Autor Wątek: Na zakupy  (Przeczytany 15301 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #45 dnia: 16 Marca 2010, 10:03:48 »
Czyżby ten mężczyzna na końcu to był Wielki Brat, przepraszam Gnát?
Powinny być jeszcze gabinety lekarskie - np. ortopedyczne pod hasłem: Policzymy Ci wszystkie Gnáty.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Stefan

  • Gość
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #46 dnia: 16 Marca 2010, 10:57:01 »
dalej nie czytam, ale tym razem mam usprawiedliwienie od mojego prawnika

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #47 dnia: 16 Marca 2010, 11:14:33 »
dalej nie czytam, ale tym razem mam usprawiedliwienie od mojego prawnika
Jak to od Twojego pranika? O czymś nie wiem? A przysłowie, przepraszam, przykazanie mówi: Nie będziesz miał cudzych prawników przede mną. Ja mówię przeciwnie, przeczytaj, a nie pożałujesz...
A zresztą, Stefek jest tak empatyczny, że każdego pożałuje.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Offline nick: dr O.B.

  • Nowy Bułczarz
  • *
  • Wiadomości: 19
  • słoiki dżemu truskawkowego +4/-0
Na zakupy
« Odpowiedź #48 dnia: 17 Marca 2010, 11:59:13 »
20:44

  Jest zrozumiałą rzeczą, że niektórzy rodzice wolą poruszać się w obrębie hali handlowej bez dzieci. Do dzieci skierowanych jest bowiem wiele chwytliwych reklam, natarczywych promocji i innych zabiegów marketingowych, które wykorzystują grę uczuć i pokus, jakim łatwo ulegają dziecięce dusze. Rodziny o mniej zasobnych portfelach wolałyby z pewnością oszczędzić sobie tego rodzaju dylematów, a własnym dzieciom — płaczu i rozczarowań. Gnát doskonale rozumie ten problem. Dlatego Gnát posiada plac zabaw.
  Plac zabaw dla dzieci w Gnácie to nie jest zwykłe miejsce ze zjeżdżalniami, huśtawkami i drabinkami.
  — Zwykłe osiedlowe podwórka — informuje mnie obsługa przy wejściu — potrafią znudzić się już po godzinie. Poza tym posiadają szereg nieodgadnionych skrytek lub całkiem nierealnych pokus, które skłaniają dzieci do robienia rzeczy nieprzewidzianych, niebezpiecznych lub nawet zabronionych, spośród których na pierwszym miejscu należałoby wymienić łażenie po drzewach. Dlatego my jesteśmy inni.
  Plac, jaki rozciąga się za plecami mego dumnego rozmówcy, to olbrzymia plaża z żółciutkim piaskiem, muszelkami i błękitno-modrym morzem, z horyzontem namalowanym gdzieś na przeciwległej ścianie. Woda w morzu jest prawdziwa i pobudzana do falowania jakimś tajemnym sposobem. W piasku tkwią nawet wieżyczki obserwacyjne ratowników i wyraźnie odcinają się od błękitnego, namalowanego nieba. Cały teren poryty jest wykopami i upstrzony zamkami — piaskowymi budowlami uszczęśliwionych dzieciaków, które dziesiątkami baraszkują po plaży, rzucają piłką bądź zażywają kąpieli wśród wrzawy i pisków. Wózki z lodami, smażalnie fląder, wypożyczalnia pontonów, kutry na brzegu, rozwieszone sieci i sztuczne słońce dopełniają całości tej jedynej w swoim rodzaju sceny do zabaw — kawałka prawdziwego lata w środku okrutnej zimy. Natomiast, bądźmy sprawiedliwi, istotnie nie ma tu ani jednego drzewa.
  Wystarczy tylko załatwić formalności u wejścia, gdzie opalony kasjer w szortach, pomarańczowej koszulce i czapce z daszkiem uprzejmie wypisuje kwity, kazać pociechom wysłuchać kilku napomnień w stylu „Nie chodzić po falochronach!” — i już mamy dzieci z głowy na czas zakupów.
  — Dlaczego przypomina pan rodzicom, że odbiór musi nastąpić bezpośrednio po odejściu od kasy? Nie podejrzewam, aby roztargnieni i pełni wrażeń tatusiowie lub mamy zawracały się po dziecko gdzieś w pół drogi do domu? — pytam ironicznie.
  — O-o o! Jeszcze by pan się zdziwił, ja tu już trochę pracuję, swoje widziałem... Ale rzecz w tym, że depozyt w formie... yyy... pozostawienie dziecka pod fachową opieką pozwala nam spełniać pewną misję społeczną — mówi rosły ratownik i zaciąga się fajeczką. — Rozmawiamy w międzyczasie z dziećmi, zagadujemy je na różne sposoby, pytamy o czym marzą, co chciałyby mieć. Bardzo wiele rzeczy wtedy wychodzi. Dzieci w odróżnieniu od ludzi, są szczere! — pyk-pyk. — Tymczasem zdarza mi się widzieć, że koszyk z zakupami jest prawie pusty, brakuje w nim niezbędnych artykułów, szczególnie zabawek i słodyczy.
  — I co wtedy? — zapytuję.
  — Wtedy nie wydamy dziecka — pyk-pyk-pyk — wyrodnym rodzicom... — mówi krzepki ratownik i odchyla się lekceważąco na swoim leżaku. W jego głosie brzmi stanowczość i pewność siebie.
  — Czy w takim razie — pytam dobitnie pokonany kategorycznością stawianych warunków — Gnát też jest w stanie przyjąć na siebie jakieś zobowiązania, odpowiedzialność, na przykład w razie wypadku?
  — Zawsze w takich wypadkach, jak ujawnienie rozkładu panującego w rodzinie — stwierdza naukowo tamten — orzekamy odebranie praw i organizujemy adopcję. Istotnie: to odpowiedzialna i trudna decyzja, dlatego podstawą naszych działań jest każdorazowo paragon z kasy. Rodzina jest przecież najważniejsza — pyk-pyk pyk!
  Następuje chwila ciszy.
  — A co robicie latem? — pytam na koniec, chcąc się dowiedzieć jeszcze czegoś ciekawego.
  — Robimy tu lodowisko — ratownik wykonuje niedbały gest za siebie — lepienie bałwanów i publiczne strojenie choinki
  — Widzę, że Gnát zawsze się stara dawać to, za czym się tęskni — usiłuję podsumować zażenowany.
  — Oj, pan za bardzo filozofuje. Ot, niejedna rodzina rada była by tu spędzać wakacje. Wszystko by chcieli mieć pod ręką, he-he.
  Odchodzę wśród smug aromatycznego dymu, wsłuchany w monotonną melodię Ody do radości, która sączy się z głośników co najmniej od godziny. Droga przede mną wije się i odsłania coraz to nowe atrakcje. Chwilami ma się wrażenie, że wyjście z Gnáta nie istnieje, zwłaszcza gdy się zobaczyło plażę wielkości boiska. Że do tego sklepu można tylko wejść i przepaść w nim do końca życia. Ktoś to doskonale obmyślił.

