W sensie, żeby nie rozbijał butelki o ścianę, jak przy chrzczeniu statków?
Co mi przypomniało niezapomniany moment z dzieciństwa, kiedy rodzina postanowiła uczcić nabycie własnych czterech kółek (w postaci bodajże Skarpety) toastem z zakupionego na ten cel szampana. Szampan był radziecki, a koooolooor jego był czerwoooonyyy, jak sztandaru w masowej pieśni, i takaż plama udekorowała ścianę.
Do dziś podziwiam nadludzkie opanowanie zgromadzonych, którzy w porę zorientowawszy się, że w towarzystwie jest dziecko, ograniczyli się do zbiorowego "Ożesz..."
