Rodzina Poszepszyńskich - fanklub im. Kaprala Jedziniaka

Kategoria ogólna => Dyskusja ogólna => Wątek zaczęty przez: nick: dr O.B. w 02 Marca 2010, 19:33:56

Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 02 Marca 2010, 19:33:56
J a c e k   D r o b n i k

N a   z a k u p y

9:53

  Próbując wyminąć gęsty tłum chciałem sobie skrócić drogę przez zaśnieżony obecnie trawnik. Pożałowałem. Potknąłem się o coś i upadłem twarzą w mokry biały puch. To coś okazało się drewnianą tabliczką na niskim metalowym pręcie: „Nie...” — odgarniam śnieg z napisu — „Nie karmić krowy”.
  Gdzie jestem, Czytelniku? Nie będę Cię trzymał w niepewności. Przed Gnátem.
  Zawracam więc z obranej drogi, by dać się ponieść sobotniej ciżbie i w ten piękny dzień pożegnać się z błękitnym niebem, mrozem i roziskrzonym śniegiem. Na niedługo. Pcham się tak jak wszyscy.
Mam wreszcie wózek, który połknął moje pięć złotych. Czy jest mi potrzebny? Odwracam się na chwilę, by pomyśleć — i uświadomiwszy sobie po co tu przyszedłem decyduję: starczy koszyk. Ale mojego wózka z pięciozłotówką już nie ma, popłynął gdzieś z tłumem. A więc nie mam wyboru; oby to była ostatnia porażka. Dobrze, że nie dopiąłem przyczepy za kolejnego piątaka.
  Przede mną niczym bunkier rozpościera się zwarta, niska a rozległa bryła kombinatu handlowego Gnát. Przedsiębiorstwo zasługuje w pełni na to określenie, zarówno za sprawą swej przebogatej oferty, jak i rozmiarów swych obiektów handlowych. Wszyscy znamy je z własnych wypraw pod niezmierzony, gościnny dach. Czy jednak wiemy wszystko? Czyż nie byłoby przyjemnie poznać nieco tajników, „sekretów kuchni” firmy, która tak trwale wrosła w nasz krajobraz? Firmy, która tak ściśle związała się z życiem naszych gospodarstw domowych, która spełnia marzenia i stawia wyzwania nam, konsumentom? Z postanowieniem, że spróbuję dokonać czegoś więcej niż udane zakupy, dobrze odżywiony, wyspawszy się uprzednio przez trzynaście godzin, po zabezpieczeniu przeciwdebetowym swego konta oraz przećwiczywszy zapobiegliwie przed lustrem sztukę konfabulacji, staram się wmieszać w tłum zwykłych klientów. Nie przyjechałem samochodem, aby podczas mojej wizyty nie myśleć o dodatkowych rzeczach, jak to, czy uda mi się skutecznie znaleźć wyjazd z ogromnego parkingu. Nie będę wyciągał notesu nie chcąc wpadać w oko kamerom, postanawiam jedynie polegać na własnej pamięci. Czyż nie każdy z nas czyni podobnie i przed zakupami podejmuje decyzje, kreśli plan co kupić, a na co z kolei nie dać się „złapać” przebiegłym handlowcom? W moich planach dla niepoznaki i ja deklaruję się kupić co nieco, zresztą i tak nie mam wyboru.
  Często niesłusznie narzeka się na domy handlowe jako sprawców monopolu. Ale przecież gdy tylko Gnát przejął kontrolę nad chorobliwie i pasożytniczo rozwijającym się miejscowym rynkiem kapitalistycznym, wprowadził swoje zasady, z których na czele należy wymienić miłość do klienta, postępowość i innowacyjność na szeroką skalę. Wbrew cynicznym insynuacjom środowisk wsteczno-oświeconych, które jakimś sposobem dochlapują się do prasy i mikrofonu, w Gnácie każdy może się naocznie przekonać, że firma propaguje i popiera na przykład rzemiosło, sztukę i wolny handel. Dlatego właśnie hala sprzedażna marketu jest taka wielka. To pod gnátowskimi skrzydłami zachodzi ukierunkowany, uświadomiony, planowy, pomyślny i szczęśliwy rozwój społeczny, a ciągnące tu rzesze gawiedzi są tego najlepszym codziennym dowodem. Nie mówiąc już o dniach wolnych i świątecznych.
  Hala Gnáta! Wzrok ani słowo do jej przeciwległej ściany nie dobiegnie. Brak horyzontu przeobraża moje zakupy w ekscytującą podróż w nieznane. Jednak kto nie chce się czuć wyobcowany w czasie debat rodzinnych, musi być na bieżąco z najnowszymi osiągnięciami gospodarczymi kraju. Pokonując presję otoczenia w tym temacie staram się niniejszym pokonać presję ciżby wokół siebie i po kilkunastu próbach przepchnięcia się mam wreszcie wrażenie, że znalazłem się wewnątrz bezkresnej hali handlowej. Tłum zelżał, rozlazł się wśród okrzyków „Lekarza!”, „Ojej”, „Ratunku!”, „Promocja!”, „Gdzie mój portfel?”, „Hura!”, „Zbyszek, jesteś filister, tyran i mydlarz, puść, złamiesz mi rękę!” i „Wszelki duch Pana Boga chwali!”, a także całej masy przekleństw, nieartykułowanych westchnień, odgłosów wytężenia, lżenia leżąc, olśnienia i zwykłego babskiego wrzasku. To wszystko stało się tak szybko! Zrobiło się jaśniej niż na dworze. Zaroiło się od kolorowych proporców, szyldów i wielkich plansz z liczbami kończącymi się na 90 lub 99, większymi nawet niż nazwa produktu, co akurat wydaje mi się uzasadnione, o ile zgodzimy się, że kierować się należy raczej ceną, nie zaś charakterystyką towaru. Roją się tedy nowoczesne proporce legionów, Blutfanne naszych czasów. Jakaś starowinka obok mnie wykonuje znak krzyża. Pod stopami równa, bezpieczna, krwito-błotna posadzka. Słyszę z głośników reklamy (te świąteczne, z dzwoneczkami); nawet niewidomy zorientowałby się, że jest już w sklepie i że zbliżają się święta. Nabieram więc powietrza do mojej obolałej od cudzych łokci i kolan piersi — i rozglądam się.
  W międzyczasie zdążyłem jakimś cudem wydrzeć swój bilet z automatu i przestąpić turnikiet przy wejściu, jednak stało się to tak szybko i tak machinalnie, że wydarzenia te pozostają cieniem w pamięci wobec feerii kolorów i dźwięków, które jawią się przede mną, przed spragnionym wrażeń statystycznym klientem, pod którego się podszyłem. Raz po raz sprawdzam, czy bilet leży w kieszeni — dla uniknięcia kłopotów. Przecież market to nie kino.
  Mój telefon komórkowy piszczy. Otrzymuję wiadomość: „Witamy w Gnácie! Zapraszamy na zakupy. Skręć w lewo pod tablicę Początek trasy. Aby odsłuchać listę promocji naciśnij pięć. Aby odsłuchać listę okazji naciśnij osiem. By wezwać pierwszą pomoc naciśnij krzyżyk.” Wyłączyłem gada. Co za niedopatrzenie!

c.d.n.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: 666 w 02 Marca 2010, 20:08:32
Pierwszy raz widzę taką formę reklamy. Bot, spam? Eeeee..... Nieeeee.

Także:
Witam, bo przywitać się to i ważna i grzeczna rzecz.

Mam nadzieję, że nie wystraszyłem kolegi swą osobą. Czekam na więcej.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 03 Marca 2010, 01:16:26
Ja także witam gorąco (co nie znaczy, że ukropem) nowego forumowicz i do tego od razu doktora nauk O.B. Domyślam się, że są to nauki wyzwolone ;). Nikt nas jeszcze w swoim debiucie nie uraczył takim kawałkiem tfurczości, gratulacje, gratulacje...
Na zachętę dorzucam koledze na starcie dżemika naszej własnej produkcji, nie do dostania na hali.
Tekst zaczyna się traumatycznie, ale poniweaż główny bohater - jak się wydaje - nie zabrał ze sobą żony, jest nadzieja na szczęśliwe zakończenie?

Koledze zaś na starcie życzę na forum wielu miłych rozczarowań i umiejętności życia z trudną czasami, ale kochającą rodziną zastępczą. ,^,
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 03 Marca 2010, 07:43:44
10:37