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #49 dnia: 17 Marca 2010, 12:07:56 »
Jeżeli chodzi o dzieci, to Gnat powinien zatrudniać pracowników opieki społecznej, którzy przecież znają się najlepiej na odbieraniu dzieci.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Offline nick: dr O.B.

  • Nowy Bułczarz
  • *
  • Wiadomości: 19
  • słoiki dżemu truskawkowego +4/-0
Na zakupy
« Odpowiedź #50 dnia: 18 Marca 2010, 09:31:02 »
21:14

  O, reklamują kurs uprawy ogródka. Z dala widać stosy plastikowych roślin — brukiew? — i wielkie koryto jakiegoś żwiru; w końcu zima ma swoje prawa. Dzisiejszy temat: malowanie altany. Jutro — walka z kretem. Pojutrze — Grabienie i zabezpieczanie altan przed ograbieniem. Wtorek: organizacja imprez okolicznościowych (wizyta prezesa Związku Działkowców). Środa: grill party. Czwartek: girl party. Piątek: sami budujemy basen. Środa i czwartek z degustacjami. Czy to kolejny dowód, że zmiany pór roku w handlu mają rolę drugorzędną i że pokonała je wielka hala, w której można natknąć się na wszystko? Czy wobec tego wizyta świętego Mikołaja może nam zagrozić latem?
  Wśród takich to myśli zbliżam się już pomału do celu, który przyciąga nabywców sprzętu podlegającego gwarancjom oraz wszelkiego typu interesantów, którzy z jakichś powodów chcieliby mimo wszystko zgłosić niestety swoje delikatne uwagi i nieśmiałe zastrzeżenia pod adresem Gnáta lub jego oferty.
  Przechodzę jeszcze koło znanego mi już z opowiadań punktu pod szyldem „KW – Ktokolwiek widział”. Mijam dalej naścienną wystawę fotograficzną z setkami fotografii mężczyzn, kobiet i dzieci. Uświadamiam sobie, że ta kolekcja portretów nie jest darmową galerią ani reklamą usług jakiegoś mistrza obiektywu. Po prostu nie opuściłem jeszcze parcel administrowanych przez komórkę KW.
  I oto przede mną, w końcowej części pasażu lokuje się Biuro Obsługi Klienta (BOK). Do jego dyspozycji jest cały boczny korytarzyk z różową tapetą i rzędami drzwi po obu stronach. Wejścia noszą różnorakie a tajemnicze wizytówki urzędujących za nimi pracowników Działu oraz godzin dyżurowania, by wymienić tylko niektóre: „Natasza (21)”. „Lena (19)”. „Tatiana (17)”. „Jerzy b. o.”. „Porady psychiatryczne”. „Podbijanie” (nie podano czego, ale miejmy nadzieje, że pieczątką). Ostatnie drzwi chyba dentysta: „AAAAAAA — pełen zakres. Dr Paluch”. U wejścia do korytarzyka wisi napis: „Uprzejmie informujemy, że posiadacze Złotych Kart Gnáta są przyjmowani poza kolejnością”. Przed biurem zaś, przy małej gustownej konsolecie, gdzie bez chwili wytchnienia tłoczą się klienci, na obitym czerwonym skajem rozłożystym fotelu siedzi tęga, wymalowana pani i co chwilę zagaduje: „Złociuteńki!” albo „Co pan sobie uważa?”, „Co jeszcze Gnát może dla pana zrobić?”, a przy tym wychyla się do przodu, aż korale na jej szyi grzechoczą o pulpit, a derma oparcia poskrzypuje występnie. Słowem, troska o dobro klienta osiąga tu najwyższy wyraz. Rozumiem zatem, że procedura załatwiania każdego wniosku musi się przeciągać, na co zresztą nikt się specjalnie nie skarży. Nikt za to nie ma prawa narzekać, że czuje się obsługiwany mało intensywnie.
  Mijając, celowo bardzo powoli punkt „Zwroty i reklamacje” (chcę mimochodem nabrać doświadczeń na najgorszą ewentualność), towarzyszę przez chwilę duchowo pewnemu klientowi, który wyraźnie kipi złością niosąc jakąś kraciastą szmatę ze zwisającymi rękawami. Staje przed ladą biura, gdzie rzeczony towar ląduje naprzeciw grzecznego ekspedienta.
  — Ten produkt wystawiony jest w sklepie w promocyjnej cenie 19,90, tymczasem na kasie naliczają 44,99. Zostałem oszukany! — klient nie owija w bawełnę.
  — Nie, proszę pana, nikt pana nie miał zamiaru oszukać. Pan żartuje.
  — Jak to, przecież ceny się nie zgadzają! — klient pokazuje rachunek.
  — Co w tym takiego dziwnego?! Po prostu na regale jest wywieszona cena sugerowana przez producenta, a przy kasie — efekt realnej niezależnej wyceny produktu przez Gnát.
