W okolicach rodzinnych na rubieży stała się rzecz straszna. W kurach stwierdzono minus jeden, a robiąc obchód i ogląd Mama złapała psa Maksia z dymiacym pistoletem. Konkretnie ogryzal skrzydło kury. A raz już udusił moją ulubioną cwaną rasową kurkę. Wydarzenie szybko eskalowalo. Maksio został objechany, wystosowany został również telefon w tonie ultimatum do sąsiadów.
Sprawa miała jednak, jak każdy porządny kryminał w stylu p. Grishama, kilka słabych punktów:
- Z ogólnej rekonstrukcji zdarzeń wynikało że pies musiał uśmiercić kurę bezszelestnie.
- Musial pożreć ją całą a to mianowicie z grzebieniem, łapami, żebrami i tak dalej.
-... a w dodatku nie barwiąc futra na kolor krwawo czerwony.
Pies to nie aligator, wiec po odespaniu sprawy nastąpiło
détente. W kolejnym telefonie Mama niechętnie przyznała się do nieco pochopnych oskarżeń, pies został zrehabilitowany i wypuszczony, co prawda usłyszałem że mimo wszystko to źle ze tak łazi ale sekundę później również
No przestań mnie lizać! Zjadles tego fileta? To zmykaj, nie będzie myzianie E tam nie będzie