Tymczasem, ja wiem, że to może się wydawać niekoniecznie najbardziej fascynujący filmik na weekend...
...ale mamy tu powód do świętowania.
Miałam okazję uczestniczyć w tym przedsięwzięciu jako ten upierdliwy, kręcący się po, było nie było, placu budowy pasażer. Mam ogląd niejako od środka, od samego początku. I wiecie co?
Głęboki szacunek dla wszystkich, co w tym maczali palce. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie to, ile hektarów nowego dachu postawiono, nie te bodaj czterdzieści kilometrów torowiska i okablowania tyle, że starczyłoby żeby pociągnąć linię do Paryża. Nawet nie to wyczekiwane przejście podziemnie, po którym można jeździć Boeingiem (może dlatego, że jeszcze nie byłam, muszę się dziś kopnąć).
Największe wrażenie przez cały czas robiło na mnie to, że to była operacja na żywym organizmie. I z punktu widzenia tego szeregowego podmiejskiego (ale czasem i dalekobieżnego) podróżnego to to przeszło praktycznie bezszmerowo. Jedyny kłopot, no, powiedzmy - przygodę, przez te parę lat, to mi zafundowało jakdojade, ale o tym to już chyba gdzieś kiedyś pisałam. Mam wręcz wrażenie, że pociągi jakby punktualniej jeździły (disclaimer: nie piszę, że idealnie punktualnie, tylko punktualniej niż wcześniej, a ta poprzeczka nie była zawieszona szczególnie wysoko).
I mam takie wrażenie, że przez to bardzo mało się o tym, kolosalnym przecież, przedsięwzięciu mówiło w mediach. Bo lepiej by się sprzedawały nagłówki GIGANTYCZNE UTRUDNIENIA NA KOLEI! KIEDY KONIEC TEGO ARMAGEDONU! CZASKOSKI PARALIŻUJE MIASTO!!! A tu zonk. I jeszcze zaraz tramwaj podziemny podepną, już się buduje.
Tja, wcale nie widać, że jestem fanką tej inwestycji

Chociaż uczciwie powiedziawszy, to nie od początku byłam, ale to jest jednak coś nieprawdopodobnego, co tu się odkoleiło.