Okazuje się, że jak zwykle Mela ma rację i nikt z nas nie ucieknie od pracy zdalnej, lub od jej konsekwencji. I nie mówię tu tylko o skutkach długofalowych, bo przecież te dzieciaki, które teraz symulują naukę za kilka-kilkanaście lat będą nas leczyć, nauczać (czego?) i budować nam domy. Krótkofalowe skutki też są znaczące i prowadzą do ujawnienia wielu tajemnic rodzinnych, które w przeciwnym wypadku nie ujrzałyby światła dziennego. Tak było i tym razem. Nasza przesympatyczna tłumaczka na języki orientalno-słowiańskie przyprowadziła onegdaj do pracy swoja 8 letnią córę. Dziecko świetnie się u nas czuje, jest kontaktowa i rozmowna. To pomyślałem, że ja zapytam:
- A twoja mama to jest bardziej prawnikiem, czy tłumaczem?
- Oczywiście, że tłumaczem.
- I co robi? Tłumaczy ludziom, co mają robić?
- Nieee, tłumaczy z rosyjskiego na polski.
- I tacie także nie tłumaczy co ma robić?
- Tacie tak, ale tylko wtedy, gdy coś źle robi…
Jak dobrze, że mama była zajęta tłumaczeniem czegoś mężowi przez telefon, bo kto wie, czy i ja nie załapałabym się na tłumaczenie?