  To pewnie wcale nie przypadek, że jednym z pierwszych działów, na jakie natyka się gość sklepu jest dział medyczno-higieniczny. Wiele artykułów objęto tu promocją, aby jeszcze bardziej przybliżyć je klientowi. Może znajdę za darmo plaster na obtartą rękę? Przemieszczam się z uwagą wzdłuż kolorowych regałów wśród artykułów o zagadkowym zastosowaniu, ale miłej kolorystyce opakowań. Podchodzę do niewielkiego stoiska promocyjnego, czytam reklamy i nagle cieszę się, że jednak jestem drugi w kolejce.
  „Walcz z kiłą! Bezpłatne zakrapianie spojówek azotanem srebra”. Poniżej tak zaetykietowanego straganiku widnieje czarno-biały starodawny portret jakiegoś jegomościa w monoklu. Panienka odziana jedynie w pielęgniarski czepek z paskiem, kusy biały fartuch i gumowe rękawiczki czarno poplamione rozkładającym się odczynnikiem, zaszczebiotała:
  — To tradycyjny sposób walki z okołoporodowym zakażeniem spojówek krętkiem bladym. Za to robimy to naszym klientom całkowicie darmowo.
  — Zdaje się, że postępowanie to dotyczy, hmm, dotyczyło, noworodków, a zrezygnowano z niego jakieś 30-40 lat temu?
  — A pan miał zakrapiane oczy? — pada pytanie do klienta przede mną.
  — Nie pamiętam.
  — Podejrzewałam! Zatem tym bardziej zachęcamy do skorzystania z tej darmowej usługi. Możemy panu też zakropić martwe krętki, jeśli pan sobie życzy. Symultanicznie z azotanem bądź alternatywnie, czyli na jedno oko tak, na drugie kontrola, pan rozumie? Polecam!
  — O, tak! — cieszy się klient — tylko pani wymyśli, po co.
  — Aby pana naukowo przekonać, że tylko martwe krętki nie zakażają.
  — Hm — zamyślił się klient i dodał: — I tu zaczynam doceniać tę akcję.
  — Badania w kierunku syfilisu byłyby za pół roku — kontynuuje siostra. — Dostaje pan od nas kwit. Oczywiście finansuje je Gnát. Całej rodzinie. Wasserman. Badanie gardła. Obdukcja na ewentualność wysypki na plecach. Badanie państwa dzieci, bo wie pan, zakażenia przenoszą się na przykład przez sztućce, ręcznik, sedes (na dziale Łazienki szukać), łoże i łożysko. Tak zwany wrzód pierwotny...
  — Czyli w przypadku ewentualnego zakażenia — przerwał klient — koszty ponosi Gnát lub ten, jak mu tam, doktor Wasserman?
  — Prozę pana. To wielki specjalista z Berlina! Lecz u nas, a już zwłaszcza na moim stoisku na pewno się pan nie zarazi żadnymi krętkami. Bladymi, zielonymi, ani nawet w cętki. Badania te byłyby zatem i tak zbędne, mogę pana zapewnić już teraz. To jak, zakrapiamy oczka? — zapytała uprzejma siostra sięgając po buteleczkę i potrząsając głową w kierunku czerwonej zasłonki, która za jej plecami zasłaniała wejście do małego pokoiku zabiegowego.
  Klient rozgląda się za żoną.
  — Ach, proszę chociaż przyjąć tę plakietkę reklamowo-informacyjną. Tu jest o tym, co nie zaraża. — i wręcza klientowi kartonik, albo raczej małą kolorową kopertę, na której widnieje dziewczyna w rozpuszczonych włosach.
  Tymczasem klient przestał szukać żony, za to utkwiwszy wzrok gdzieś powyżej sandałów sympatycznej pielęgniarki, począł jeszcze bardziej się natężać umysłowo. A ja przechodzę dalej nucąc: krętki w cętki. Konstatuję też, z bojaźnią chowając za siebie otartą dłoń, że z uwagi na tę atrakcyjną darmową akcję, o pewnych chorobach nie można mówić, iż są nabyte.
  Z chwilą gdy kończy się ów dział „Zdrowie i higiena” przepada również nastrój apteczno-naukowego skupienia. Oferta staje się coraz bardziej podniecająca i to wrażenie prawdopodobnie utrzyma się do punktu kulminacyjnego, którym będzie jak podejrzewam „Żywność”. Na razie atmosfera z matczyno-opiekuńczej przemienia się w domową.
  Dział Artykułów Gospodarstwa Domowego błyszczy bielą kuchenek, szaf chłodniczych i pralek oraz poraża mnogością przeróżnych dziwacznych urządzeń o mniejszych gabarytach, których funkcji odgadnąć nie sposób: niektóre co prawda przypominają jak gdyby garnki. Jedna z alejek kusi wielkim napisem wykonanym na jadowicie pomarańczowym tle: „Nowość: Nareszcie pralka z kodem dostępu”. A więc jednak. Jest i bodaj pierwszy chętny...
  — W celu wyprania musi pan wbić z tej klawiatury kod. Taki pin.
  — Gdzie go znajdę? — pyta klient.
  — Podajemy go przez telefon, zaraz panu dam karteczkę. Kierunkowy 0-700 — wyjaśnia uprzejmie sprzedawca. — Każdorazowo dzwoni pan do nas do naszego całodobowego ośrodka obsługi oddalonej i podaje numery fabryczne silnika i, że tak powiem, nadwozia. Pytamy też o jakiś szczegół z ankiety, aby potwierdzić pana tożsamość, na przykład imię kota. Ma pan kota?
  — Można u was kupić?
  — O, to będzie miał pan kolejny punkt do Złotej Karty Gnát. Mamy szereg kotów na dziale mięsnym.
  — Rozejrzę się. No więc jak z tymi numerami?
— A no gdy wszystko się zgadza, nasz serwisant generuje i dyktuje panu kod dostępu i może pan prać. On degeneruje po godzinie. Radzimy uzbierać więcej prania. Wie pan, przed sylwestrem, to roztargnione klientki dzwonią po dwa, trzy razy na jedno pranie. Stosują — niemądre! — za długie programy. Kota można dostać!
  — Na mięsnym, pamiętam.
  — A te punkty…
  — Jednak trochę to skomplikowane — zauważa znacząco klient.
  — Ale przyzna pan, że tyle teraz na rynku składaków, podróbek, nieautoryzowanych serwisów i zwykłego piractwa w sprzęcie gospodarstwa domowego, że Gnát musi z tym chłamstwem jakoś walczyć. Dla nas najważniejsze jest dobro klienta. Te pralnie ekologiczne tak nam wyczyściły rynek, chi-chi-chi. Ludzie myślą, wie pan, że byle bęben z orkiestry strażackiej będzie chodził z silnikiem z młockarni, a jeszcze programator do tego kupują na targu u Ukraińców. Nie mówiąc o tym, że konsorcja proszkowe dają nam popalić. Że też im hologramy nie wystarczyły! A! Mamy też modele z zamkiem; nikt niepowołany nie wyjmie panu prania! To jak, decyduje się pan?
  Nagle inna konwersacja w pobliżu zaprząta moją uwagę:
  — Chciałbym wybrać jakiś czajnik elektryczny.
  — Na abonament?
  — Nie.
  — Te na monety zostały nam już tylko czterolitrowe, ciężko je unieść, zwłaszcza pod koniec tygodnia, z monetami. Chyba że przyjmuje pan często gości. Często pan gotuje wodę?
  — A, pijamy, wie pani, herbatę lub kawę.
  — Pytam, bo możemy panu postawić piec, proszę spytać na dziale budowlanym. Wychodzi najtaniej. Natomiast w dzisiejszych czasach rzadko kto ma piec! Krewni pozazdroszczą panu kuchni węglowej. No i nie nęka pana nasz inkasent. Normalniewpada co tydzień...
  — Pomyślę o tym z żoną. Ona prowadzi dom, jest przed południem sama... Ucieszy się z pieca.
  Atrakcją pobliskiego działu z telefonami stacjonarnymi jest możliwość wykonania dowolnego połączenia całkowicie za darmo. Nic dziwnego zatem, że tłoczy się tutaj wielu klientów obojga płci.
  Dzwonienie za darmo!
  Na niebywale długim regale stoją rzędy aparatów, każdy przywiązany stalową linką do półki. Jeśli tylko wykręcić jakiś numer na jednym aparacie, zaraz odzywa się inny w odległej części regału i ktoś zaciekawiony podnosi słuchawkę. Z daleka panujący tu nastrój przypomina pełną skupienia pracę łącznicy telefonicznej z dawnych czasów. Atmosfera jest napięta i widać, jak bardzo emocjonalnie zachowują się ci, którzy dzwonią: zaciskają pięści, czerwienieją na twarzy, ślinią się wśród wypowiadanych przez zęby inwektyw i pogróżek, czasami nawet uderzają otwartymi dłońmi o półkę lub wspornik. A już zwłaszcza gdy temat rozmowy zejdzie na politykę. Osoby odbierające nie pozostają wszelako dłużne i po chwili ich stan przypomina nastrój ich rozmówców. Gdy zaś już przypadkowi polemiści narozmawiają się do woli, nakrzyczą i naprzeklinają, z trzaskiem odkładają słuchawki wyraźnie odprężeni i odmienieni na twarzy i, wziąwszy głęboki oddech, przekonują sąsiadów o swych racjach.
  Uciekam z obrzydzeniem — regał zbytnio kojarzy mi się z redakcją…
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 03 Marca 2010, 09:28:27
Powieść się rozwija, a to dopiero 10:37... Tylko z tymi kotami bym uważał, mamy tu na forum wielu smakoszy ;)
Regał może się kojarzyć z redakcją, ale może również z reakcją, a nawet - regalistom - z monarchią.
A krętek zapewne był blady dlatego, że nie pił mleka. A była za komuny akcja i to nie tylko z okazji 1000 szkół na tysiąclecie - szklanka mleka dla każdego dziecka w szkole.

A kolegę zapraszam także do pisania w innych naszych działach (i armatach).
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 03 Marca 2010, 09:59:10
za gęste, może ktoś to streścić?
ale czuj Duch!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: 666 w 03 Marca 2010, 10:16:03
Wyobrażam sobie odcinek: "Rodzina na zakupach".

Poszepszyńskich oczywiście (radjo), ale równie dobrze mogła by to być rodzina z ZCDCP (tiwi).
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: szczutek w 03 Marca 2010, 12:17:59
Tera off-top, dla mnie istotny. Czy Zemboni opisał w drugiej serii "Przygód Wuja Alberta" co dokładnie miało przytrafić się dziadkowi Jackowi, który to miał był rzekomo wyzionąć ducha (że to kłamstwo i brednie, to my wszyscy wiemy)?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Fasiol w 03 Marca 2010, 14:38:27
za gęste, może ktoś to streścić?

Też chciałem o to poprosić,ale bałem się pierwszy zagaić.Zawsze to lepiej jak Stefan zacznie.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 03 Marca 2010, 14:41:06
Ja to sobie chyba postawię piec. Zwłaszcza, jeżeli dzwonić będzie można za darmo.

A krętek zapewne był blady dlatego, że nie pił mleka. A była za komuny akcja i to nie tylko z okazji 1000 szkół na tysiąclecie - szklanka mleka dla każdego dziecka w szkole..

No i co się kolega znowu przyczepia do systemu edukacyjnego? Jeszcze się Ciało Pedadogiczne obrazi.
Że o Duchu nie wspomnę.
I tobie radzę, Stefan, nie wspominaj, po co ci jeść tę żabę...  ;)
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 03 Marca 2010, 15:50:20
za gęste, może ktoś to streścić?

Też chciałem o to poprosić,ale bałem się pierwszy zagaić.Zawsze to lepiej jak Stefan zacznie.
Co? Więcej niż 4 wersy i już nie che sie czytać? Do roboty!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 03 Marca 2010, 16:05:01
za gęste, może ktoś to streścić?

