A wiecie, że tam nawet mają faworki?
Ciekawe, w którą stronę ten kulturalny import.
Bo skąd przywędrował jeden z dwóch, obok sfogliatelle, lokalnych rarytasów, to wątpliwości nie ma. Jak coś się nazywa baba i jest drożdżowym ciastem nasączonym rumem, to chyba długiego śledztwa nie trzeba robić.
Chociaż nie powiem, jest tu wkład własny w postaci wkładu właśnie, czyli rozmaitego nadzienia.
Najlepszy chyba był wynalazek łączący jedno i drugie, czyli srogo nasączona baba owinięta sfogliatelle, zwieńczona kleksem kremu - Wezuwiusz to się nazywało. Zeżarliśmy na pół z Grzegorzem, to spora góra jednak jest.
W Pompejach nie byliśmy, odwiedziliśmy Herculaneum, tam to dopiero knajpa na knajpie, że o innych uciechach nie wspomniawszy. Na trop Gonza nie było trudno trafić, więcej o tym jak wydobędę stosowne zdjęcia z czeluści aparatu.