Melduję powrót z jubileuszu Kabaretowego Patchworka Tematycznego. Zastrzegam, że nie redundowałem nawet wewnętrznie, wręcz natychmiast starałem się zapomnieć to co plotłem do mikrofonu.
To może w formie wypunktowanych spostrzeżeń:
- Nie nadaję się do wypowiedzi na żywo, a w szczególności do odpowiedzi na żywo - czułem isę jak Dziadek Jacek na krześle elektrycznym przed Moniką Olejnik. Na szczęście znalazłem sobie na stole rozdzielacz wyposażony w bolce uziemiające i zająłem się nimi zostawiając w końcu manualnie w spokoju nadwerężony już kabel słuchawek. Dużo mniej zestresowany byłem prowadząc ruch w bukaresztańskim metrze po tym jak prawie doprowadziliśmy do wykolejenia czy przepuszczając na sygnał zastępczy przez Gdynię Główną skład beczek z paliwem. yżurny wydziela w takich sytuacjach 300-500W. Ja w Żaku - więcej.
- Sytuację ratowała dzielna realizatorka Karolina Dębna z wielkim zaangażowaniem pokazująca mi na migi przez szybę, żebym się tak nie kręcił przed tym mikrofonem i patrzył w kwiatuszek. Dodać należy, że ta drobna, acz heroiczna kobieta musiała jednocześnie radzić sobie z liczną publicznością Żakowców rozpoczynających już obchody jubileuszu w reżyserce.
Marta jakimś sposobem potrafi krążyć wokół mikrofonu tak że ją równo słychać.
- Plus jest taki, że udało się zapobiec zadaniu wielu pytań dekonspirujących Rodzinę (nawet bez odpowiedzi) już już czekających na kartce Marty prowadzącej.
- Zaskoczył mnie fakt, że w czasie emisji Urny w reżyserce zapanował nasłuch i skupienie. Ekipa na pierwszą wieść (miesiąc temu) o "nagraniach od słuchaczy" jęknęła, po czym została zaskoczona. Mimo braków są zdziwieni, że "Urna" w całości powstaje po domach.
- Nie robiłem zdjęć ale ktoś to zrobił zdecydowanie lepiej i szerokokątnie.
- Ekipa Żaka jest młoda, zakręcona i robi to wszystko za darmo.
- Po dalszych obchodach doliczyłem do listy nietypowych miejsc, w których spałem - koncertowe studio nagraniowe. Noc niestety wyjątkowo krótka, ze względu na nadchodzące obowiązki służbowe ale to już zupełnie inna historia...
Tymczasem wróciłem do własnego studia nagraniowego, gdzie na szczęście można wyciąć, skleić, nagrać jeszcze raz i kompromitować się w dużo mniejszym stopniu.