Też chciałem o to poprosić,ale bałem się pierwszy zagaić.Zawsze to lepiej jak Stefan zacznie.
Co? Więcej niż 4 wersy i już nie che sie czytać? Do roboty!
nie ma światła...
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Fasiol w 03 Marca 2010, 16:20:58
nie ma światła...

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.Co to będzie, co to będzie?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 03 Marca 2010, 17:39:41
Żarówek 100W zakazali, a 99W jeszcze nie zaczęli produkować.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 03 Marca 2010, 19:57:15
za gęste, może ktoś to streścić?

Też chciałem o to poprosić,ale bałem się pierwszy zagaić.Zawsze to lepiej jak Stefan zacznie.
Co? Więcej niż 4 wersy i już nie che sie czytać? Do roboty!
nie ma światła...
To czytajcie po ciemku. Wzrok trzeba przyzwyczajać.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 03 Marca 2010, 22:22:20
11:24

  Na budowlanym od promocji i okazji aż się roi, toteż lepiej nawet tam nie wchodzić, aby nie dać się przekonać do kupna tanich cegieł. Moje obawy są słuszne. Reklamują, że „Do wszystkich wybudowanych przez nas pieców przychodzi darmowo kominiarz”. Podobno dyktę można dostać w niedziele na pokazach mody na dziale... alkoholowym. Dlaczego? Sklepowy dyktator mody jest nadzwyczaj przekonujący.
  Dział dla dzieci, który jako kolejny rozpościera przede mną swą ofertę, to kraina zabawek, zaś dla rodziców — egzamin ze sztuki pertraktacji. Pluszowe czołgi nie robią już wrażenia, a bomby grzechotki zostały, jak wiadomo, zakazane, gdyż ten przebój rynkowy szybko i skwapliwie wykorzystali podrabiacze. Za to przed nowym rokiem pełno tu petard, rac, zimnych ogni i najprzeróżniejszych imitacji broni dla dzieci w ustawowych żywych kolorach. Można bawić się wszystkim. Chaos i dezorganizacja są wizytówką tego miejsca.
  Do przebojów sezonu świątecznego 2012 zalicza się jednak przede wszystkim szopka wigilijna do kompletowania. Aktualnie oferowany model (ten z nagranym płaczem dziecka), jak widzę, zgodnie z ustawą jest oznakowany wyraźnymi cenami na każdym elemencie. Z niejasnych powodów najdrożej wyceniony jest Święty Józef, natomiast trzej królowie są w promocji: komplet za cenę dwóch zaledwie figurek. Obok podobny model wykonany w całości z masy cukrowej. Droższy mimo że nie płacze. Podzielił los wielu innych towarów ze stałej ekspozycji: został naruszony zębem... czasu.
  To co zobaczyłem pod koniec działu dziecięcego to istne qui pro quo, „dwa w jednym”, ale i przedsmak jakiejś wielkiej przygody. Otóż aby rozładować napięcie towarzyszące zakupom, zorganizowano po prostu legalne dziabanie kukły złodzieja. Kukła złodzieja nie jest byle strachem na wróble ani pierwszym lepszym manekinem odzieżowym, nie jest nawet wypchana jak jakiś Puchatek. Jest to prawdziwy, chyba lekarski fantom z naturalnymi włosami, zresztą do nabycia w dziale „Koneser”. Natomiast dla dodania efektu uszkodzeniom wypełniono go jakimś sposobem truskawkowym kisielem, a głowę — galaretką wiśniową. Figura jest zawieszona tuż nad ziemią, dziabie się ją szpikulcami do grilla, które zresztą są w promocji, a samą, zaiste obrzydliwą przyjemność dziabania można mieć prawie za bezcen, jak zapewnia wszystkich na około hostessa.
  — Od czasu do czasu organizuje się również publiczne łapanie złodzieja z nagrodami. Ucieka nasz statysta — wyjaśnia hostessa i proponuje mi degustację kisielu truskawkowego i galaretki wiśniowej „Przysmak dziecka” z jednorazowych kubeczków, które sama nazywa kubkami smakowymi. — Jak pan widzi, nie moralizujemy bezsensownie. Staramy się wychowywać młodzież w sposób przemyślany. Kradzież jest przecież obrzydlistwem. Łapią nam zawsze statystę i kilku prawdziwych złodziei…
  Cukrowa szopka to też aluzja. Dział z jedzeniem jest bowiem blisko, a apetyty u wszystkich zaostrzają się jeszcze podczas przechodzenia poprzez Dział Żywności Syntetycznej i Sztucznej. Gwarantowana jakość Gnáta dotyczy tu wszelkich artykułów i kontrastuje z niskimi cenami. Mamy tu pasze wszelkiego rodzaju, ekspozycję martwych szkodników magazynowych poświadczającą o jakości substytutów i surogatów jedzenia, aż wreszcie artykuły do poprawy wyglądu, smaku i zapachu potraw, bez których nowoczesna gospodyni… wiadomo co. Jak głosi reklama, wszystkie oferowane artykuły chemiczne zostały pomyślnie wypróbowane, a niektóre są w fazie testów klinicznych na ochotnikach, do których można się zresztą zapisać tu w Gnácie przy specjalnym stoisku. Gnát rewanżuje się bonami i zniżkami, w tym również na darmowe wizyty w przychodni Gnáta. Z niewiadomych powodów na stoisku tym zaopatrują się licznie długobrodzi plastycy i sprzątaczki.
  Dotychczasowe moje doznania sklepowe nie dotyczyły wszystkich zmysłów. To zmienia się z chwilą dotarcia na dział żywnościowy. Dział z jedzeniem to nie tylko sklep w sklepie. To niemal państwo w państwie, jądro bezładu. Niektórzy mówią, że o ile tylko Gnát byłby kością, to dział spożywczy jest jej szpikiem. Za mną, czytelniku, jeśliś zgłodniał!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: 666 w 03 Marca 2010, 23:33:39
To ja idę coś zjeść...  >idesobie<
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 04 Marca 2010, 06:01:42
przeczytam jak wrócę z Warszawy...l
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Fasiol w 04 Marca 2010, 08:33:42
No to szybko nie przeczytasz.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 04 Marca 2010, 08:43:22
przeczytam jak wrócę z Warszawy...l
a nie masz gdzieś bliżej do Gnáta?
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 04 Marca 2010, 11:39:39
12:31

