegorza z nakazem natychmiastowej eksmisji. Wtedy ja się wprowadzę do waszego pokoju, bo seniorowi rodu i głowie rodziny należą się najlepsze warunki mieszkaniowe. Ty Marylo jako załamana psychicznie rozwódka po przejściach życiowych, przeprowadzisz się do kuchni na moje wyrko i będziesz w ciszy i zadumie wspominała swoje szczęśliwe chwile spędzone z Grzegorzem. Oczywiście masz do tego prawo a poniekąd i obowiązek i ja ci w tym nie będę przeszkadzał! Podobno nasza delikatna, słowiańska dusza wymaga tego!
 
Grzegorz: Ale ojciec to sprytnie wykombinował. Patrzcie go jaki przebiegły! Jeśli ktoś w tym mieszkaniu może mieć jakieś powody do rozwodu to tym kimś jestem tylko, w zasadzie, ja.
 
Maryla: No nie wiem, ale ja na twoim miejscu najprawdopodobniej nie działałabym tak pochopnie i to właśnie teraz, gdy zaczynasz znowu być kimś nieprzeciętnym!
 
Grzegorz: Cieszę się, że nareszcie, późno bo późno ale w końcu to zauważyłaś. My ludzie z gór, mamy to do siebie, że zawsze jesteśmy, zwłaszcza w domu, osobami mądrymi i bezkompromisowymi!
 
Dziadek: No chyba się tu jednak mylisz Grzegorzu. Wszyscy na naszym osiedlu i tak znają ciebie z innej strony i to już jest publiczna tajemnica. Nawet pan Włodek dziś rano, wracając ze szpitala zapytał mnie kiedy ta szmata Grzegorz zacznie sprzątać brudy pozostawiane przez Murzyna na jego wycieraczce.
 
Maryla: A co mu się stało? Tyle lat mu to najprawdopodobniej nie przeszkadzało, a teraz mu przeszkadza?
 
Dziadek: Drobiazg. Podobno gdy dziś rano wychodził z domu poślizgnął się na wycieraczce "zaminowanej" przez Murzyna. Taka śliska wycieraczka pod drzwiami to bardzo niebezpieczna sprawa.
 
Grzegorz: No i widzicie, że miałem racje. Zawsze mu mówiłem, żeby na nią nie wchodził a on mnie nie chciał słuchać. Wszyscy lokatorzy obchodzą z daleka ta śmierdzącą wycieraczkę a jemu akurat zachciało się na nią wchodzić, no to się w końcu doigrał!
 
Dziadek: Właściwie to nic się nie stało, ale podobno poślizgiem przejechał pół korytarza i pod zsypem wpadł na pana Słowikowskiego łamiąc sobie lewa rękę w przedramieniu. Trzask prask i po wszystkim! W szpitalu go poskładali, ale cały jest obolały i poskręcany na śruby. Pani Bożena to nawet chciała przyjść i obić Grzegorza nogą od krzesła, ale pan Włodek jej wyperswadował, że nie warto sobie Grzegorzem rąk brudzić.
 
Grzegorz: Co wy wszyscy tak dziwnie na mnie patrzycie jakbym był czemuś winny? Czy wy sobie wyobrażacie, że ja będę chodził i sprzątał po Murzynie? Jestem ostatecznie Kierownikiem Toalety, w skrócie: To-a-le-to-wym, a nie zbieraczem psich nieczystości, a więc moja obecna pozycja zawodowa i godność nie pozwalają mi na takie poniżające zachowanie. To jest obrzydliwy i barbarzyński zwyczaj wprowadzany ostatnio z tego zdegenerowanego Zachodu. Dlaczego do nas muszą docierać same najgorsze rzeczy?
 
Dziadek: Masz świętą rację Grzegorzu. W Mandżurii tak obrzydliwe praktyki są nie do pomyślenia Pamiętam, że w obleganym Port Artur nikt, ale to absolutnie nikt nie zbierał psich, za przeproszeniem odchodów! Wprost przeciwnie, wszystkie ale to wszystkie wałęsające się bezpańskie psy zostały sprawnie wyłapane przez głodnych żołnierzy i posłużyły do produkcji szaszłyków i pożywnej zupy z lebiody oraz brukwi, oczywiście z nieodłączną wkładką mięsną! Ja osobiście wolałem jadać psią pieczeń, ale jak to się mówi. ...
 