  — A kto jest producentem tego towaru? — irytacja klienta narasta.
  — Gnát. To nasz produkt firmowy.
  — Przecież na tym właśnie polega oszukiwanie. I to firmowe! — skwierczy klient.
  — Bynajmniej. Nie rozumiem czemu się pan denerwuje. Przecież informujemy, że oferujemy produkty po najniższych cenach. Nie czyta pan reklam?! Nigdzie w mieście nie kupi pan tej szmaty za 19,90.
  — U was też nie — syczy klient.
  — Pan jest bezczelny lub nie myśli. Od oferowania do sprzedawania jest przecież długa droga, podczas której nota bene może się pan sto razy rozmyślić i odłożyć produkt. Poza tym często się zdarza, że klienci nie zwracają uwagi na takie tam jakieś różnice w cenach i płacą według wskazań kasy. To znak, że przychodzą do nas z wyższych pobudek i cena odgrywa rolę drugorzędną. Szanujemy to i doceniamy. Na przykład robimy promocje... — rozgadał się ni stąd ni zowąd pracownik i nawet uniósł palec wskazujący niczym jakiś profesor. Na szczęście klient przerwał w porę ten donikąd prowadzący monolog:
  — Panie obsługo, jest pan bardzo miły i elokwentny, ja jednak chcę się widzieć z pana przełożonym. Teraz!
  „Pan obsługa” nie daje się wcale prosić, wręcz przeciwnie, milczy, a na jego twarzy maluje się uprzejmy uśmiech. Wszystko zostaje załatwione bardzo szybko: w niecałą minutę od chwili gdy „pan obsługa” nacisnął na swej ladzie czerwony guziczek, zjawia się odpowiednio oznakowany człowiek z czerwonym napisem „Gnát” na butonierce kitla i przedstawia się „zebranym” jako wyższy aktyw funkcyjny do tych spraw. Nie wiadomo czemu zalatuje od niego czosnkiem.
  Klient, wyraźnie odprężony, jeszcze raz spokojnie i rzeczowo wykłada swoje racje wśród przytakiwań swojego nowego rozmówcy. Ten ostatni wreszcie odzywa się w te słowa:
  — Zasadniczo ma pan rację. Niemniej jednak, proszę pana, fakt, iż klient wybiera dany towar, automatycznie dowartościowuje tenże towar, a jest to wszak w interesie producenta. Naukowo nazywa się to aprecjacją poprzez popyt. Gdyby pan był producentem, też by pan tak rozumował i byłoby panu nawet miło, że pana produkt staje się w danym momencie obiektem pożądania. Skutkiem tego, szanowny panie, nie ma nic nienormalnego w tym, że kasjerka nabija więcej, zresztą widocznie tak wychodzi z kodu kreskowego, a ona się na tych paseczkach nie musi wcale znać. Pan jest albo bezczelny, albo nie myśli.
  — Aa! — mówi klient wyraźnie ironicznie. — Ładnie, ładnie. Skoro tak, to pragnę się widzieć z pana przełożonym.
  Rozmówca nie daje się wcale prosić, wręcz przeciwnie, milczy, a na jego twarzy maluje się uprzejmy uśmiech. Wszystko zostaje załatwione bardzo szybko: w niecałą minutę od chwili gdy „pan obsługa” nacisnął na swej ladzie inny, zielony guziczek, zjawia się odpowiednio oznakowany człowiek z zielonym napisem „Gnát” na butonierce kitla i przedstawia się „zebranym” jako jeszcze wyższy aktyw funkcyjny do tych spraw. Nie wiadomo czemu zalatuje od niego cebulą.
  Klient, średnio odprężony po raz nie wiem który prezentuje swoje argumenty, przy czym energicznie pokazuje palcami raz jednego, raz drugiego ze swych interlokutorów. Ten nowy w towarzystwie odzywa się wreszcie w te słowa:
— Zasadniczo ma pan rację. Niemniej jednak cena wywieszona na regale jest tylko częścią naszej oferty. Podczas gdy pan się bezmyślnie przechadza, jak król na spacerku, po naszym sklepie, zapewne małodusznie nie myśli pan o tym, że stale przebywa pan pod naszym dachem, który specjalnie zbudowaliśmy między innymi dla pana, aby deszcz nie przegonił pana z zakupów. Że w poszukiwaniu towaru pomagają panu lampy elektryczne, które cały czas się świecą, i że — proszę zauważyć — w hali jest stosunkowo ciepło. Że kilkaset osób śledzi pana gnátowskimi kamerami, aby się pan nie daj Boże nie zgubił wśród półek. To wszystko robimy dla