  Jestem obecnie przy kramiku, gdzie trwa, jak głosi szyld, „Degustacja przeterminowanych serów dla koneserów”. Dziewczęta w ludowych strojach alzackich częstują klientów koreczkami wykonanymi z sera przeterminowanego o jeden dzień. Stoisko z darmowym jedzeniem jest oblegane, dziewczyny mają pełne ręce roboty: jedna kroi, druga nakłada na tacę francuskie specjały i wkłuwa wykałaczki; drewniany straganik trzeszczy pod naporem tłumu i wózków. Intencją Gnáta jest prawdopodobnie to, aby można było się przekonać o wymysłach dziennikarzy, jakoby żywność psuła się po północy oznaczonego dnia — terminu trwałości. Z taką sugestią, tyleż samo autooszczerczą co ryzykowną, kieruję się do przygodnego ekspedienta.
  — Nasze badania dowodzą, że żadna żywność nie psuje się z chwilą zmiany daty. Ani tej oznaczonej na opakowaniu, ani kolejnych dat. Robiliśmy nawet dyżury nocne, żeby to obserwować.
  — I jakie były obserwacje?
  — Żadne. Co najwyżej wiedzieliśmy wówczas, na czele z naszą specjalistką, panią doktor Emmą Pałeczką, że producenci często się mylą zawyżając deklarowaną trwałość produktów.
  — No ale to wie każda gospodyni, że lody latem się topią, a dżemy pleśnieją szybciej niż zimą — zauważam.
  — Słusznie. I taki byłby wynik badań. I wtedy jeden z naszych pracowników wpadł na doskonały pomysł, aby dla próby, w ramach eksperymentu, przerobić datę.
  — O!
  — Właśnie. No i przerabialiśmy te daty w tył, a potem także i w przód. I wie pan co? Nic. Nic!!! Okazuje się, że psucie się żywności nie jest związane z datowaniem na etykietce w żaden logiczny sposób. Te wielkości po prostu na siebie nie zachodzą. Obecnie przerabiamy je w przód i jesteśmy — że tak powiem — na etapie, który jest odpowiednikiem badań klinicznych II stopnia, na dużej serii...
  — Czyli takich, gdzie pacjent nie wie czy dostaje lek czy placebo — dopytuję się dla porządku. — To ciekawe.
  — Ludzie nam czasem zarzucają, że manipulujemy tym lub owym. Wymyślają jakieś bajeczne opowieści o dotknięciu czarodziejskiej Pałeczki... a my im wtedy pokazujemy wyniki naszych badań. I są w kropce. Żebyż chociaż mogli zwalić na pływy morza! Ale jesteśmy od niego za daleko! Albo na księżyc, ale u nas go nie widać!... Serka?
  — Mnm, chętnie.
  Skusiłem się. Jednak umiejętny dobór obsługi i tłum zdegustowanych klientów ośmiela niezdecydowanych. Ostatecznie sery pleśniowe też istnieją i są bardzo smaczne i pożywne. Inna rzecz, że w marketach rzeczywiście jest ich najszersza oferta, można powiedzieć, że w niektórych gatunkach jest ona wręcz prekursorska. Sam się dziwię dziennikarskim nagonkom, bo przecież gdy się zastanowić... Zresztą widzę na własne oczy: skosztowawszy, klienci dziękują ukontentowani i odchodzą od stoiska, a niektórzy z powrotem ustawiają się na końcach kolejek. Wypróbowane na drodze degustacji partie sera otrzymują następnie nowe metki z wyraźną, zaaprobowaną datą. „Zapraszamy na stoisko szynek pleśniowych” — słyszę głos z dala. W głębi alejki dostrzegam jeszcze jeden szyld: „Dojrzewalnia tortów”. Tam też tłoczno.
  Stali degustatorzy Gnáta z łatwością zauważają, że dział rybny został na okres świąteczny gruntownie przeorganizowany. W centrum urządzono spory staw z karpiami, wokół stoją palmy, a na wodzie tratwa i bezludna wyspa, na której urzęduje pirat z przepaską na oku. Ma na głowie czapkę Św. Mikołaja. Polinezyjska bachantka w bikini wiosłuje pagajem, łowi z tratwy ryby podbierakiem i podaje je piratowi, który raźno operuje długim nożem nad metalowym wiadrem ustawionym między kolanami — po czym rzuca ryby aż na wykafelkowany brzeg. Łowienie idzie opornie, podbierak jest za krótki do tej roboty, speszona bachantka klęcząc pręży się całym ciałem w kierunku wody, kwietny wieniec na jej szyi nurza się w stawie. Skutkiem tego zgromadzona na brzegu męska część klienteli prosi o coraz więcej ryb, a kto jeszcze ma wolne ręce — klaszcze. Nic dziwnego: kupno karpia to w wielu rodzinach tradycyjnie męska sprawa. Ponadto mówi się, że w jednym karpiu można znaleźć prawdziwą złotą monetę. Za to wszystkie bez wyjątku karpie mają przyklejone do grzbietów plastikowe atrapy rekinich płetw, które zabawnie wystają ponad wodę.
  — Nie żadne złote monety — mówi mi w zaufaniu ekspedient w wysokich kaloszach — ale zwykłe złote, ćśśśśś!... — i dodaje: — Ryby połykają bilon wrzucany do stawu przez dzieci.
  Nie wiem co by wymyślono w przypadku euro. Ale pewnie byłoby pokusą samą w sobie...
  Mijam poturbowane stosy jedzenia: nadgniłe, nadjedzone  wielobarwne banany, ściśnięte pomarańcze i mandarynki, rachityczne, przerzedzone kiście winogron, obpalcowane pomidory, wycałowane czerwone jak wino jabłka, solidnie wymacaną rzepę, mączne kłącza pałki wodnej dla biedniejszych... Jest to iście szatański pomysł marketingowy, skierowany do osób, które nie mogą sobie pozwolić na zakup tychże specjałów, bo oglądanie oferty jest najzupełniej darmowe. Wśród stosów napotykam jednak na coś taniego dla każdego: „Bataty europejskie — nowość!”. Do złudzenia przypominają nasze ziemniaki, są tylko nieco bardziej zielonkawe, zwłaszcza w przekroju. Amatorów jednak niewielu; brakuje informacji o tym, czym w ogóle jest batat. Są to, Czytelniku, słodkie ziemniaki. Etykieta informuje natomiast, że w Gnácie są dostępne tylko w zimie. Ciekawe.
  Oferta kaszy gryczanej i mąki robi na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Obok niej nie można po prostu przejść obojętnie. Kasza podawana jest z wielkiej wojskowej ciężarówki, biało pomalowanej, z czarnym napisem „U.N.”. Ekspedient przebrany za żołnierza, w barwnym berecie z la 40., wychyla się co chwilę poprzez tylną burtę paki i podaje klientom pękate worki z napisami U.N. i Buckwheat lub Flour. Trzech innych uwija się pod plandeką, na której znajduje się z boku plakieta przypominająca wielki czerwony krzyż (ale ten symbol kojarzy mi się raczej z Wielkanocą. Na Gwiazdkę mogli lepiej użyć wozów U.S.Army!). Na tablicy rejestracyjnej pojazdu widnieje zaś cena za kilo kaszy i znak Gnáta. Wysoko pod sufitem hali powiewa z dala widoczny, kąśliwie żółty proporzec z napisem „Najtańszy produkt”. Dookoła ciężarówki rozsypano nieco żwiru, który chrzęści pod butami tłumu amatorów kaszy gryczanej. Niektóre matki, gdy już zbliża się ich kolej, odruchowo biorą dzieci na ręce. Jak w telewizji.
  — W dzisiejszych czasach — leniwie wyjaśnia mi tymczasem kierowca, którego namówiłem do odłożenia na chwilę krzyżówki — sprzedawanie towaru polega w coraz większym stopniu na stworzeniu dobrej inscenizacji, aby wszystko wyglądało tak jak w codziennym życiu. Klient, proszę pana, musi odnajdywać u nas znane sobie obrazy, by posłużyć się nimi jak szablonem do wyzwolenia własnych automatycznych zachowań. Tak bym to ujął. — po czym ziewa tak przeciągle, że szyby w szoferce zaparowują.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 05 Marca 2010, 09:27:09
13:39