Grzegorz: No nie. Znowu ojciec zaczyna odbiegać od tematu a po drugie proszę zaoszczędzić nam tych niesmacznych opowieści z czasów wojny rosyjsko - japońskiej.
 
Dziadek: Wcale to nie jest prawda, że taka pieczona noga jest niesmaczna. Jest bardzo pożywna a w smaku podobna do żylastej baraniny. Oczywiście trzeba dodać odpowiednio dużo czosnku, listka bobkowego i ziela angielskiego i trzymać przynajmniej tydzień w zalewie, bo wtedy tak nie czuć zapachu.
 
Maryla: Masz racje Grzegorzu, ja jako twoja zona też bym ci nie pozwoliła na takie zachowanie. To jest uwłaczające naszej ludzkiej godności a tym bardziej teraz gdy zacznie się o tobie mówić. Ci wścibscy dziennikarze mogliby zrobić ci zdjęcie gdy podnosisz z trawnika czy korytarza nieczystości i takie paskudztwa mogliby zamieścić w mediach czy jakiejś poczytnej gazecie. Ja bym takiego upokorzenia najprawdopodobniej nie przeżyła.
 
Grzegorz: No właśnie mam nadzieje że w GW nic aż tak wstrętnego nigdy by się nie ukazało.
 
Dziadek: Maryla mówiła o poczytnej gazecie a wiec możesz być spokojny a po drugie Albert nie zrobiłby ci tego bo to w końcu nasza rodzina.
 
Maryla: No właśnie, a najprawdopodobniej wprost przeciwnie. Po głębokim zastanowieniu ze Ślepym Leonem postanowiliśmy cię Grzesiu wylansować.
 
Grzegorz: Ja wypraszam sobie używania w moim domu brzydkich wyrazów. Tu nie radio ani film i ja sobie wypraszam...!
 
Dziadek:Ależ nie obrażaj się bo to w dzisiejszych czasach nie jest aż tak obraźliwe. Ostatecznie nie jesteś młodą, piękną aktorką ani działaczką partyjną i nikt z nas nie zamierza cię, że tak powiem, wszechstronnie promować!
 
Maryla: No właśnie, ty od razu masz jakieś dziwne skojarzenia a ja ze Ślepym Leonem postanowiłam ci z okazji naszej rocznicy zrobić niespodziankę.
 
Grzegorz: Od razu mówię że nigdzie się nie wyprowadzam i zrobię wszystko aby sąd uznał, że to nie jest moja wina no chyba, że przedstawisz niepodważalne dowody. Pan Włodek zgodzi się z pewnością zeznawać w sądzie na moja korzyść a mecenas Strumiłło, za sowitą opłatą z pewnością zajmie się tą sprawa!
 
Maryla: Ależ źle mnie zrozumiałeś, po prostu postanowiliśmy zrobić z ciebie Człowieka Roku.
 
Dziadek: Ja się chyba przesłyszałem. Kogo zrobić z Grzegorza?
 
Maryla: Najprawdopodobniej mówię wyraźnie: Człowieka Roku.
 
Dziadek: Z tej szmaty? Czy ty to mówisz poważnie? Ty chyba sobie z nas żartujesz!
 
Maryla: Ależ oczywiście Wszystko jest już załatwione i przygotowane a reszta to najprawdopodobniej czysta formalność To jest taka niespodzianka przygotowana dla Grzegorza ale i dla całej naszej rodziny. Myślę że od dzisiaj wszyscy nasi znajomi znowu będą dumni, że nas znają. Zobaczycie, że nawet panna Inga i pani Bożenka zmieni o nas po tym artykule zdanie a pan Włodek zacznie nam się pierwszy i to z daleka kłaniać.
 
Grzegorz: O jakim artykule ty mówisz?
 
