No to wyjaśnię i ostrzegam - nie będzie śmiesznie:
Kto ma dziecko ten wie: ze szpitala malucha po urodzeniu odbierało się z pępowiną zaschnięta, posmarowaną czymś fioletowym (chyba gencjaną). I tak było u nas w Polszcze chyba ze sto lat. Dwa lata temu jak urodził mi się pierwszy syn to po dziesięciu dniach smarowania spirtem pępowina odpadła i mieliśmy spokój. Wszystko ładnie się zagoiło i mały ma śliczny malutki pępuszek.
Od tego roku przepisy unijne zabraniają smarowania pępowin na fioletowo, ma być zgodnie z naturą, w związku z czym maluchy wychodzą z kawałkiem pępowiny (kawałek zielono-fioletowej rury wystającej z brzucha) zamkniętej plastikową klamerką. Dbamy o to jak należy, mijają dwa tygodnie od urodzenia, a rura jak była tak jest. Położna mówi, że nasz mały to i tak ma wszystko ładnie zasychające, ale i tak leci z tego krew, wychodzi jakaś maź która normalnie wypełnia pępowinę. Ogólnie nerwy i strach, że jeszcze dojdzie do jakiegoś zakażenia. Bądź co bądź rura do srodka brzucha prowadzi. Cholery można dostać. Wg położnej mnóstwo noworodków ma z tym problem, a jak jeszcze trafi się dziecku rodzinka co to woli wykorzystać spirytus zgodnie z przeznaczeniem a nie do pępka to co z tego może wyniknąć wolę nie myśleć...
Podsumowując: mam prawo chyba być co nieco wkurzowny, prawda?