naszych klientów. Ale zgadzam się. Wszystko co wymieniłem, dziś ma się zwykle w domu, a my nie dzielimy naszych klientów na mniej lub bardziej rozpuszczonych nawet wówczas gdy widać to z ich zachowania na kilometr, tak jak z pańskiego zachowania niestety. Zgódźmy się, człowiek jest tylko klientem i nie każmy mu doceniać wszystkiego. Lecz idźmy dalej: bar, kryty parking, kręgielnia i bawialnia dla dzieci — no dobrze, można z tego nie korzystać nigdy i tylko kupować towary. Zresztą — też mi nowość. Nie jest pan osamotniony w swej ignorancji na tym akurat polu, ale szanujemy to. Tylko że przy takim podejściu nigdy pan nie poczuje, jak dalece wyjątkowo jest pan traktowany. Proszę: był pan aby kiedy w naszej saunie?
  — Nie zajrzałem tam nawet i nie sądzę, abym kiedykolwiek skorzystał.
  — Właśnie. Może jeszcze panu mamy podścielić czerwony dywan? Radzę, niech się pan tak nie wywyższa. Co pan tym zyskuje? Na głowie stajemy, promocje, oferty, zniżki i sprzedaż wiązana. Ba! Złota Karta! A czy wie pan, że są u nas rzeczy, których próżno szukać gdzie indziej? Pierwszy lepszy przykład: poszliśmy dalej niż ustawa każe i na filarach hali są rozmieszczone liczniki Geigera-Müllera dostępne dla każdego klienta. Każdy, nawet pan, może sprawdzić, że towar nie jest napromieniowany. Wystarczy wrzucić monetę do licznika i przystawić produkt do jego czułków. Następnie należy obserwować wskazówkę, która ani drgnie, zapewniam pana. Przyzna pan, że prócz Gnáta żaden sklep nie dba tak o interesy kupujących, tym bardziej że od promieniowania można zostać bezpłodnym. W zwykłych sklepach nie ma pan takich możliwości — to tak jakby wydano panu w kasie resztę fałszywymi monetami. Tyle atrakcji, udogodnień i innowacji wokół pana, kultura, postęp i elektryczność, wszystko od Gnáta, a panu się zdaje, że można tylko brać i brać i to w najgorszym stylu, nic od siebie nie dawszy. Stajemy na głowie! Nawet koreczki z sera są dzisiaj na hali na spróbowanie! Dwie hostessy tam marzną przy chłodni! Jeśli pan t e g o  nie docenia, to jest pan albo bezczelny, albo nie myśli! Jak nas pan traktuje?! Niesie pan tę oto odzież jak jakąś szmatę! — to niewyobrażalne! Czym się pan tu kieruje — ceną?! Nie przychodzisz pan tu po pierwszą lepszą ścierę za 19,90! — wychrypiał aktyw, szarpiąc z odrazą za koniec rękawa przedmiotu sporu. — To nie tak! Widzę, że te ceny nie są dla pana, drogi panie! Co to za podejście! Pan nas obraża!
  — Powiedział pan ser? — mamrocze klient, który w reakcji na zmianę tematu prawdopodobnie podświadomie bądź przypadkiem zmienił temat.
  — Ale-ale! — dopytuje się aktyw. — Więc o czym to pan chciał z nami mówić?
  — Jakaś reklamacyjka, zresztą, to właściwie żona... — żachnął się klient, a oczy mu biegają.
  — Pytam — nie daje za wygrana pamiętliwy aktyw — bo, tak przy okazji, nie obejrzał pan wszystkich guziczków w naszej ladzie. Mamy tu jeszcze taki czarny, ooo, z krzyżykiem; może sobie pan nacisnąć jeśli tylko przypadkiem rzeczywiście chciałby pan składać zażalenia. Oczywiście mogę go też nacisnąć za pana, liczę do trzech: raz,...
  — Ser? Co słyszę?! Musiałem przeoczyć te koreczki. Koreczki!...
Klient szybkim krokiem podąża ponownie w kierunku wjazdu na halę i nie mógł już słyszeć zdania wypowiedzianego wrzaskiem:
  — Najpierw, osły, spisywać drania, potem dyskutować! Rada na przyszłość! Dobra rada!
  W międzyczasie postanawiam mimo wszystko się oddalić na bezpieczną odległość, a mój wzrok pada jeszcze na napis nad ladą: „Opłata manipulacyjna za zwrócenie towaru w Biurze Zwrotów wynosi 200% ceny, w przypadku niesmacznej żywności 300%”.
  — Stawki te nie zbyt realne — powiedział mi ongiś indagowany w tej sprawie pracownik. — Ale i tak obserwujemy, że mało kto korzysta z tej opcji, co pozwala nam wnioskować o jakości naszej oferty.