  Gdy tak zwiedzam i poznaję tajniki Gnáta, wiele podchwytliwych pytań rodzi się w mojej dziennikarsko-reporterskiej głowie. O niektóre kwestie postanawiam zapytać, choćby okrężną drogą. Brnąc przez spożywczy, próbuję pogawędzić z okolicznym ekspedientem:
  — Tu jest tyle żywności, że każdy klient przy odrobinie sprytu teoretycznie może się żywić i długo ukrywać w waszym sklepie, migrując między regałami.
  — Oczywiście, lecz tylko teoretycznie, gdyż jest to bardzo surowo karane. Gdzie indziej były podobno takie przypadki, tyle że nazwa „stały klient” wydawała się wówczas chybiona. Lansujemy raczej określenie „szczur wszawy (Rattus pediculosus)”. Niemniej nie będąc w stanie stwierdzić miejsca przebywania jesteśmy zobowiązani uznać perfidnego delikwenta za zaginionego, a wówczas prosimy rodzinę o dostarczenie fotografii. Stąd w pasażu handlowym nasza tablica „Ktokolwiek widział”. A ponieważ żywienie się na naszej hali naszym jedzeniem jest uznawane za kradzież zuchwałą, to w ramach walki z tym odrażającym procederem deklarujemy, że tych klientów nie obsługujemy. Stąd ten drugi dopisek na naszej tablicy, zresztą nie nowy, oglądał pan zapewne pewną komedię...
  — Pana wypowiedź jest logiczna, ale przecież kradzież polega raczej na wyniesieniu czegoś, dajmy na to jedzenia, poza obręb sklepu.
  — Kradzież to wynoszenie jedzenia półjawnie, na przykład we własnej kieszeni, pod swetrem, w skarpecie lub wklejonej w cholewę buta czy w obcas. Po spożyciu natomiast mamy już do czynienia z przemytem, również zagrożonym karą w myśl naszego wewnętrznego, nomen-omen, regulaminu (punkty Ę, Ł, Ń i Ó).. Acha, mamy jeszcze biuro „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, prowadzi ono też pośrednictwo w adopcji znalezionych u nas młodocianych, po których nie zgłosili się nikczemni rodzice, zajęci zakupami.
  — Adopcji? — pytam z niedowierzaniem.
  — No, nie od razu. Przez pierwszy tydzień można dzieci spokojnie odkupić przy minimum formalności.
  — Dlaczegóż, doprawdy, tylko przez tydzień?
  — Po tygodniu dzieci są już tak zajęte na naszym sklepowym placu zabaw, że argumenty rodziców by do nich i tak nie trafiły. Zresztą rodzice wracają do nas raczej zwabieni promocjami. Mieliśmy kiedyś w Gnácie pomysł na rozwiązanie tego problemu, ale na promocję dzieci za cholerę nie zezwala nam ustawa o szkolnictwie wyższym. Jak pan nie wierzy, niech pan spyta na dziale dla studentów, tam się znają. Jednak najlepiej poinformują pana nasi ludzie na placu zabaw.
  Podejrzewam spotkać tam prawdziwych pedagogów. No, no!
  Zauważam, że niektórzy ekspedienci wcale się nie krzątają wśród towarów i nie pomagają klientom. Stoją oni na rogach alejek, z puszkami lub plastikowymi pojemnikami u stóp, niektórzy także leżą lub półsiedząc wodzą otępiałym wzrokiem po mijających ich klientach. Na kocach, którymi się owijają kładą tekturki z ładnie wydrukowanymi słowami: „Informacja co-łaska”, „Porady Gnáta”, „Popcham wózek za samo jedzenie” — lub podobne sformułowania. Inni mają na tabliczkach tylko jakieś wielocyfrowe numery i adresy banków. Dyrekcja Gnáta przymyka oczy na te skądinąd szczeniackie i cyniczne wybryki, twierdząc, zarówno przed dziennikarzami, jak i przed samą sobą, że o ile tylko wielkie regały wziąć za domy, a sunące wśród ich wózki uznać za ruch uliczny, to panowie ekspedienci przypominają niektórych mieszkańców (ci co stoją, to nawet i przechodniów!), dzięki czemu wielki i przyjazny wszystkim istotom Gnát jeszcze bardziej przypomina prawdziwe miasto. Wszak klient powinien się czuć między regałami jak na ulicach, jak u siebie. Zresztą, ta żartobliwa żebranina — mówiono mi — jest i tak z przeznaczeniem na cele nieinwestycyjne, a więc niegroźna dla Gnáta.
  Natomiast z kobietami, o ile wiadomo, nigdy nie ma większego problemu, gdyż w hali nawet w nocy jest widno jak w dzień i ta kwestia prawdopodobnie w ogóle Gnáta nie dotyczy. Trudno się nie zgodzić z tą argumentacją.
  A jeden młody ekspedient gra nawet na sklepowej gitarze i ten szczyci się estymą wśród kolegów-współnieszczęśników i jest nazywany bardem, a wśród rozlicznego kierownictwa — bardzo dobrą reklamą działu kapeluszy.
  Jeszcze inną rzeczą, która kojarzy się poniekąd z codziennością życia „na zewnątrz” jest obecność zmilitaryzowanych patroli pieszych i motorowych, które czy to per pedes, czy na elektrycznych wózkach z pierwszeństwem przejazdu — i wówczas z psią budą na pace — przemierzają nieustannie sieć uliczek między regałami i chłodniami bądź też — rezydują w rozstawionych tu i tam stałych strażnicach. Nie trzeba nikogo przekonywać, że czujność wobec ewentualności zamachu terrorystycznego zmusza dzisiaj do stosowania środków, które jeszcze kilkanaście lat temu trudno byłoby sobie nawet wyobrazić. Dlatego służby spod znaku dwóch skrzyżowanych gnátów — Gnátowskie Elitarne Służby Tropiąco-Asekurująco-Podsłuchowo-Obserwacyjne — są skierowane przeciwko potencjalnym klientom-sabotażystom. Przy okazji wypełniają one wielce pożyteczną funkcję ochrony cnót obywatelskich, w szczególności zaś tej jednej, jakże tradycyjnej: „nie będziesz kradł”. Toteż nieoficjalnie, choć marny to żart i niesmaczny, mawia się, że są one skierowane przeciwko potencjalnym klientom i koniec kropka. Ale w tej przykrej, a nawet — nie bójmy się tego słowa — chamskiej aluzji kryje się insynuacja jakoby złodziej czai się w każdym kliencie. Jest to dalece krzywdzące, nikt wszakże nie staje się od razu oszustem wobec braku ku temu okazji. Byłoby to publiczne przyznanie się, że klient jest po prostu głupi, na co przecież Gnát nigdy by sobie nie pozwolił. Obserwacje kamerami nigdzie nie doprowadziły do odkrycia cnót klientów innych niż te, które dałoby się opisać przymiotami rudego lisa. A ponieważ obiektywnie patrząc jest to czysta, uniwersytecka ekonomia, a także z powodu dopatrzenia się tej samej alegorii w zachowaniu panienek-kasjerek, dyskusja nad objawami jakowej głupoty jest tym sposobem ucięta, koniec i kropka. Pozostają wszelako owe patrole.
  Napięcie daje się wyczuć, tym bardziej, że niedawno było głośno o jakiejś akcji policyjnej w markecie KIEA, gdzie podobno nocą aresztowano setki osób, w tym kilku groźnych przestępców i zamachowców. Mówi się, że udało ich się wszystkich wykryć dzięki brakowi jakichś biletów i że jakoby zaangażowano nawet czterdziestu zawodowych kontrolerów z autobusu, i że jeden sprawca był przebrany za staruszkę. Faktem jest, że wyłapano ich wszystkich co do nogi i osadzono tam gdzie trzeba. Słowem: gigantyczna afera. Podobno aby się przekonać o ich niekaralności, zaaranżowano też specjalnie dla nich dozorowaną okazję do popełnienia kradzieży, co miano obserwować z kamer? Do dziś nie wiadomo dokładnie o co chodziło, zwłaszcza zaś sprawa z tymi biletami zdaje się wyjątkowo niejasna. Tak czy inaczej, wielkie zamieszanie medialne wokół tej historii wystarczyło, by kierownictwo Gnáta zdecydowało się wprowadzić dla swych klientów obowiązkowe bilety, znakowanie i urządzenia telelokacyjne, te ostatnie zamaskowane w obowiązkowych beretach z antenką. Na próbę. Nie ma jak inspiracja. Natomiast obrożowanie i skuwanie z wózkiem uznano na razie za przedwczesne.
  Bilety zatem już są (mam go i ja) i przy okazji obowiązkowej ich kontroli można zawsze pogawędzić z klientem: o pogodzie, o tym, co u niego słychać, jak tam przygotowania do świąt, co kupuje i dlaczego tak mało — oraz doradzić mu na co jeszcze winien zwrócić uwagę. Żołnierze z patroli potrafią na takie okazje na przykład sugestywnie się zamyślać i to zwykle wystarcza. Nie przesadzajmy jednak. Rola tych służb jest raz że bardzo pozytywna, a poza tym ograniczona do niezbędnego Gnátowi poziomu minimum. Tak więc ich obecność w Gnácie i permanentna penetracja hali nie jest nigdzie zbyt nachalna ani nieznośna. Znacznie częściej można natknąć się na nich fachowo ukrytych pomiędzy regałami z kalafiorem, kawiorem, ananasami lub pomarańczami, gdzie wykonują swoje obowiązki służbowe — albo wśród stojaków z odzieżą, gdzie pomagają klientkom w przymierzaniu garderoby. Westchnieniom na skutek okazywanej lub doznawanej uprzejmości nie ma zwykle końca.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 05 Marca 2010, 10:04:54
Powieść nam (ha ha ha nam!) się rozwija jak rzeka pokonując coraz ciekawsze przełomy. Stefek, radzę zacznij czytać zanim bedziesz musiał poświęcić na komplet cały dzień pracy lub, co gorsza cały dzień zakupów swój lub żony.
Specjaliści od żywności powinni jeszcze zbadać wpływ zmiany czasu wiosną i zimą na psucie się produktów lub psucie się wizerunków tych prodktów. Rodzaj produktu ważny do dnia wskazanego na etykiecie.
Warto chyba wprowadzić nie tylko bilety na wejście do takiego hipersklepu, ale także obowiazek zakupów połączony z obowiązkiem złożenia oświadczenia majątkowego oraz deklaracją minimalnej kwotowej liczby zakupów.
GESTAPO to chyba także Gustowna Ekspozycja Stanu Towarowego Aktualizowanego Przed Otwarciem.?
A ja czekam, kiedy kolega doktor wypłynie także na szeroki przestwór innych wątków?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 05 Marca 2010, 10:16:53
Nieśmiały podobno. I to pomimo okazywanego mu wsparcia Duchowego i objęcia opieką Pedadogiczną.
 Ale poczekajmy cierpliwie, z tego co widać, warto.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 05 Marca 2010, 11:40:45
Stefek, radzę zacznij czytać zanim bedziesz musiał poświęcić na komplet cały dzień pracy
mięknę, ale się jeszcze trzymam.
Twardym cza być!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 05 Marca 2010, 12:42:37
Stefek, radzę zacznij czytać zanim bedziesz musiał poświęcić na komplet cały dzień pracy
mięknę, ale się jeszcze trzymam.
Twardym cza być!
Uważaj, bo kołek też był twardy i nic mu od tego, oprócz wgnieceń nie przybyło.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: milczenie pedadoga w 05 Marca 2010, 21:52:46
Nieśmiały podobno. I to pomimo okazywanego mu wsparcia Duchowego i objęcia opieką Pedadogiczną.
 Ale poczekajmy cierpliwie, z tego co widać, warto.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 05 Marca 2010, 22:00:52
14:11

  Podłogę stoiska odzieżowego „Varietes” pokrywają perskie dywany. Wokół ciągną się olbrzymie lustra oświetlone po bokach zielonkawymi rur¬kami, między lustrami zaś witryny, w których mile oszołomieni klienci mogą zobaczyć paryskie sukienki najróżniejszych kolorów i fasonów. Zajmują one część witryn, w innych widać setki damskich kapeluszy, a także setki par bucików. Pomiędzy tym wszystkim zaś perfumy w etui, torebki ze skóry, zamszu i jedwabiu.
  Ekspedientka o imieniu Hella, ruda dziewczyna w czarnej wieczorowej toalecie, uśmiecha się obok tych witryn zachęcającym uśmiechem ekspedientki. Ekspedient o imieniu Fagot (wypisanym na identyfikatorze), uprzejmie pokazując zęby, oznajmia, że Gnát umożliwia zaopatrzenie się w pary¬skie toalety i równie paryskie obuwie. Dotyczy to, dodaje, również torebki i całej reszty damskich akcesoriów na kolejnych działach. Ekspedient szura nogą, a dłonią wykonuje gesty zapraszające. Przy tym ruda ekspedientka odśpiewuje:
  — Guerlain, Mitsuko, Narcisse Noir, Chanel numer pięć, suknie wieczorowe, sukienki cocktailowe...
Pan Fagot wygina się, pani Hella otwiera przeszklone witryny.
  — Proszę! — drze się ekspedient. — Bez żadnych ceremonii! proszę się nie krępować! Sylwester za pasem!
Publiczność jest podniecona i onieśmielona, toteż nieprędko kwapi z wejściem na stoisko. Wreszcie jakaś brunetka uśmiechając się podchodzi i wkracza na dywan.
  — Brawo! — woła pan Fagot. — Witam pierwszą klientkę! Behemot — woła na swego pomocnika — fotel dla pani! Zaczniemy od bucików, madame!
  Brunetka zasiada na fotelu, a ekspedient Fagot, z zawieszonym na szyi centymetrem, natychmiast wysypuje przed nią na dywan cały stos pantofli, po czym przyklęka u jej nóg. Klientka zdejmuje swój prawy but, przymierza liliowy, stawia nogę na dywanie, porusza stopą, uderza piętą i ogląda obcas.
  — A nie będą cisnęły? — pyta przekornie. Pan Fagot na to wykrzykuje z oburzeniem:
  — Co też pani mówi!
  — Wezmę tę parę, monsieur — mówi zachłannie kobieta wkładając także drugi pantofel, czym daje ośmielający przykład pozostałym gościom działu odzieżowo-obuwniczego „Varietes”. Czy to też jest forma reklamy?...
  Jak gdyby na poparcie wszystkiego dobrego, co powiedziałem na temat służb Gnáta wyrasta przede mną osobliwa i pełna wyrozumiałości i współczucia scena:
  — Mój wózek stanął i ani drgnie. Pcham, a jakby zablokowały się kółka.
  — A co to pani kupiła, babuniu? — ekspedient zagląda do koszyka starszej pani. — Tylko termofor? Oj, malutko, malutko. Żeby mi nie było za malutko... — dodaje troskliwie — bo będzie źle.
  Milczenie.
  — To blokada przed złodziejami. Babciu: wózek pcha się wolno, to są zakupy, a nie orszak weselny ani wsiowy kulig. Złodziej jadąc z natury swej chyłkiem, milczkiem i zbyt pospiesznie, doznaje zablokowania kółek i nie może się już poruszać z nakradzionym towarem. Chyba że wrzuci się monetę przy rączce.
  Istotnie, tam gdzie przy uchwycie dynda łańcuszek, znajduje się spory pojemnik z napisem „Tu” i strzałką. Uchwyt wózka jest niemal na wysokości nosa babci.
  Kobieta długo myśli i wreszcie rzecze:
  — To piękne, co pan mówi, młody człowieku, a nawet sprytne. Ale mi się wydaje, że ja nie pchałam tego wózka, tylko on stał, a ja właśnie rozglądałam się za towarem.
  — A, bo jak się już stanie na dłużej, to stuka parkometr. To zabezpiecza przed uprowadzeniem samego wózka. Proszę wrzucać dwójki, aż się odblokuje i szerokiej drogi.
  — To tu są biegi?
  — Och, dwuzłotówki wrzucać! Acha, piątki starczają na dłużej, tylko trudniej wciskać — powiedział ekspedient i z twarzy jego widać, że pomyślał coś o babci.
  Babcia natomiast poczęła szukać monet po kieszeniach i zapamiętała sobie coś w rodzaju, że jakoby w piątki coś jest tu dłużej. Chciała najpierw o to zapytać, bo nabrała powietrza, ale zaraz zaczerwieniła się, zresztą uprzejmy ekspedient już się oddalił zajęty rozmową przez krótkofalówkę.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 06 Marca 2010, 21:00:17
14:20

