Przypomnieliście mi Sokotrę, to jeszcze jedna reminiscencja, w zasadzie w całości autentyczna.
Duża część naszej podróży po Smoczej wyspie to obijanie się w samochodach po miejscowych bezdrożach. A wówczas zaczynały się przeciekawe rozmowy z autochtonami. Aż zeszło na religię. Temat o tyle ciekawy, że nasi przewodnicy to bardzo praktykujący ludzie, codziennie dywanik i 5 razy modlitwa w kierunku Mekki, żadnego alkoholu, w zamian zajadają się ponoć podniecającą czuwaliczką jadalną, zwaną tu khat (czat). Rozpoczęliśmy rozmowę o 5 filarach wiary islamu. Ochoczo zaczęli wyliczać: wyznanie wiary – Szahada (nie ma tego, no Allaha, a ten, no ten…, o, Mahomet jest jego prorokiem) – wyznają; codzienne modlitwy – Salat – odmawiają; jałmużna – Zakat – dają, pielgrzymka do Mekki – hadżdż – chcieliby pójść… i tu konsternacja. Nasz przewodnik wyraźnie zaciął się, żeby nie powiedzieć zderzył z piątym filarem. On myśli, ja myślę, zaczynamy liczyć na palcach, raz, drugi, nic. Wreszcie nasz Abdullah sięga po przysłowiowy telefon do przyjaciela i wyraźnie skonsternowany pyta kierowcę. Wprowadza go w takim sam stupor i coraz bardziej zdenerwowani zaczynamy wspólnie wymieniać, aż wreszcie… Jest, mówię, przecież to post w ramadanie - Saum.
Ulga pojawia się na twarzach moich rozmówców, która szybko przeradza się w widoczne zakłopotanie i wstyd, wobec mnie jako niewiernego. Pocieszyłem ich: macie szczęście, że nie jesteście chrześcijanami, mielibyście aż 10 przykazań! Odetchnęli z ulgą, wiadomość, że nie są wyznawcami Chrystusa wyraźnie uspokoiła ich nadszarpnięte nerwy.
Morał z tego taki, że nawet Mahomet nie musi być prorokiem w swoim kraju.