  Nie powiedział tylko, dla kogo są realne rzeczone kwoty. Zajęty tą myślą docieram do lady z napisem „Serwis”. Mam nadzieję, że nie będzie tu reklamowana zastawa stołowa, ale gdy widzę kobietę z wielką pieczęcią, uspokajam się i daję jej moją nową mysz optyczną wraz z paragonem z kasy.
  — Warunki gwarancji są takie jak wszędzie — zostaje mi zgryźliwie oznajmione. — Po pięciu dniach przychodzi pan do nas po drugą pieczątkę. Ogólnie rzecz ujmując Gnát gwarantuje, że zakupiony sprzęt się nie zepsuje przez tyle ile tu jest wyszczególnione.
  — A jak działa serwis? W razie zepsucia można sprzęt przynieść do was?
  — Jeżeli mimo to pan zepsuje towar, to nawet należy. Jesteśmy jedynym autoryzowanym serwisem. W razie zepsucia ponosi pan wszelkie przewidziane sankcje. Przecież świadomie bierze pan udział w warunkach gwarancji, a tu jest napisane na co gwarancja opiewa. Klient piewca winien zatem należycie odnosić się tak do firmy, jak i do Gnáta, jej przedstawiciela handlowego. Jeśli coś tu będzie nie tak, to logicznie rozumując, nie jest pan zbyt oddanym naszym piewcą. To tupet. A na gwarancji wyraźnie pisze, że opiewa ona i tak dalej, nie będę pana zanudzała — mówi rzeczowo panienka i zakreśla palcem stosowny ustęp tekstu w broszurce karty gwarancyjnej. — W każdym razie odróżnianie tupetu od perfidii nie leży w sferze zainteresowań ani naszych, ani tym bardziej, gwaranta. Mój kierownik mówi, że nie mamy czasu na takie pier..., no wie pan.
  — No tak, to jest przynajmniej logiczne.
  — To tylko brzmi tak kategorycznie — pociesza mnie panienka, zmieniając ton na nieco mniej urzędowy i nawet patrząc mi w oczy — ale wie pan, to jest po prostu język prawny. Ale nich się pan nie martwi. Nasze towary się nie psują.
  — Tu mnie pani uspokoiła.
  — No pewnie; uczciwie mówiąc, to nie było bodaj przypadku, żeby coś samo się zepsuło, a już zwłaszcza nagle. Na poparcie mogę panu dać taką ulotkę o naszych wszechstronnych badaniach w tym kierunku...
  — Pani doktor Pałeczki! — wykrzykuję spojrzawszy na okładkę. — Znam, nie dalej jak godzinę temu rozmawiałem na ten temat z kimś od was. Bodaj że na nabiale.
  — A więc widzę, że jest pan w temacie!
  Załatwiłem sprawę nader gładko. Jednak, cholera, nie jestem spokojny. Po namyśle wracam się i wrzucam mój zakup do koszyka harcerki. Przecież ten z komputerowego zdążył przeczytać moje dokumenty. Musieli mieć też spisane numery seryjne, choćby robili to z nudów. A tak — niczego nie znajdą, a jak dobrze poszukają, to znajdą... znów u siebie. Gdy sobie to uświadomiłem, zacząłem nawet odczuwać lekką satysfakcję z udanych zakupów.
  Nie wiem jeszcze tylko, co zrobię z gwarancją. W koszyku oprócz niej została mi broszurka doktor Pałeczki i czekoladowy Mikołaj, pusty w środku, jak zdążyłem się przekonać, co wszelako nigdy nie jest napisane na opakowaniu... Pomyślawszy chwilę nad tym irytującym faktem odganiam jednak natrętną myśl o reklamacji.
  Jeszcze tylko odstać swoje w „Depozycie” i za okazaniem numerka i wielokrotnie sprawdzanego biletu odebrać swój starannie przeszukany bagaż. Ale mnie to nie dotyczy, nie miałem przezornie bagażu. Podczas oczekiwania na swoją kolej można sobie poczytać historię z życia w wielkiej oszklonej ramie tuż obok okienka. Jest tam opisane jak to pod koniec sierpnia 1939 roku w przechowalni bagażu na dworcu kolejowym w Tarnowie wybuchła bomba zegarowa. Zdaniem Gnáta jest to dostateczne usprawiedliwienie niecnych praktyk odbywających się za zasłoną ścianki działowej Depozytu. Niecne praktyki owe polegają na umieszczaniu pluskiew podsłuchowych lub głośno tykających urządzeń w bagażu, dla utrącenia pewności siebie Gnáta, ale Gnát jest po prostu za mądry na takie tchórzliwe działania „piątej kolumny”. Gnát podchodzi poważnie do zagadnienia, dlatego po przeciwnej co historyjka o Tarnowie stronie wisi w ramach portret uśmiechniętego brodatego mężczyzny w zawoju na głowie i z podniesionym w górę wskazującym palcem.