Maryla: W GW ukazał się właśnie bardzo ciekawy artykuł i został rozpisany konkurs na Człowieka Roku. Mam nadzieje że wzbudzi on medialna burze mózgów w salonach całej Polski! Właśnie przyniosłam najświeższy, jeszcze gorący numer. Czytajcie ten fragment!
 
Dziadek: No tak, faktycznie świeży, bo brudzi ręce. Gdzie, tu? Aha, chyba znalazłem! „Walec drogowy rozjechał zebrę na przejściu dla pieszych w Sochaczewie”. No tak, to wielce obiecujący tytuł, zaraz zobaczymy co tam dalej piszą.
 
Maryla: Nie tu, niech ojciec czyta na pierwszej stronie, o, tu, pisane dużymi literami tuz pod zdjęciem! No, naprawdę nie poznał ojciec Grzesia na tym zdjęciu? Prawda, że prezentuje się pięknie z tymi oczkami w kolorze bławatków?
 
Dziadek: "W związku ze społecznym zapotrzebowaniem, Gazeta Więzienna, w skrócie GW, ma zaszczyt zaprosić miłych czytelników do wypełnienia ankiety pod hasłem: "Wybieramy Człowieka Roku". Myślę, że nie popełnimy niedyskrecji jeśli wybrany kandydat okaże się też waszym autorytetem moralnym i człowiekiem o renesansowej wprost wiedzy i osobowości pełnej talentów i inteligencji. Tu uwaga techniczna. Bardzo prosimy o zaznaczenie krzyżykiem tylko jednego z kandydatów bo ułatwi to komputerową obróbkę danych i interpretację ankiety przez wysoko kwalifikowanych statystyków zatrudnianych przez nasza firmę. Badania prowadzi CBOS w skrócie Centralne Biuro Ogłupiających Statystyk. Badaniom statystycznym podlega reprezentatywna dla naszego społeczeństwa, losowo wybrana grupa respondentów z Domu Strasznej Starości "Alzheimer" w Radości. Tym razem naszym hojnym sponsorem jest firma "Pampers" urzędująca przy ulicy Porachunków 13 w Wołominie. Dziękujemy też drugiemu sponsorowi, firmie TTA (" Teraz Twoje Auto" ) krajowemu potentatowi na naszym rynku, zajmującemu się rozbiórką samochodów i detaliczną sprzedażą używanych części! Z góry dziękujemy za uczestnictwo w badaniach!
 
Kto w twoim mniemaniu zasługuje na miano Człowieka Roku?
 
1. Albin Siwak, sławny Brygadzista
2. Niedoszły kandydat na Prezydenta
3. Najlepszy, zaufany powiernik i przyjaciel pana Kwoki
4. Szósty specjalista do - noszenia
5. Raczej Janosik a nie złodziej papieru toaletowego
6. Wydawca nielegalnego pisma opozycyjnego
7. Specjalista po przeszkoleniu w Japonii
8. Ceniony konserwator maszyn biurowych
9. Opiekun i obrońca sławnego Murzyna
10. Współpracownik znakomitego biznesmena pana Yamamoto
 
Grzegorz: To wszystko? Przecież tu nawet nie padło jedno słowo o mnie, Grzegorzu Poszepszyńskim!
 
Maryla: A co ty byś więcej chciał? To chyba jasne, po prostu, w naturze tak już jest, że w walce o pozycje w stadzie, najprawdopodobniej zawsze wygrywa najlepszy czyli najlepiej się dostosowujący!
 
Dziadek: No właśnie to chciałem powiedzieć. Darwin już to dawno mówił o tym w swojej teorii tej no... rewolucji. Podobno w uczciwej konkurencji tylko najwartościowsi neandertalczycy przeżywają, ale wy tłumoki, pewnie o tym nigdy nawet nie słyszeliście!
 
Grzegorz: Wypraszam sobie, nie jest ze mną aż tak źle, ojcze. Czytało się to i owo w życiu, ale o jakimś tam Darwinie nigdy nie słyszałem i to nawet w czasie intelektualnych sympozjów i dyskusji odbywających się pomiędzy użytkownikami kabin!
 