  Skończyły się żarty, bo oto stoję u wjazdu do działu mięsnego. Dział mięsny jest jak wiadomo chlubą i jednocześnie punktem honoru każdego marketu. Starania sklepu o względy i zaufanie klientów w tej dziedzinie nie dziwią. Nie są też niczym nowym, wszak istotną rolę mięsa w diecie podkreślała każda władza, nawet komunistyczna. O ile jednak socjaliści wsławili się jako wybitni „teo-re-to-rycy” w tej dziedzinie (i to pomimo że chętnie składali wizyty na przykład w chlewniach), to współczesne sklepy przechodzą bezwarunkowo do czynu, a dzieje się to na najbardziej wyszukane i spektakularne sposoby. W ich doborze Gnát najprawdopodobniej wiedzie prym. Po prostu zagadnienie jest warte najwyższego poświęcenia, adekwatnie do roli mięsa w żywieniu.
  Pierwszą zasadą jest jawność, drugą zaś wszechstronność oferty. Ta ostatnia narzuca konieczność podzielenia towarów na kategorie, aby można było się połapać w rozmaitości. Tu zrobiono to bodaj najlogiczniej wśród wszystkich znanych mi sklepów. Zresztą niech mówią fakty.
  Oto znalazłem się przy pierwszym w alei regale opatrzonym wielkim i znanym do znudzenia napisem: „Europa”. Znajdują się tu wszelkiego asortymentu surowe i przetworzone wyroby z perliczki. Perliczki całe, filetowane, perliczki w wyrobach szynkopodobnych, również krojonych i mielonych, nogi perliczek na krupnik lub pomidorową (znane pod handlową nazwą „Szłapki-Extra”), w końcu perliczki młode i na grilla — „Szaszłykowe Specjalne”.
  Regał drugi nosi napis: „Afryka północna i zachodnia”. Znajdujemy tu gęsi, króliki, wyborną kocinę oraz wszelkiego gatunku salami. Dalej — „Bliski Wschód” z koziną, wołowiną i delikatnym mięsem z gołębi skalnych. Dział „Indie” to raj kurczakowy. Chłodnie z tym ptactwem są szczególnie wielkie. Na dziale „Ameryka Środkowa” znajdujemy z kolei indyki oferowane na wszelkie sposoby. Na „Azji Wschodniej i Zachodniej” — wieprzowinę i baraninę z jagnięciną. To właśnie tutaj leży też tak poszukiwana obecnie konina i psina, a bogactwo tej ostatniej oszołamia. Nad obu gatunkami mięsa unoszą się zresztą zielone lub żółte proporce — to tu jest ich najwięcej — z napisem „Najtańszy produkt”. Na koniec nareszcie odnajduję informację, która pozwala mi usystematyzować całą tę różnorodność: „Szanowni klienci! Mięso w naszym sklepie jest poukładane według krainy udomowienia”. Teraz wszystko rozumiem.
  Teraz wszystko rozumiem: największy tłok panuje bowiem na dziale Indie, gdzie po specjalnej promocyjnej cenie (niewiarygodnie niskiej) sprzedają prawdziwą, oryginalną słoninę.
  A i jest coś dla koneserów i myśliwych: jako absolutna nowość jest reklamowana psina z dingo. Jak zapewniono na ulotce reklamowej, gdy zamknie się oczy i przy odpowiednim nastroju, smakuje jak wymarła już w naszych lasach zwierzyna płowa lub nawet dzik, zależnie od zdolności gospodyni. Natomiast to co zgadza się w stu procentach ze stanem faktycznym, wypisano jaskrawymi literami na cenówkach: „Dziczyzna!”.
  Ale-ale, ekspozycja towaru to tylko jedna część działu mięsnego, konkretnie prawa strona alei. Po przeciwnej do rzędu chłodni stronie ciągną się indykowniki, gęsińce, stajnie, obórki i różnego rodzaju żłoby i paśniki, dalej budy, w których coś w środku groźnie warczy i wszelkiego typu i rozmiaru klatki. Wszystkie te pomieszczenia są oczywiście zasiedlone niczym arka Noego. A gołębnik! A króliczarnia stylizowana na Alcatras! A nowoczesne chlewy z gęstwiną ciasnych metalowych zagródek dla dwóch i pół tysiąca pojedynczych świń, pomiędzy którymi dostrzegam różowiutkie prosięta, tak wzruszające, że chce się do nich aż wyciągać ręce! W całym tym folwarku największe wrażenie robi na mnie jednak olbrzymich rozmiarów kurnik, złożony z szeregu klatek ułożonych w kilka pięter. Całość sprawia wrażenie ogromnej, gdaczącej biblioteki lub raczej archiwum akt, tym bardziej, że regał podzielony jest na pomieszczonka o znanym z biura formacie kartki A 4. Sto tysięcy kur wystawia dzioby do przechodniów. Panujący tu harmider, jak na perskim rynku, dopełniają dziecięce okrzyki radości, entuzjazmu i zdumienia; rodzice umyślnie przyprowadzają tu pociechy, by im pokazać wieś.
  Nad chłodniami nachyla się pracowicie biało odziany ekspedient i w skupieniu wykonuje jakąś czynność. Nogą przesuwa co chwilę wiaderko, które postawił obok siebie na ziemi. Zdecydowałem się podejść z pytaniem, co robi.
  — Wiem, wiem. Takie rzeczy robi się w innych marketach raczej na zapleczu — odzywa się dobitnie. — Ale u nas chcemy właśnie w ten sposób zdementować wstrętne dziennikarskie insynuacje, że ktokolwiek w Gnácie potajemnie maluje mięso nadmanganianem.
  — Pamiętam burzę prasową wokół tego tematu.
  — To ja panu powiem: stek kłamstw. Jak było? Wie pan, zatrudnialiśmy kiedyś czarnoskórego, przezywaliśmy go Kali albo „Kali malować mięso krowy”; zresztą był skryty bo nie znal polskiego albo nie był łaskaw dyskutować, no — idealny pracownik. A kali to nadmanganian. Pewnie stąd te żenujące pogłoski i prasowe brednie — rzekł spokojnie farbiarz i zanurzył pędzel w wiaderku z bordową, plamiącą cieczą. — My nie mamy tajemnic przed klientem i prasą — dodał — te aluzje to zwykła kaszana.
  Co rzekłszy, wrócił do pracy.
  — A tamte dwie panie znają polski? — nie daję za wygraną i pokazuję na dwie kobiety koło chłodni z kurczakami.
  Widać wyraźnie, że przy dziale „Indie” dyżur pełnią specjalnie dobrane ekspedientki o śniadej cerze, przebrane za hinduskie tancerki z czarną kropką na czołach. Ekspedientki umiejętnie zdradzają swym jednoznacznym zachowaniem, że znają różne techniki kuchenne.
  — Ludzie prawdopodobnie nadal nie rozumieją, że mięso egzotyczne po prostu musi być droższe — wyjaśnia pracowity malarz i aż unosi przy tym pędzel. — Tego nie trzeba uzasadniać, że krajowa może być tylko krajanka z perliczek. Ot, co. Robimy co możemy, aby nabywcę jednak zachęcić do kupienia kurczaczka. A te panie potrafią rewelacyjnie władać językiem, mówić po polsku i wiele jeszcze innych rzeczy...
  Fakt! Geograficznie usystematyzowany dział mięsny nie pozwoli nikomu kto chodził do szkoły pomylić się w cenach.
  Hinduskie tancerki to jednak dopiero przedsmak największej atrakcji. Wspomniana zasada jawności wobec klienta osiąga w Gnácie najwyższy, zamierzony przez ustawodawcę poziom. Co zrobiono, aby przekonać zainteresowanych, że oferowane mięso jest świeże? Jak się, Czytelniku, domyślasz, miejscem gdzie następuje ostateczna rozprawa z argumentami niedowiarków za pomocą demonstracji siły — jest rzeźnia.
  Rzeźnia u Gnáta jest to sporych rozmiarów pomieszczenie, w którym jedną ze ścian, tę od strony sklepu, zastąpiono wielką szklaną taflą sięgającą do samej ziemi. Wszystko tu lśni: wejścia dla zwierząt z barierkami jak w kasach stadionowych, dziesiątki łańcuchów z różnego typu hakami i uchwytami, które dyndają wesoło zwisając ze stalowych szyn pod sufitem, przymocowany do ziemi gilotynowy uchwyt dla krów i koni z błyszczącą rynną i takimiż ostrzami, wysokie sterty metalowych skrzyń, a nade wszystko kafle, kafle i kafle. Gdzie nie spojrzeć, aż biało i seledynowo od glazury i jasno jak w szpitalu. Między tymi wszystkimi sprzętami uwijają się niczym mrówki biało odziani ludzie w takich samych czepkach na głowach, noszący dodatkowo fartuchy robocze, które przypominają wdzianko gosposi, tyle że są z czarnej gumy. Jedni krzątają się przy prowadzeniu zwierząt pomiędzy wąskimi barierkami (akurat trafiam na moment, gdy w obudowanych stalowymi rurami ścieżkach zaroiło się od różowiutkich tuczników). Inni krępują martwym już sztukom tylne nogi, po to, by kolejni, uruchomiwszy jakieś dźwignie, mogli je wywindować na łańcuchach na odpowiednią wysokość i po utracie kontaktu z podłogą przesunąć szynami dalej do cięcia i patroszenia. Dalsi osobnicy uwijają się ochoczo z czarnymi gumowymi wężami, z których bezustannie leci woda. Zmywają nimi tusze, a pienistą zawartość podłogi zaganiają do metalowych kratek odpływowych. Specjalny pracownik do spraw wizerunku firmy myje ogromną szybę za pomocą szczoty na długim kiju, gdyż szkło ustawicznie jest zachlapane wskutek działalności innych jeszcze rzeźników z elektrycznymi piłami, którzy rozrzynają uwieszone zwierzęta na dwoje i wygarniają im podroby wprost do stalowych wanien.
  W głębi widać jak inni pracownicy w długich czarnych rękawicach z gumy siedząc lub stojąc przy wolno sunących taśmach, władając z niebywałą wprawą różnorakimi nożami i brzeszczotami, odcinają ścięgna od nóg oddzielonych od tusz lub wypiłowują rdzenie z wyrąbanych kręgosłupów, a mózgi i oczy — ze łbów, i rzucają to wszystko celnie poza zewnętrzną stronę taśmy do wielkich metalowych skrzyń. Pomiędzy zwisającymi z ich brzegów tymi wnętrznościami widzę zalane ciemną czerwienią fragmenty zagadkowych napisów: „...ńszy pr.d...” i „Prom...”, zgaduję więc, że część produkcji ma być gdzieś ekspediowana, najpewniej promem do najbiedniejszych części świata. To szlachetne.
  Jednak postacią centralną tej wykaflowanej sceny jest szacowny rzeźnik poruszający się w butach na wysokich koturnach, niczym w starogreckim teatrze. W obu rękach dzierży on wielkie elektrody, przypominające nieco ciężkie budowlane lutownice. Przechadza się niczym bosman po pokładzie, z lewa w prawo i z powrotem wzdłuż wyjść ze wszystkich pięciu stalowych ścieżek, gdzie oczekują go doprowadzone tu świnie i od czasu do czasu pociąga wlokące się za nim po podłodze grube kable. Człowiek ten jest podobno pogardliwie nazywany Sędzią, ponieważ jak się potem dowiedziałem, przez analogię do boksów na torze wyścigowym wydaje mu się, że jest na zawodach i podobno jeszcze ma habilitację z historii prawa karnego. Tak czy owak pan ów z należytą powagą, którą, obok wyższego wykształcenia, można wyczytać z jego dobrze odżywionej, brodatej twarzy, przystawia stalowe końcówki do czekających zwierząt, wybierając najczęściej kark i ucho, ostatecznie ryj, po czym operuje kolorowymi wyłącznikami w trzymanych przez siebie rękojeściach.
  Po czym każdorazowo zdaje się bezgłośnie mówić sam do siebie: „Proszę!”.
  Panu Sędziemu towarzyszy krok w krok, niczym adiutant, młody, ale już świetnie zapowiadający się pracownik-asystent, który sumiennie podchodzi do każdej potraktowanej elektrycznością sztuki i przykłada do niej lekarskie słuchawki. Po chwili skupienia, podczas którego patrzy gdzieś hen w dal, wykonuje głową gest potakiwania, czego powagi dopełnia jeszcze jego naukowe spojrzenie ukryte za okularami, i ta osobliwa para przemieszcza się dalej. Po każdym udanym takim zabiegu publiczność bije brawa. Rzędy ławek specjalnie ustawione przed szybą po licznych prośbach kierowanych do Gnáta gromadzą bowiem rzesze ciekawych, zwłaszcza zaś w weekendy. Prócz ich okrzyków jednak panuje tu, po mojej stronie, całkowita cisza, gdyż szyba skutecznie tłumi wszelkie hałasy.
  — Niektóre spektakle wygrywają z łatwością z sobotnio-niedzielną telewizją — tłumaczy mi zagadnięty pracownik działu. — Przykładowo jutro w samo południe zapraszamy na ubój kopytnych z naszej wielkiej stajni, połączony z promocją kabanosów. Wtedy zobaczy pan prawdziwe tłumy — nie wierzę, że ludziska przychodzą do nas w takie niedziele dla samych kabanosów. Mówimy na to, tu w robocie, western. Przy koniach to tamten gość się autentycznie rozkręca. Bardziej popularne jest tylko tuczenie gęsi na wątróbkę, raz nam nawet pękła szyba, tak się ludziska pchali!
  — Czy nie obawiacie się, — wychodzę z pytaniem natury bardziej ogólnej — że wasze działania marketingowe spotkają się z krytyką środowisk radykalno-konserwatywnych?
  — Ja bym tego tak nie nazwał. Ja bym to nazwał raczej całościową i rzetelną informacją handlową niż reklamą. Taką, która nie pozostawia człowieka już z żadnymi pytaniami. Latem na naszym trawniku przed sklepem czasami prowadzimy też, proszę pana, krycie. Jest to krycie jak najbardziej jawne! — tu mój rozmówca pozwolił sobie na uśmiech. — I proszę sobie wyobrazić, że ci radykalno-konserwatywni fachowcy od, proszę pana, pieprzenia, których znamy z radia, telewizji i gazet, też przychodzą popatrzeć, a niektórzy potem nawet idą na zakupy. Mówię, mogą nie jadać mięcha, ale na parkingowe krycie zaglądają zawsze.
  — Na parkingu... — powtarzam niepewnie, jak echo, przypominając sobie poranne zdarzenie na trawniku. — Nieprawdopodobne! Myślałem, że... krowy uwiązane koło waszego parkingu to co najwyżej reklama.
  — Przede wszystkim! Reklama, a jakże, reklama że hej! A jeszcze, to taka jedna krowa okryta pledem miała na dniach reklamować cielęcinę, ale, skubana, nam padła. Tydzień temu. A ostrzegaliśmy, żeby nie karmić. Weterynarz mówił, że będzie pięknie reklamowała i nawet obliczył kiedy. Ludzie obiecywali przychodzić całymi rodzinami... ech, szkoda gadać, tak nam było żal. A co do krycia, to niech pan mi powie: jadłby pan mięcho, na którego opakowaniu jest napisane in viadro?
  — No co też pan, fuj! — łapię się na własnej żywiołowej reakcji na takie obrzydliwe, zaiste antynaturalistyczne skojarzenia.
  — A widzi pan. No więc u nas jesteśmy po prostu jawni — mówi ekspedient kładąc akcent na słowa „po prostu”. — Można zobaczyć i to, i owo, a nawet jeszcze więcej. Na przykład, że każda tusza jest badana przez lekarza.
  — A tak, widziałem, na własne oczy przez szybę. — i z tym stwierdzeniem na ustach odchodzę, po raz kolejny dogłębnie przekonany. Logika to jedno. Pomysł — drugie. Ale zasada jawności to jak gdyby jądro, istota handlu. Przynajmniej u Gnáta.
  — Szybę daliśmy ze względu na dzieciarnię, bo Sędzia czasem klnie! — słyszę ostatnie słowa pośród co chwilę wybuchającej wrzawy pisków i oklasków.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 08 Marca 2010, 08:06:06
15:45