Offline nick: dr O.B.

  • Nowy Bułczarz
  • *
  • Wiadomości: 19
  • słoiki dżemu truskawkowego +4/-0
Na zakupy
« Odpowiedź #51 dnia: 19 Marca 2010, 08:16:39 »
22:18

  Podczas gdy raduję się na myśl o prawdziwym, rozgwieżdżonym niebie, które czeka na mnie zupełnie za darmo po opuszczeniu sklepu oraz o bielutkim śniegu, który ucieszy mnie skrzypiąc pod butami, uświadamiam sobie, że chyba nieskromnie i samolubnie będzie tak się zażerać czekoladowym Mikołajem i wczytywać się w broszurę informacyjną, podczas gdy wielu ludzi z pewnością nie będzie mogło sobie na niego pozwolić. Z tych to rozmyślań, naprzemian miłych i przygnębiających, wyrywa mnie rosnący tłum i jego rosnące napięcie emocjonalne.
  U kresu alei sklepików i u kresu pobytu w Gnácie na wychodzących klientów czeka bowiem cała armia akwizytorów, ulotkorozdawców, ulotkowpychaczy, potrzytakiesameulotkodawaczy i wydekoltowanych hostess, a ich zgraja nieustannie wykrzykuje reklamowe slogany. Wszędzie dosłownie w ciżbę ludzką wpychają się umundurowani akwizytorzy płci obojga z emblematem Gnáta na plecach i pracowicie zaznajamiają chętnych z kolejnymi ofertami, które prawdopodobnie niestety uległy przeoczeniu. Moc tej reklamy jest zaiste wielka i potężna. Oto widzę, że jeden z klientów został silnie, z zamachem uderzony w twarz otwartą ręka, aż o mało nie upadł. Po czym sprawca zajścia błyskawicznie wręczył mu kartonik z reklamą gnátowskiego kursu samoobrony i zapewnił, że kurs kursem, ale on jest bezpartyjny i naprawdę warto. Wśród dobrodusznych przestróg, żeby następnym razem się tak łatwo nie dać zaskoczyć, pożegnali się w uściskach dłoni, pozdrowieniach i świątecznych życzeniach.
  Do innego podbiegł niski, ruchliwy człowiek odziany w chirurgiczno-zielony kitel z napisem „Gnát-Optyk z o. o.” i zerwawszy mu okulary w mig je rozdeptał. Zamiast awantury, zapadła napięta, nieznośna cisza, szklany pył przestał chrzęścić pod butami. Oto poszkodowany, człowiek w słusznym wieku, zamarł nie mogąc wydobyć słowa. I aby nie powiedział już nic więcej, usłyszał takie oto zdanie:
  — Nasz warsztat optyczny jest położony najbliżej — i zielony agent wskazał ręką w kierunku sklepiku w alejce.
  — Przecież — syknął klient łapiąc z trudem powietrze — ja cię... was wszystkich... podam, gnoju, na policję!
  — W salonie jest bardzo miła obsługa do pańskiej wyłącznej dyspozycji — powiedział zielono odziany. — Dostanie pan od nas nowe okulary za cenę niższą niż kosztowały te, których używał pan dotąd. W godzinę. Może pan nawet wygrać wczasy, zresztą wszystkiego się pan dowie na miejscu. Ja jestem tylko zakładowym akwizytorem. Acha, na policji poproszą pana pewnie o mój rysopis. A! druga para gratis.
  — Ryjopis... — powiedział klient mrużąc oczy i ruszył niepewnie we wskazanym kierunku.
  W miarę zbliżania się do wyjścia zaczynam coraz bardziej się cieszyć, że uniknąłem tego rodzaju obowiązkowych przyjemności. Jednak w czasie nieuniknionej przepychanki zgnieciono mojego czekoladowego Mikołaja, więc powziętą myśl, aby podzielić się nim z jakimś potrzebującym człowiekiem, muszę odłożyć ad acta. Wychodzę więc, ciepła atmosfera sklepu ustępuje miejsca grudniowym podmuchom wiatru, i jakby na pożegnanie spostrzegam napis nad wyjściem: „Jeżeli Twoje słodycze zostały przypadkiem zgniecione w tłumie, to zapraszamy do naszej promocyjnej cukierni na wolnym powietrzu przy parkingu. Dziękujemy jednocześnie klientom za tak liczne przybycie”.