Maryla: A ja wam mówię, że jacyś tam Darwini i ich Neandertalczycy to wielka bzdura a najważniejsze jest aby notowania Grzegorza w dalszym ciągu szły w górę! Podobno jego najgroźniejszy rywal stracił od stycznia 2,8% wiarygodności wśród respondentów a na dodatek w lutym straci jeszcze 17.6 % poparcia. Słyszałam że tak mówił pan Waldek do pani Buby w warzywniaku a on jest mądrym i dobrze poinformowanym człowiekiem bo jeździ wypasionym BMW.
 
Dziadek: Mnie osobiście bardzo się podoba ten pomysł na konkurs czy też jak wolicie ankietę. Pamiętam jak w niezapomnianym roku 1905 mój bezpośredni przełożony kapral Jedziniak też rozpisał w naszym oddziale konkurs na najpiękniejszy wiersz i to do tego pisany po japońsku. Termin oddania prac był dość długi bo mieliśmy tydzień na skończenie i przepisanie na czysto utworu. Wymogi były bardzo wyśrubowane bo liczyło się piękno i kunszt pisarski ale kapral jako esteta zapragnął aby utwór był wykaligrafowany na liściu palmy. Problem był jednak w tym, że w naszej okolicy nie rosły palmy a sprowadzić je z cieplejszych okolic też było trudno bo z racji oblężenia poczta polowa nie działała. Postanowiłem działać niestandardowo i dlatego przebrałem się w kimono Gejszy ukradzione przez Sebka Sewastopolskiego z zamtuza o wdzięcznej nazwie Ko-Ko i pozna noca zaczalem przekradac się na teren wroga. Po wyjściu z ziemianki, zawiesiłem na sznurkach pod kimonem dwa granaty zaczepne imitując w ten sposób wydatny falujący przy każdym kroku biust. Postanowiłem szukać natchnienia za japońską linia frontu bo po naszej stronie wszystkie agencje towarzyskie o tak późnej porze były już zamknięte. Gdy zobaczyli mnie dwaj japońscy żołnierze ukryci w okopie z wrażenia dostali zawału serca. No cóż, zawsze byłem przystojny a wiec nie bardzo się temu dziwiłem. Może nawet nie mój widok to spowodował a fakt, że nie miałem wprawy w chodzeniu po lesie na wysokich koturnach co powodowało, że poruszałem się chwiejnym krokiem a po czternastym uderzeniu o ziemię zgubiłem granaty i tak się nieszczęśliwie złożyło, że wtoczyły się one do japońskiego okopu. Cale szczęście że żółtki mieli słabe nerwy, a granaty były bezpieczne i nie wybuchły, bo obudziłbym cały Port Artur, a moja wyprawa by się nie udała. Po przejściu linii frontu udałem się do japońskiego domu schadzek, gdzie dwanaście Gejsz w zamtuzie o wdzięcznej nazwie "Jaspisowa nora" zajęło się mną bardzo profesjonalnie. Po paru kolejkach sake jedna z dziewcząt o japońskim imieniu Kwiat Paproci, podarowała mi w dowód wdzięczności za usługę, którą jej oddałem, kawałek swego kimona ozdobionego wzorem liścia palmy z własnoręcznie wypisana pędzelkiem do golenia i tuszem do rzęs dedykacją. Tuz przed świtem udało mi się wyrwać z tej luksusowej spelunki i wrócić znana mi już trasa do oddziału. Gdy po apelu porannym wszyscy żołnierze złożyli do komisji swe prace okazało się, że zdobyłem pierwsze miejsce w konkursie. Konkurencja była naprawdę silna, ale ze względów formalnych odpadło wielu świetnych kandydatów do nagrody. Dwóch nie spełniło podstawowego wymagania i nie napisało wiersza po japońsku a po rosyjsku. Dwunastu było niepiśmiennych i tylko narysowało po kilkanaście krzyżyków na drzewach rosnących w okolicy ziemianki bo tak podpisywali się na liście gdy pobierali żołd. Siedemnastu z braku liścia palmowego nagryzmoliło coś na onucach i wciskało kapralowi Jedziniakowi ciemnotę ze onuce są robione z liści palmowych. Było to oszustwo szyte grubymi nićmi bo i tak wszyscy wiedzieli ze to są nieprawdziwe onuce a tylko pomięte gazety którymi to cala armia od prawie roku zastępowała deficytowe i niedostępne na froncie płótno lniane. Tak wiec tylko ja spełniłem wymogi konkursu ale i tak nic z tego nie wyszło bo się okazało ze kapral Jedziniak nie zna języka japońskiego a wiec nie może autorytatywnie ocenić czy mój wiersz jest ładny czy nie.
 
