To się w zasadzie nadaje do wątku "straszna wieść"...
To co się dzieje u mnie w robocie, to się chwilowo nie da opisać w języku ludzi kulturalnych. W języku użytkowników tego forum tez nie, a nawet, jakby się dało, to tajemnica Rady Pedagogicznej, a ja lubię tę robotę, nie chcę szukać innej...
Sięgnęłam więc do zachomikowanych na taką czarną godzinę zasobów po wsparcie (bo Gregorescu nadal zaszczyca swoją osobą Transylwanię, więc nie mogę na niego w tej dziedzinie liczyć).
Maszyna losująca wyciągnęła z walizeczki Konrada 12, Klasicka receptura, jak się chwalą na okładce.
Początek nie zapowiadał dramatu.
Rzeczywiście, po otwarciu waliło klasicką budką z piwem. OK, przeżyjemy. Piana w porządku, kolor, hmmm... piwny, dość mocno chmielone, może nie za bardzo zharmonizowane, nie wymagajmy za wiele, to ma być deska ratunku, a nie uczta smakosza... Zaraz, co z tym słodem? Czyżbym wyczuwała subtelną nutkę sztucznego miodu? Ale w składzie w ogóle nie ma miodu? Co z tym miodem?!? Subtelna nutka narastała z każdym łykiem, im dalej w las tym piwo robiło się bardziej niepijalne... Tak mniej więcej do połowy pierwszej szklaneczki.
Bo dalej nie zdzierżyłam.
Ludzie! Bruxa piwo odstawiła nie dopiwszy! Tu sie musiało coś stać! Milicja!!!
A trzeba było na dzisiaj kupić Guinnessa...
