I proszę, krótka rozmowa z Gonzem i sprawa ofiary, o której Mela pisała za Pratchettem, wyjaśniona.
Niewdzięczność ludzka nie zna granic.
Gonzo kiedyś, dosłownie w ostatniej chwili, uratował pannę, którą miano złożyć na ołtarzu ofiarnym jakiejś bogini. Wydawało się, że akcja ratunkowa skończyła się pełnym sukcesem: dziewczyna cała i zdrowa, pogoń zmylona, a Gonzo miał wszelkie podstawy do oczekiwania na… nie tylko słowa wdzięczności. I tu dzong! Nie tylko nie doczekał się dowodów miłości, czy choćby uznania, ale przeciwnie, uratowana rozwinęła swoje zdolności krasomówcze, a jak się okazało, te miała jeszcze lepsze od atrybutów fizycznych i w długiej litanii zarzutów i wyrzutów wygarnęła, że już, już miała dostąpić dołączenia do wybitnego orszaku wybitnej bogini, a Gonzo jej w tym przeszkodził!
Po krótkim czasie, Gonzo zorientował się, że panna miała rację i jej pretensje były słuszne. Bo, co miała robić, jeśli całe dotychczasowe życie nabierała kwalifikacji tylko do tego, żeby być ofiarą na ołtarzu? A teraz? Teraz pozostała ofiarą tyle, że bez ołtarza. I TO jest jego wina! Chcąc nie chcąc Gozno, przy ogólnemu zadowoleniu wszystkich zainteresowanych, zadecydował o przywróceniu wybranki na ołtarze.