Spod palmy, zlazłam i napisałam.
Pan Monter objawił się osobiście, pomruczał nad routerem, powymieniał się tajnymi kodami z jakąś Bazą, nie doszedł do niczego, po czym pożyczył latarkę (późno już było), poszedł do zewnętrznej skrzynki, wrócił po pięciu minutach wylewnie życząc wszystkiego najlepszego poprzedniemu Panu Monterowi i poszedł. I internet jest, ba! nawet osiąga taką szybkość, za jaką od pół roku płacę! Wow!