Nie chcę przerywać rzewnych wspomnień, ani tym bardziej rozkoszowania się Huhem Bosmana, ale melduję, że wróciliśmy. Co prawda w międzyczasie zdążyliśmy wylądować na dołku u Oresta na komendzie, ale po wyspowiadaniu się ojcu Mateuszowi nas wypuścili. Mamy na wszystko dokumentację zdjęciową, ale to w swoim czasie.
Oraz byliśmy w jakimś multimedialnym, nowoczesnym muzeum zielarstwa. Szczerze trzeba przyznać właścicielom, że najwyraźniej pojęli nauki alchemiczne i potrafią transmutować gówno w złoto. A przynajmniej w złotówki.
(Na jednym bilecie było z Ojcem Mateuszem, transakcja wiązana.)