Święta, święta i po świętach. Tymczasem na falach wirtualnego eteru nawiedził mnie Angel Arcabucero, dzieło anonimowego barokowego mistrza z Cuzco.
Co mnie zachwyca w tym obrazie?
Primo - no anioł z arkebuzem

Secundo - ten anielski spokój na tej anielskiej twarzy. Jak z tych memów z podpisem "Jadę ci wp<ev>olić". W tym wypadku zapewne "lecę", ale tak czy tak, co się odwlecze, to nie uciecze, nieuchronna sprawiedliwość boża nie wymaga pośpiechu ani ekscytacji, i tak cię dopadnie.
Tertio - że nie jest onże anioł przystrojony w jakieś anachroniczne białe giezełko, tylko w strój z epoki, za to w wersji ekstremalnie wykwintnej i zapewne kosztownej. W wersji współczesnej zwidział mi się taki archanioł Bond, w garniturze od Armaniego, względnie w smokingu, z angielska flegmą czyszczący walthera ppk albo innego glocka...
Szkoda, że takich świętych obrazków ksiądz po kolędzie nie przynosi.