No nareszcie.
Ostentacyjne wywieszanie prania na balkonie nie pomogło. Prace ogrodnicze na tymże też nie. Po cięższy kaliber, czyli mycie okien nie mogłam sięgnąć, bo bark ma odpoczywać po rehabilitacji.
Dziś uciekłam się do ostatecznej prowokacji - ruszyłam na spacer z kijkami.
I coś tam kropi, ale to nasz pleban od św. Bartłomieja w Czermnej ma większy rozmach.
No ale zawsze to coś.
Edit: A nie, zwracam honor, teraz to lunęło. Ciekawe na ile starczy pary temu deszczu.