Ja także bardzo się cieszę, że nasz jako bodajże 700+ człowiek poleciał w kosmos. Może jednak warto trochę spuścić powietrze z balonika i przypomnieć szczegóły, o których jakoś - wśród entuzjazmów i peanów - media się nie rozpisują? Kulisy wyjaśnił dzisiaj Bogusław Chrabota w Rzepie. I tak...
Przede wszystkim, lot w kosmos męża naszej posłanki z PO zawdzięczamy... tak, słucham? TAK Wiktorowi Orbanowi. Ponieważ lot ten to nie jest żadna oficjalna, naukowa misja, a projekt czysto prywatny, komercyjny. Lot jest efektem ambicji Orbana, który wpadł na pomysł wysłania jednego ze swoich obywateli w kosmos w ramach inicjatywy HUNgarian to Orbit (HUNOR), a za partnera wybrały firmę Axiom Space, współpracującą ze SpaceX i NASA. I tu najlepszy bratanek Orbana - M. Morawiecki, wówczas z zawodu premier Polski, postanowił dołączyć do projektu za pośrednictwem Europejskiej Agencji Kosmicznej. Z umowy z 2023 r. wynikało, że Polak będzie członkiem załogi tego lotu. A teraz koszty, niby to 69 mln euro, ale Europejska Agencja Kosmiczna poinformowała 9 czerwca, że Polska zwiększyła swój wkład w programy agencji o dodatkowe 295 mln euro, szczegóły są ponoć tajne.
Żeby było jasne, cieszę się z tego lotu, ba nawet cieszę się z tych „przełomowych” eksperymentów, rozumiem potrzebę promocji badań i lotów kosmicznych. Tylko wśród ogólnych zachwytów nad tym, jak udało się Sławoszowi pokonać kolejnych kilka metrów śluzy, brakuje mi „powszechnego” podania właśnie takich faktów i kosztów oraz ewentualnej merytorycznej dyskusji nad celowością wydania tych pieniędzy – oczywiście rozumiejąc, że te ok 1,5 mld złotych to niewielkie pieniądze w porównaniu do inwestycji podejmowanych przez TVP S.A. w upadłości, czy zakupu kolekcji dzieł sztuki Czartoryskich.
Najbardziej zaś w całej tej sprawie cieszy mnie wątek węgierski, bo okazuje się, że Sławosz poleciał w kosmos dzięki robotowi Madziarowi Mikrobiemu, bez którego najprawdopodobniej nie byłoby niczego.