  Dział „Wędlina i Czikeny”, z niewiadomych przyczyn oddzielony od mięsnego, to kraina kiełbas i wszystkiego co się z nimi kojarzy. Po horyzont niemal leżą tu i połyskują w różowawym świetle lamp wyroby należące do tej kategorii — wszystkie wykonane według europejskich norm, w foliowych osłonkach bądź też w znanych nam już i coraz powszechniejszych plastikowych etui, które się otwiera odkręcając w połowie.
  Nie brak na tym stoisku akcentów humorystycznych. Oto zasłyszałem taką rozmowę z przydrożnym ekspedientem:
  — Czy będzie może ta kiełbasa, ale w kiszce?
  — Tak, za kilka godzin.
  — Czyli dziś? To przyjdę — raduje się klient-staruszek.
  — Jak zje pan dziś, to dziś. W kilka godzin od zjedzenia, mówię.
  Jest to jednak humor przez łzy: że znalazł się jeszcze taki „przedsoborowy”, by nie rzec „starozakonny” klient, któremu marzą się nieeuropejskie, chałupniczo robione kiełbasy! Że też trzeba jeszcze komuś tłumaczyć, że kiszkowana podróba kiełbasy to odrażająca praktyka, że straszono takim czymś małe dzieci gdy były nieznośne, a u dorosłych wywoływano wymioty na samo wspomnienie nadziewanego jelita... Uuuhh! Średniowiecze!
  Ostatni mówca widząc wyraz uznania i akceptacji na mojej twarzy daje się z łatwością wciągnąć w dłuższą rozmowę.
  — Jak pan z pewnością zauważył, żywność jest firmowa, gnátowska. Większość wytwarzamy, pakujemy i oferujemy sami, inne rzeczy przepakowujemy. Naszej uczciwości dopełniają nalepki i etykiety, które wytwarzamy perfekcyjnie i w wielkim wyborze. Niestety, i tu muszę sobie pozwolić na krytykę, jesteśmy zmuszeni po prometejsku walczyć z uporem niektórych ludzi, którzy nie kupują naszych kurczaków.
  — Czy nie chodzi tu o przyzwyczajenia? — pytam. — Ostatecznie w Europie je się mniej tych ptaków niż na kontynencie amerykańskim, to samo można zresztą stwierdzić o indykach. U nas króluje wieprzowina.
  — Nie zrzucałbym winy na Stary Zakon. Opór materii, jeśli tak można się wyrazić o klientach, wynika w tym przypadku z uprzedzeń natury estetycznej. Bo jestem w stanie zrozumieć, że można nie chcieć jeść kurczaka z chłodni. I to jest fakt. Potrafimy tygodniami czekać na zainteresowanie, wraz z naszymi kurczakami mimo wielu zabiegów marketingowych. I nic. Jak jednak wytłumaczyć, że te same kurczaki, kiedy poleżą u nas (no, są często obracane bo klienci lubią w nich grzebać, o ile tylko nie nazbyt zamrozimy, pan uważa?), no więc, że te same kurczaki idą jak woda skoro tylko je usmażymy?
  — Zastanawiające.
  — A jeszcze, przeprowadziliśmy program badawczo-wdrożeniowy, który wykazał, że dodatek kurczaka do parówki cielęcej nie wpływa na popyt na parówkę cielęcą, za to ogranicza straty własne w kurczakach, czego w ogóle nie byliśmy świadomi. Próbowaliśmy z różnymi częściami tuszy kurczęcej i proszę sobie wyobrazić, jakie były wyniki. Okazuje się, że najłatwiej jest zemleć nie tuszę, lecz resztę. Ta reszta z kurczęcia jest ponadto większa wagowo, więc automatycznie bardziej wydajna. I nadaje całości zdrowszy, żywy kolor. A pan, gdyby miał wybrać, to woli pan większe parówki, czy mniejsze?
  — Jasne, że większe.
  — A, proszę wybaczyć, pańska małżonka?
  — Też jest freudystką.
  — Dzięki temu programowi nasze parówki są duże, twardsze i bardziej konkurencyjne. I powiem panu coś jeszcze. Rozumiem, że gdyby na przykład brakowało kurczaka w parówkach z kurczaka, byłoby się o co kłócić. Ale jak może brakować kurczaka w parówce cielęcej? Norma branżowa też o tym nie wspomina. Mogę pana zapewnić, że nasze parówki cielęce w zgodzie z wyżej wymienionym „beenem” zawierają sto procent cielęciny plus dodatkowo, extra-gratis pewną ilość kurczaka — dajmy na to, drugie tyle. Stać nas na to... — tu sprzedawca nie potrafi wprost ukryć dumy.
  — Widzę więc, że łatwo demaskujecie grymaszących klientów.
  — Oczywiście! Nasze parówki są konsumowane przez wyżej wymienionych bez mrugnięcia okiem. Ich zachowanie nie jest więc racjonalne ani logiczne. Wie pan, takie odkrycia satysfakcjonują bardziej niż łapanie złodziei.
A po chwili dodaje:
  — Nie jest to pewnie szczyt marzeń; podobno ci od fast-foodów aromatyzują mięso w zalewie, a wytwórnię mają gdzieś pod Fromborkiem. Podobno, choć ja w to nie wierzę, mięso im rośnie z zyskiem wagi 223 procent. Moim zdaniem aż tak to nie puchnie nawet martwa ryba w wannie. Tak czy siak, mają to opatentowane, więc polegam tu tylko na plotkach. Ale — dodaje z godnością sprzedawca — my też mamy swój patent.
  — Zamieniam się w słuch — odpowiadam, po czym zamieniam się w słuch.
  — Zapewne zastanawia się pan po co nam opłaca się trzymać tak olbrzymie stajnie.
  — Domyślam się, że ma to znaczenie marketingowe. Podkreślacie świeżość mięsa i przyciągacie dzieci, bo dziś na wsi nie ma już koni.
  — Żywe koniki pracują dla nas jeszcze w inny sposób. To nie tylko wystawa, nie tylko działanie rynkowe. Otóż uruchomiliśmy ostatnio własną pieczarkarnię. Mieszamy pieczarkę z czernidłakiem kołpakowatym, który też dobrze rośnie na tym samym co pieczarka podłożu hodowlanym, ale daje szybszy i intensywniejszy porost, pan rozumie, i to bez zaciemniania. Nasza Eksperymentalna Czernidłakarnia Trawnikowa ECT 01 jest prawdopodobnie pionierska w całej Europie. Jeśli przychodzi pan z dziećmi i chce im pan zafundować prawdziwą atrakcję, to niech nakarmią konie kupionym od nas cukrem. Dostaje pan kwit i automatycznie ma pan wtedy zniżkę w naszej pizzerii.
  Nieźle to wymyślili.
  To właśnie tu, na dziale spożywczym przekonałem się dogłębnie i ostatecznie, że promocje i sprzedaż wiązaną należy i da się robić z głową. Obok stosów konserw widzę otwieracze do puszek, oczywiście te najdroższe. Obok mrożonych ryb — łopatkę do smażenia, prawdopodobnie tę najgorszą, która przegrywa z kretesem w konfrontacji ze wszystkimi wyrobami na stoisku poświęconym tylko łopatkom do smażenia. Obok cytryn wyciskacz do soku, naturalnie elektryczny. Do takich zabiegów zdążyliśmy się już przyzwyczaić do znudzenia, a o ich skuteczności świadczy fakt, że stosowane są przez handlowców do znudzenia. Ale Gnát nie na darmo dzierży pochodnię postępu. Oto co na ten temat mówią pracownicy warzywniaka:
  — Otóż przypadkowe łączenie produktów w promocjach doprowadza czasami do nieporozumień, a nawet bywa nietaktem. Raz połączyliśmy szufelkę do zamiatania śmieci z płynem do mycia wanny. Błąd. To było niedwuznaczne sugerowanie, że klient mieszka w brudzie. Inną jawną insynuacją jest, ehem... było, sprzedawanie zniczy nagrobkowych aż po dwanaście sztuk. To jest najzwyczajniej niesmaczne. Dlatego u nas promocje są dokładnie przemyślane przez naszych fachowców od reklamy.
  To mówiąc ekspedient pokazuje mi z dumą groch, fasolę i soczewicę. Do każdego kilograma można mieć praktycznie za bezcen poradnik „Zagadnienie stręczycielstwa w prawie karnym Unii”.
  — Tak sprzedaje się rośliny strączkowe! — oznajmia.
  — Czyż owa promocja „szufelka plus płyn” nie była przypadkiem podyktowana dobrem klienta? Przecież można było zawsze interpretować takie połączenie jako „Pomysł Gnáta na generalne sprzątanie”.
  — Próbowano. Ale klienci byli tak urażeni, że następnego dnia z jakiegoś błahego powodu wywołali awanturę o określenie „szmata”, również na tamtym dziale z chemią. Większość pań krzyczała w uniesieniu, że nawet tego do ręki nie weźmie. W końcu musieliśmy zrobić promocję.
  — Domyśliłem się.
  — Ano, połowę szmat sprzedaliśmy z książką Gejsza — moje hobby. Druga połowa zeszła na dziale odzieżowym. Z innej półki przykład: był pan u nas wiosną, latem?
  Potakuję.
  — Widział pan koniki wokół Gnáta?
  Któż nie widział wielkiej zagrody koni obleganej przez dzieci.
  — Wiem: Gnát — rodzice — dzieci — cukier — konie — czernidłaki — pizza — recytuję spodziewając się ubiec wywód mojego rozmówcy.
  — A co jeszcze widuje się na statystycznej pizzy? — na to pyta ekspedient z wyraźną satysfakcją w głosie, po czym patrząc na mnie z wyższością sam sobie odpowiada: — Ser na naszych pizzach jest serem końskim, konkretnie kobylim. Logiczne?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 08 Marca 2010, 09:58:00
Dostaję już promocyjnego zawrotu głowy, co za sklep. Teraz się nie dziwię, że już niedługo zostanie wprowadzony trzeci dzień wolny od pracy, trudno to przecież obejść w dwa dni weekendu. Ale przy takiej wielkości sklepu jakie muszą byc parkingi? I promocje na parkingach - im dalej od sklepu staniesz, tym taniej kupisz w sklepie.
Dział mięsny, no no, aż się noże rzeźnicze (elektrody rzeźnicze) same składają do oklasków. Możnaby organizować zawody wśród rzeźników. Mała corrida dla dzieci - z udziałem królików, też miałaby swoje wzięcie.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 08 Marca 2010, 10:04:47
Ja czekam na dział muzyczny i sportowy. A może i jakiś sex-dział tam jest? W końcu to duży sklep ;D
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 08 Marca 2010, 10:12:09
ja nie chodzę do sklepów
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 08 Marca 2010, 10:48:09
ja nie chodzę do sklepów
Jak każdy prawdziwy chrześcijanin, Stefek praktukuje prawo Mahometa. On nie przychodzi do sklepu, sklep przychodzi do niego. Podobnie zresztą ma z nartami i wakacjami.

