Wybieram się tam jak sójka za morze ale ostatnio to strach trochę. Były tam z pół roku temu wybory prezia i wygrał jeden pan. Wszyscy pomruczeli i przeszli nad tym do porządku dziennego oprócz kandydata z Zanzibaru właśnie, hard-line islamisty (taki ich towarzysz Moczar mniej więcej), który stwierdził że nie ma tak dobrze i on wyniku nie uznaje. Zapachniało wojną ale pojawił się pewien przytomny pułkownik (swoją drogą, czemu to zawsze jest pułkownik?), którego wierni żołnierze wzięli tego Moczaropodobnego... no za upierzenie i wsadzili do cymra, aby ochłonął. A żeby ten wygrany nie czuł się nierówno traktowany to jego też. W sumie to nie wiem czy już wyszli, na wyspie na razie priorytet ma zarabianie dutków na ceprach, ale w Egipcie też tak było i co?