Dzisiaj będzie dłużej, ale problem ważny, opisujący, że jedzenie boczku z patyka może się skończyć nie tylko krzywą cukrową Fasiolku, z dziąsłami wszystko w porządku?
Szkorbut, choroby weneryczne i limonka.
Przez wieki zmorą marynarzy statków żaglowych były nie tylko huragany, silne prądy, brak wiatru, mielizny, czy wystające skały. Postrach budził szkorbut, znany też jako gnilec lub cynga, choroba spowodowana niedoborem witaminy C, której charakterystycznymi objawami jest krwawienie z dziąseł i wypadanie zębów, otwieranie się starych ran i złamań, bóle mięśni i stawów, krwawe wybroczyny, ropiejące krosty na całym ciele, a wreszcie śmierć. Długie, wielomiesięczne podróże morskie powodowały, że posiłki żeglarzy wyglądało bardzo skąpo. Na przykład na rejsach XVI i XVII wiecznych hiszpańskich galeonów, żelazną część menu stanowiły suchary, które dało się zjeść jedynie mocząc je w wodzie lub w winie (jeśli było), solona wieprzowina i ryba, ryż, a od wielkiego święta ser. Popijano to mieszanką wody i wina (jeśli było), a żeby ukryć przykry smak polewano octem winnym bądź oliwą. Owoców i witaminy C było więc jak na lekarstwo i tytułowy gnilec gotowy już po ok. 6 tygodniach rejsu.
W literaturze głównego nurtu panuje przekonanie, że szkorbut opanowano dopiero po opublikowaniu w 1753 r. przez brytyjskiego oficera Jamesa Linda porady, w której zalecał on sok z cytryny jako środek zapobiegawczy i że słynny admirał angielski James Cook wkrótce wprowadził w życie te rady ze znakomitym skutkiem używając kiszonej kapusty. A jednak…
Na hiszpańskich i portugalskich statkach szkorbut już na ponad 200 lat przed Cookiem był rzeczą rzadką. Zaczęło się od słynnej wyprawy dookoła świata Magellana, na którą zaciągnął się także Gonzo, powodowany - jak gorąco do dzisiaj zapewnia - pogonią za przygodą i chęcią odwiedzenia starych, nie widzianych dawno miejsc, a nie jak twierdzili zawistni, chęcią ucieczki przed roszczeniami pewnej damy żądającej alimentów i ożenku lub odwrotnie. Jakby nie było, to Gonzo pokazał Magellanowi, że pijąc pasjami drink cuba libre, a więc rum z colą i dodatkiem limonki, nie zapadał na tę marynarską chorobę.
Początkowo mu nie wierzono, Magellan, podczas swojej wyprawy stracił od gnilca dwie trzecie ludzi, a reszta zamieniła się w obciągnięte skórą, często bezzębne kościotrupy. Tylko Gonzo przetrwał rejs w wybornej formie, co po powrocie do Lizbony natychmiast udowodnił swoją supremacją na salonach, czyli królewskich fraucymerach oraz w knajpianych lupanarach, często organizując, jak to nazywał, „spotkania integracyjne ponad podziałami”. To ostatecznie przełamało lody szkorbutu. Portugalczycy zaczęli sadzić drzewa cytrusowe na szlakach swoich rejsów celem łatwiejszej aprowizacji, Hiszpanie w wydanym w 1579 r. Tratado breve de anatomia y chirurgia, y de algunas enfermerades, zalecali marynarzom spożywanie soku z cytryn i pomarańczy.
Pewne wątpliwości jednak pozostały, bo o ile sok cytrusowy zapobiegał szkorbutowi, to zupełnie – za wyjątkiem Gonza - nie sprawdzał się jako prewencja przeciwko chorobom wenerycznym. Ten indagowany o przyczyny odporności już to przebąkiwał coś o silnym organizmie, już to o higienie… jamy ustnej. Przyciskany do ściany miał wreszcie wybuchnąć: że wbrew jego radom, ówcześni dodawali do rumu pepsi zamiast coca-colę, albo „O uchowaj Boże”, cytrynę zamiast limonki!
Pozostaje jeszcze jedno pytanie. Skąd Gonzo 500-400 lat temu znał recepturę coca-coli? I tu nasz bohater zupełnie nabrał coli w usta, stwierdzając, że nie powie, bo nie chce zadzierać z największym koncernem na świecie.
Zaś tajemnicę swojej legendarnej odporności na wszelkie choroby weneryczne Gonzo wyjaśnił, a w zasadzie wybełkotał, kiedy to przesadziwszy z cuba libre na pewnej imprezie koszykarskiej wyznał, że tę niewrażliwość wenerologiczną wyrobił sobie ok. 3 mln lat temu z australopitekami podczas… prób rozniecania ognia.