Gonzo i dywany.
Gonzo nie przepada za dywanami. Nie żeby bezpodstawnie.
Kiedyś niesiona mu w darze, właśnie w dywanie, królowa egipska Kleopatra omal się udusiła. Więcej, po rozwinięciu okazało się, że podróż w kobiercu tak zepsuła jej charakter, że mimo…, jakby tu powiedzieć, „Powierzchownych Zalet”, trzeba ją było za darmo oddać Juliuszowi Cezarowi.
Trochę później - w 1258r. w Bagdadzie - pewnego znajomego Gonza, kalifa Al-Mustasima (lubił wypić), owiniętego w piękny perski dywan… zadeptał czambuł jazdy tatarskiej (ponoć tłumaczyli się, że podczas zdobywania miasta zabłądzili i jeździli w kółko).
Od czasu tego strasznego wydarzenia Gonzo nie owija się w dywan, nawet jadąc na wielbłądzie. Ba! Na wieść o śmierci kalifa spalił wszystkie posiadane perskie dywany, czego dzisiaj serdecznie żałuje, tym bardziej, że jak twierdzi, spłonęły wówczas klasery ze starobabilońskimi, jeszcze glinianymi znaczkami pocztowymi. „Chociaż trzepania mniej” pocieszał się trzepiąc powiekami. Na dodatek musiał zaopiekować się owdowiałym po kalifie 700 osobowym haremem, który - jak mawiał - zaabsorbował go do tego stopnia, że nie miał już "serca" dla 1000 eunuchów. To ponoć wówczas Gonzo zasłynął wśród dziewczyn, że "dbał o nie jak matka najszczersza i karał jak ojciec najtroskliwszy", albo odwrotnie? Sam zainteresowany twierdził skromnie: "A, ile tam tego było? To był bardzo dobrze wychowany harem, teraz takich ze świecą szukać."
A jak MY zachowalibyśmy się na jego miejscu? Nie wiem, czy proste zwrócenie się do żony: Kochanie, te 700 pań i 1000 eunuchów zamieszka na razie z nami?