Maryla: Przestałby ojciec opowiadać te bzdury bo naprawdę dłużej już tego nie można słuchać.
 
Dziadek: A dlaczego bzdury? Przecież to był prawdziwy konkurs i choć nie dostałem należnej nagrody do dziś czuje się jego laureatem!
 
Grzegorz: Ja nadal nic z tego nie rozumiem! Czy w końcu ktoś może mi wytłumaczyć co ten idiotyczny artykuł i cała ta ankieta ma wspólnego ze mną?
 
Maryla: No jak to? Najprawdopodobniej dla wszystkich myślących ludzi jest to jasne jak słonce!
 
Dziadek: Co ja ci będę Grzesiu długo tłumaczył Jak widać nie pozostaje mi nic innego jak tylko pogratulować ci nieoczekiwanego a ze wszech miar zasłużonego sukcesu. Ja, skromny weteran wojny japońskiej i były członek stowarzyszenia Psie Pole dumny jestem z ciebie. Przedstawiciel rodziny Poszepczynskich znowu zajął należna nam pozycje społeczną, wybił się z szarego tłumu i myślę, że na stale zadomowi się na stronach podręczników historii wszystkich szkół gastronomicznych. Pozwól, że cię uściskam kochany Grzesiu, mordo ty moja! A teraz starodawnym mandżurskim zwyczajem, daj zrobimy tradycyjnego "niedźwiedzia".
 
Grzegorz: No już dobrze ale nie tak mocno bo urwie mi ojciec rękaw od podkoszulka a taki podkoszulek to trochę w dzisiejszych czasach jednak, w zasadzie, kosztuje.
 
Maryla: Nie czas żałować podkoszulków gdy dziadek w potrzebie, jak mawiał Kościuszko pod Grunwaldem. Od dziś musisz Grzegorzu odważnie patrzeć w przyszłość i dumnie nosić głowę bo ty po prostu jesteś inteligentny inaczej. już nie jesteś byle kim a twoja niezłomna postawa życiowa i nabyta inteligencja została w końcu dostrzeżona i publicznie nagrodzona.
 
Grzegorz: Masz rację Marylo, znowu nabrałem do siebie szacunku. Będę musiał pokazać ten artykuł w pracy to może jednak pan Yamamoto nie wyrzuci mnie za ta ostatnia wpadkę.
 
Dziadek: A co Grzesiu, przyznaj się bez bicia, znowu narozrabiałeś? Oj wywalą cie w końcu, wywalą i znowu cala rodzina będzie na moim utrzymaniu i garnuszku! To skandal żeby weteran wojny japońskiej musiał utrzymywać, za swą skromną emeryturę, cala rodzinę tych nierobów Poszepszynskich.
 
Maryla: No już dobrze nie bądźmy aż takimi pesymistami.
 
Grzegorz: Łatwo wam wszystkim mówić, ale po tym co się ostatnio stało, czarno widzę swoja przyszłość i współpracę z panem Yamamoto. No wyleje mnie z pracy jak nic, choć nie było w tym żadnej mojej winy a wszystko przez to, że po skończonej pracy postawiłem za szafą wiadro i mokrą szmatę na kiju do sprzątania korytarza.
 
Maryla Ja już nie mogę tego słuchać. No wykrztuś w końcu co takiego złego się wydarzyło w tym twoim japońskim zautomatyzowanym kiblu!
 
