TAKI KRAJ
Jest kraj dżemem i piwem płynący, Zembatylandią zwany. Żywią tam ludzie długo kształceni - sami wesołkowie i kanciarze, czując się jedną rodziną. Języki mają bogate i pokrętne. Posługują się nimi ile wlezie, ale największą każdy ma ambicję - mówić dobrą poszepszyzną.
Kraina kształtem z grubsza przypomina zgrabne prosektorium - z nieco wyniesioną na południu sekcją podłużnych chłodni i szerokim dostępem do kanalizacji od północy; od zachodu ograniczone rynną na odpady zakaźne po odrze, czy innych łużycach, a od wschodu graniczące z dziczą sąsiedniej izby przyjęć.
W państwie utarł się (drogą napaści i podjazdów) podział administracyjny na xięstwa, zwane swojsko wątkami (od wątpliwych uprawnień ich posiadaczy). Jeden magnat może mieć wątków wiele, a inny mało; pozostałych się sekuje poprzez zaczepianie i wykpiwanie, nieraz zmuszając do porzucania wątków, a nawet emigracji.
Najwięcej wątków dzierży w swoich owłosionych łapach Stephanus. Wielkiej przebiegłości ten mąż knuje usilnie, zwykle chowając się za pozorami zmyślonych niemocy swoich, albo kota, któren jest u niego co najmniej kanclerzem we dworze, doradcą pierwszym i powiernikiem w spiskach. Trzęsą oni wespół południowo-wschodnią rubieżą Zembatylandii, ale macki ich, co ich maja razem ośm, sięgają wszędy.
Podobnie groźna, a w wątki opływająca jest xiężna Bruxelka; tu, za myląco łagodnym nazwiskiem skrywa się biegły w czarach i astrologii mag w damskiej szacie, nie wahający się wpływać nawet na ruchy sfer niebieskich, sprowadzając wedle humoru - to pomór na bydlęta, już to korki na trakty miejskie. Jej drugie, tajne imię to Karambolia. W przenajoczywistszy sposób ona ci to odpowiada za spektakularne strącenia aeroplanów i zderzenia kolei żelaznych najnowszej doby.
Dalej wypada wymienić magnata Centauryjana. Pan to wielki i satrapa. Trzyma monopol na wiedzę o zagadnieniach dawnych, z czego wywodzi auctoritate żeby szarogęsić się pośród spraw aktualnych. Pewność swojej siły czerpie z faktu rzekomej osobistej znajomości z niejakim Gonzem - osobistością niejasnej proweniencji, z którą - według gminnego mniemania - zadrzeć jest niebezpiecznie, ale której realnego bytu nie potwierdza żadne szanowane źródło.
Kolejny, mocno niebezpieczny jest południowo-zachodni watażka ukrywający swe imiona prawdziwe (jeśli jakie ma), a używający jeno krypotonimów, jako to „666” albo „Łeb Majster”. Jednak przezwiska te jako same wielce go zdradzają - lud szemrze że harem on wielki trzyma w kasztelu, z sześciusetsześćdziesięciusześciu branek złożony - a wszystkie złowione w awanturach, na które wyprawia się do krainy Internetydą zwanej. Przydomek zasię - Łeb-majster zdobył, po prostu łby przetrącając tym, co mu na drodze stanęli.
Więcej jeszcze jest wielmożów i posiadaczy drobniejszych - przez co nie można rozumieć, że gardłujących mniej po sejmach, które w kraju tym, warcholskim, zwołują się po każdym gradobiciu, albo i piwa rozlaniu; takoż i bez zwołania się skrzykują i swarzą, a nieprzyzwoitości same z lubością podnosząc, gęby piwskiem przepłukują, przytupując gęsto. Temu wszystkiemu przygrywać każą kapelom nie - dworskim bynajmniej, a nieokrzesanym i przaśnym - od celtyckich nieochrzczeńców, po murzyńskie wyjce. Panów tych i panków siła jest i wymienić wszystkich byłby strach - dość przysłuchać się nieprzystojnemu brzmieniu czterech innych nazwisk - według alfabetu wziętych: Ali, Baader Bluesmanniak, Fasiol - zgroza.
Taki to kraj istnieje - ręczę. Gdyby kto o nim co jeszcze wiedział - niech dopisuje, ku przestrodze.