PŁONIE OGNISKO W...
Były lata, kiedy w Zakopanem roiło się od Węgrów. Na ulicy i w restauracji, czy sklepie, zawsze w zasięgu wzroku (a jeszcze bardziej słuchu) miało się Bratanków z ich charakterystycznym sposobem mówienia długich zdań, nieprzerywanych do ostatniej molekuły powietrza w płucach. Ekspedientki i kelnerki znały po węgiersku nazwy wszystkich liczb i nominałów. Ja, jako dziecko, umiałem już dość wyrazów, żeby kłócić się z nimi o łopatkę i wiaderko, a nawet hulajnogę.
Moi rodzice mieli zaprzyjaźnioną rodzinę w Budapeszcie. Kochali oni Polskę i Polaków, és vice versa. Istniała praktyka uczenia się od nas, przy tokajach, ludowej piosnki: „Szszszua dzjewe-czka du lase-czka du zjelo-negu aha! itd.”. A my odwzajemnialiśmy się, opanowując ichniejszą: „Ozo syjp, ozo syjp, okineko senekik, oookinekooo, semefekete” (mam słuch i pamiętam). Obie strony nie miały pojęcia, o czym śpiewają, a próby wyjaśnień kończyły się tylko śmiechem i postanowieniem jeszcze lepszego zdrowia dla wszystkich. Kiedy mieli do nas przyjechać kolejny raz, z tej miłości zmusili się najpierw do nauczenia na pamięć utworu pt. „Płonie ognisko w lesie”, żeby nas kompletnie prześcignąć. Do tego celu mieli nagromadzone jakieś tajne zapiski i zapamiętane nutki. Podczas pierwszej uroczystej kolacji kazali wystąpić synkowi - Laslo - który był moim rówieśnikiem i strasznie się wstydził, ale też bardzo chciał się wykazać. Nie dali mu jednak śpiewać samemu; umieli wszyscy, więc wszyscy go w tym triumfie wspomogli. I poszło:
„Nie o gnisko w lesiewiatr smętną piosnkę niesieprzy
Ogniu zaś druży naga wędę rozpoczy naczuj.
Czuj czuwaj czuj, czuj czuwaj ga wędę rozpoczy naprze.
Stańcie się już bawici czas swój marnotra wićniech
Każdy z was się szczerzedo pracy swej zabie rzeczuj.
Czuj czuwaj czuj...”