Stefan

  • Gość
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #52 dnia: 19 Marca 2010, 10:22:02 »
ale o so chodzi????

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #53 dnia: 19 Marca 2010, 13:05:56 »
ale o so chodzi????
O co Ci chodzi, gdy piszesz, o co chodzi? Przeczytaj, a będziesz wiedział. Będziesz wiedzial i to nie tylko gdzie Ci zgnietli czekoladowego bałwanka, tego, no, zajączka.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Stefan

  • Gość
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #54 dnia: 19 Marca 2010, 13:38:33 »
Przeczytaj, a będziesz wiedział. Będziesz wiedzial i to nie tylko gdzie Ci zgnietli czekoladowego bałwanka, tego, no, zajączka.
A jak ja nie chce?

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #55 dnia: 19 Marca 2010, 20:41:54 »
Jak nie chcesz, to nie będziesz wiedział.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

Offline Ali

  • ZOMOwiec
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *****
  • Wiadomości: 5183
  • słoiki dżemu truskawkowego +46/-0
  • Płeć: Mężczyzna
  • Im więcej wiem, tym mniej wiem...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #56 dnia: 19 Marca 2010, 20:55:56 »
Chlip... chlip... Zabili zajączka! I co dalej? Ну, погоди!
Dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat i głupota ludzka, choć co do Wszechświata to nie byłbym tak całkiem pewny. Albert Einstein

Offline nick: dr O.B.

  • Nowy Bułczarz
  • *
  • Wiadomości: 19
  • słoiki dżemu truskawkowego +4/-0
Na zakupy
« Odpowiedź #57 dnia: 20 Marca 2010, 08:50:21 »
22:47