Grzegorz: Gdy przyszedłem rano do pracy natknąłem się pod drzwiami na pana Yamamoto sprawdzającego ze stoperem w reku kto i ile się spóźnił! Wyobraźcie sobie, że na moje szczęście złapał mnie z prawie, dwuminutowym spóźnieniem!
 
Maryla: No tak, to już koniec z nami, jak nic cie wywali. Zawsze ci mówiłam leniu patentowany, że powinieneś wstawać piętnaście minut wcześniej, ale ty lubisz sobie poleżeć w ciepłym łóżeczku....
 
Grzegorz: No nie, to właśnie daje mi cień nadziei na pozostanie w pracy. Wyobraźcie sobie, że przed moim przyjściem ktoś napisał w damskiej toalecie drukowanymi literami ogromny napis " Kwoka kocha Zosię". Gdy to zobaczył pan Yamamoto zadrżał z oburzenia, złapał szmatę na kiju stojącą za szafą i z mrożącym krew w żyłach japońskim okrzykiem JAMUDAM na ustach, popędził do działu rachuby! No, rozumiecie w naszej męskiej toalecie nie ma miejsca dla kochających inaczej. Rozjuszony pan Yamamoto goniąc uciekającego po biurkach pana Kwokę nieprecyzyjnie wymierzył kolejny cios szmata na kiju i zawadził przypadkowo o czujkę instalacji przeciwpożarowej, zainstalowanej w całym naszym przedsiębiorstwie. Uruchomienie jednego czujnika spowodowało włączenie się całego systemu i na pietrze powstał istny potop. Zgasło w całym biurze światło bo w zalanej instalacji zrobiło się zwarcie i włączyła się syrena alarmowa. Czegoś takiego jeszcze jak żyję nie widziałem. W zalewających wszystko strugach zimnej wody nastało istne pandemonium. Osaczony w rogu biura, osłaniający się skoroszytem Pan Kwoka mając odciętą drogę ucieczki, wyskoczył w końcu oknem trafiając w sam środek rabatki z różami. Kulejąc na lewa nogę, zdezorientowany upadkiem, cały podrapany i w porwanym ubraniu z krzykiem "ratunku, mordują", wybiegł na środek ulicy. To o mało się nie skończyło tragedia, bo właśnie przyjechały na sygnale dwa wozy straży pożarnej automatycznie wezwanej przez włączony system przeciwpożarowy. Nagle wtargniecie pana Kwoki na jezdnię zmusiło pierwszy wóz do natychmiastowego hamowania ale drugi się nie wyrobił i wjechał w tył pierwszego. Cala załoga naszego przedsiębiorstwa stała w oknach i z zachwytu nie mogla z siebie słowa wydobyć! Takiego widowiska i totalnej destrukcji nie zobaczylibyście na żadnym filmie akcji nawet w wykonaniu Rambo!
 
Dziadek: No tak, wygląda na to, że nie nudziłeś się dziś w pracy Grzegorzu. Jak na jeden dzień to działo się nawet całkiem sporo. Podobne sceny to ja tylko raz widziałem w niezapomnianym roku 1917 gdy oddział "bojców" pod wodza Czapajewa wdarł się po brawurowym ataku do Domu Wariatów!
 
Grzegorz: No właśnie, ale najważniejsze dla mnie jest to, że mam bardzo silne alibi, bo ja w zasadzie z pewnością nie mogłem zrobić tego napisu w damskiej ubikacji!
« Ostatnia zmiana: 15 Marca 2008, 18:45:31 wysłana przez Baader »
Hochsztapler pan jesteś panie starszy! Zwykły hoch... hochsztapler!!!

Offline Leon74

  • Łebmajstrowy
  • Pierdziel
  • Ekspert Toaletowy
  • *
  • Wiadomości: 714
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-1
  • Płeć: Mężczyzna
    • 33741
    • Rodzina Poszepszyńskich Łebsajt
Odp: Odcinek nr. 11, czyli Dziadek Jedenasty - finał
« Odpowiedź #1 dnia: 15 Marca 2008, 20:06:44 »
"Obsesja destrukcyjna dezawuuje krańcowość".
Pzdr, Leon Junior (widzący).