W barze PIANO w Zakopano
Kiedyś opowiedział to przy barze Jerzy Antkowiak (taki pan od mody). Proszę o wybaczenie, jeśli popełnię jakąś nieścisłość. Powtarzam z pamięci, a piliśmy wszyscy ofiarnie:
Dejmek wystawiał w "Narodowym" "Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim". Występowały tam dwie postacie aniołów - jeden grany przez Barbarę Krafftównę, drugi siłami Kaliny Jędrusik. Kiedy jeden anioł był na scenie, drugi czekał za kulisą i vice versa. Gdzieś za filarem, tuż pod tablicą "PALENIE WZBRONIONE" stał stolik, na nim podstawek od herbaty, a w nim zbiór niedopałków. Kiedy Kalina nie grała, wracała do talerzyka i, o ile palił się jeszcze jej papieros - że tak powiem - kontynuowała go. Za którymś razem napatoczył się strażak. Młody, niedoświadczony, służbista. Powiedział do niej: Tu nie wolno palić! Proszę natychmiast zgasić! Ona, obrzuciwszy go bezgranicznie zdziwionym spojrzeniem, odrzekła: "odwal się" i poszła grać na scenę. Przy następnym papierosie strażak przypiął się jeszcze natarczywiej, oburzony, że się go tu nie słuchają. Tym razem Kalina przyjrzała mu się uważniej i zaszczyciła odpowiedzią dłuższą: "spierdalaj, gówniarzu". Teraz już strażakowi było za wiele. Poczerwieniał od potwarzy, pobladł od zszargania przepisów, wziął wielki oddech i... Kalina właśnie musiała isć na scenę. Strażak, że już był odpowiednio nadęty, postanowił sobie na nią poczekać. Kiedy tylko anioł pojawił się znowu, poleciał doń taki, mniej-bardziej, tekst: "To pani jest gówniarz i, i, ja panią zmuszę!". Niestety, tym aniołem akurat nie była Jędrusik, tylko Krafftówna, nic jeszcze konfliktu nie świadoma, więc ją zatkało. Pobiegła przed siebie, a napotkawwszy Dziewońskiego, opowiedziała mu o napaści, której doświadczyła. "Dudek, zrób coś, przecież nie powinni nas w teatrze jacyś Moskale w mundurach poniżać!" Już ja Cię pomszczę! - krzyknął Dudek i pobiegł szukać strażaka, a znalazłszy krzyknął: " Nie będziesz ty, chamie, nam więcej dam obrażał" i teatralnie spoliczkował go rękawiczką.
Strażak - że nie był to ten sam, który Krafftównę poniżał - pobiegł zaraz do dowódcy swojej drużyny, gdzie złożył skargę na napaść na służbie ze strony jakiegoś dziwacznie ubranego i bezczelnego typa. Dowódca potraktował sprawę jak najpoważniej, więc wraz z poszkodowanym strażakiem udali do dyrektora Dejmka: "Panie dyrektorze, przed chwilą napadnięto mojego podwładnego w trakcie pełnienia, i ja proszę o wszczęcie kroków w tej sprawie, bo będę musiał złożyć raport!"
- Dobrze, ale kto? - mówi dyrektor.
- Nie wiem. Jakiś... aktor! - odpowiada dowódca.
- Ale który, na Boga, bo ja mam ich tutaj wielu.
- No, taki... z taką chamską mordą.
- Acha - mówi Dejmek. Sięga po mikrofon i beznamiętnym tonem wygłasza: "Zawołajcie mi tutaj Siemiona, proszę".