  Jest jeszcze sobota, ale już późny wieczór. Parking powoli pustoszeje z samochodów, jednak w niektórych miejscach nadal tłoczą się ludzie. Ich wygląd, po przyjrzeniu się, zdradza, że przybyli tu z odległych miejscowości i prawdopodobnie nie zdążyli na zakupy wskutek długiego dojazdu, warunków pogodowych, przedświątecznego tłoku na drogach...
  — Jak czuje się rodzina, której nie udało się zdążyć na dzisiejsze zakupy? — pytam i jestem pewny, że będą narzekać na gołoledź. — Państwo z daleka?
  — Nie przyjeżdżamy na zakupy dzisiaj, bez sensu, trochę mało czasu. My tylko, wie pan, zamierzamy zdążyć na niedzielne poranne promocje.
  — Jak psyjdziemy pielwsi to znowu siądziemy w pielwsym zędzie! — cieszy się mały chłopczyk, na co mama stwierdza przekornie:
  — Ale ty przecież, Jacuś, nie lubisz kabanosów.
  — Za rzadko tu bywa — usprawiedliwia chłopca dziadek, który akurat wystawił siwą brodę ze śpiwora. — Ale polubi! Za moich czasów, na przykład w tysiąc dziewięćset...
  — Ależ dziadkuuuu!... — wołają równocześnie zięć, dorosła córka i starsza wnuczka, a babka cedzi przez sztuczne zęby jeszcze kilka określeń, które mimo późnej pory, Czytelniku, opuszczam. Dziadek zdaje się, zrozumiał, bo kuli się w śpiworze i po chwili wystaje z niego zaledwie wełniana czapka z pomponem, który dynda z rezygnacją.
  Przechodzę pomiędzy tłumem tych osobliwych pielgrzymów. Jedni grają w karty, inni w kości lub szachy, jeszcze inni grzeją się przy specjalnie wystawianych koksiakach i dorzucają do nich śmieci i wygrzebane spod śniegu patyki, wzbijając tym snopy iskier. Matki tulą do snu dzieci, szczelnie pozawijane w beciki i opowiadają im, jakie to cuda zobaczą jutro rano i jakie granie kolęd usłyszą. Może Święci Mikołajowie znowu będą za darmo dawać cukierki, tak jak szóstego? Poskrzypują rytmicznie kiwane dziecięce wózki, klekoczą termosy i menażki. Mężczyźni w kilkuosobowych grupach, trzymając oburącz garnuszki z herbatą, snują godzinami opowieści z wojska; szczególnie jeden wzbudza zaciekawienie i zazdrość, gdyż jak mówi, „zdarzyło mu się zdobywać Mosul”. Zresztą może i najzwyczajniej kłamie. Dozorcy z hukiem przywożą wielkie metalowe kontenery przeznaczone na poranne sprzątanie odpadków. Od ostatniego bardzo przykrego wypadku widnieje na nich emblemat Gnáta i napis: „Tylko na śmieci” — oraz przekreślony ukośnie symbol zasłanego łóżka. Gdzieniegdzie rozbrzmiewa smętnie akordeon. Minie jeszcze parę późnowieczornych godzin, zanim tych kilkaset osób uśnie w tę grudniową, niezbyt mroźną noc spędzaną pod zadaszonym parkingiem — i zanim jeszcze poszczególne rody dogadają się co do zmian wart. Broń Boże, nie wolno rano zaspać.
  Przechodzę dalej, na przystanek darmowego autobusu. Zmęczenie daje się we znaki po dniu pracowicie spędzonym w krainie wiecznych zakupów. Bolą nogi od pokonywania odległości, głód jest już nie do wytrzymania, w ustach posmak jak gdyby starego sera. Mam w pamięci i wizję puchnących kotów zatapianych na 14 dni w Zalewie Wiślanym, i ratownika z placu zabaw, który praktykuje psychologię dziecięcą, i karpie, które dzięki połkniętym monetom dłużej pływają prosto, i demoniczną pielęgniarkę wenerologiczną, której starania zwiększają prawdopodobieństwo rewizyt klientów w sklepie, i grafik dyżurów nocnych pracowników działu nabiałowego, i słodkie od mrozu ziemniaki i frytki, wreszcie podejrzenia o możliwość sabotażu wobec mojej osoby na dziale informatycznym (zapobiegliwość sprzedawcy po czasie, obiektywnie patrząc, wydaje mi się wcale nie pozbawiona podstaw, takie mamy czasy). A sędzia na koturnach z izolatorów! A jeszcze, przywołuję w pamięci wieńczącą każde zakupy pokusę skoku w BOK. Obracam się, by rzucić ostatnie spojrzenie na olbrzymi kryty parking Gnáta, na którego stropie drgają cienie dziesiątek filarów oświetlanych przez rozpalone koksiaki. Gra harmonia… Tak jak się spodziewałem, kilka cieni odprowadza mnie wzrokiem. I jeszcze uświadamiam sobie na drodze luźnych wspomnień skojarzeń, że ów ciepły parking jest kryty wielokrotnie.
  Jednak czyż bez tej bazy można by w ogóle myśleć o nadbudowie?

Offline Cezarian

  • Pierdziel
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • *
  • Wiadomości: 59496
  • słoiki dżemu truskawkowego +65535/-32
  • Płeć: Mężczyzna
  • Ja tu tylko bałaganię...
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #58 dnia: 20 Marca 2010, 11:27:48 »
Teraz rozumiem, dalczego w krajach, zdawałoby się rozwiniętych, uprzemysłowionych co roku zimą tyle osób zamaraza. Po prostu czekają nocami na parkingach na poranne otwarcie hipermarketów.
Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.

zakupy pedadoga

  • Gość
Odp: Na zakupy
« Odpowiedź #59 dnia: 20 Marca 2010, 17:11:53 »
Aż mnie dzisiaj natchnęło i postanowiłem sprawdzić co jest po drugiej stronie, czyli którędy i dokąd zmierza darmowy autobus odjeżdżający minutę przed podzielną przez trzy spod mojego domu. Podróż zaprawdę ciekawa, zarówno ze względu na trasę jak i współpasażerów wyposażonych w różne wymyślne toboły i wózeczki. Po drodze przykuł moją uwagę widok menela usiłującego sięgnąć przez kraty do zamkniętego na klucz śmietnika na jednym z mijanych osiedli. Nie wiem jak się skończyło ale widać było, że wystarczy poczekać aż paznokcie mu trochę podrosną, a cel zostanie uchwycony.
Zawartość autobusu z końcowego przystanku pognała do, najprawdopodobniej, tatarskiego pałacu (należącego podobno do jakiegoś chana, lubiącego, jak to Tatar, pośpiewać "auua, auuuua".
Wrażeń, mimo, że tylko z 2 godzin, nie opiszę - nie chcę dr wchodzić w rolę ale muszę się przyznać, że uległem... Na wielką salę nawet się nie zapuściłem - źle na mnie wpływały widoczne już z zewnątrz, wiszące w równych odstępach niekończące się podobne plakaty. Czułem się jak między dwoma równoległymi lustrami. I mimo, że podobne zjawisko obserwuję nieraz w przedziałach wagonów typu "pulman", to tym razem jakoś źle na mnie wpływało.
Ale nawet w okalających alejkach odczułem typowy syndrom otępienia i obezwładnienia, który poskutkował strasznym powłóczeniem nogami i szuraniem, które w ostateczności doprowadziły do zakupu nowych butów... Chanat zwyciężył...