A może i jakiś sex-dział tam jest? W końcu to duży sklep ;D
Sex-dział wodny? ;)
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 09 Marca 2010, 10:28:44
16:11

  „Książki na wagę.” To już coś. Te dla dzieci należą do serii „Biblioteczka króla Ćwieczka”. Dowiaduję się tu, że encyklopedia na kredowym papierze wyraźnie nie schodzi. Trudno się dziwić, perfidia producenta kazała mu stosować także twardą oprawę. Na regale „Literatura Faktu” spostrzegam Żywoty Świętych (bestseller o iluś wydaniach) i powieści szpiegowskie w stylu Spowiedź przedostatniego prezydenta; Zdradzili czy sprzedali?; Wybór sentencji nacjonalistów świata; Prawdziwe rozwinięcia skrótów niektórych formacji politycznych; Parszywa Dwunastka (ta książka ma na niebieskiej okładce krąg z dwunastu złotych gwiazdek). Na dziale przyrodniczym: Cała mądrość o zwierzętach trujących; Sprawianie (sobie) kota — poradnik gospodyni i wiele, wiele innych. A w jednej książce to są same brzydkie wyrazy i ich akronimy, ze skorowidzem i, no nie! portret autora.
  Mijam z kolei pobliski „Dział Prac Magisterskich i Licencjackich” — jest on dosłownie zatłoczony młodymi ludźmi płci obojga niczym autobus. Miły ekspedient wyjaśnia mi, że w ofercie jest obecnie ponad 800 tytułów, spośród których pozycje mocniej zużyte oferowane są oczywiście taniej.
  — Można by rzec, że jest u nas stała promocja prac magisterskich — stwierdza.
  Aż wreszcie osiągam cel mojej wyprawy: „Komputery na wagę.” Z pewną nieśmiałością decyduję się przystanąć w tym dziale. O to mi chodziło — trafiłem.
  Wiem, że zostałem zauważony, ekspedient zmierza do mnie w podskokach.
  — Proszę pana, szybkie komputery kupuje się szybko — sprzedawca przechodzi do rzeczy bez żadnych ogródek. Bierze pan? Nagrywarka — 23 deka — prawie jak kostka masła. Dowolny procek to są dosłownie gramy! Mysz, optyczna, w zasadzie myśli za pana. Obudowa to kpina. Kupuje pan dla siebie? Listwę zasilającą możemy dać z podsłuchem...
  — Poprzestanę na samej myszy — ucinam. — Właśnie to chciałem kupić.
  Sprzedawca przerywa w pół zdania, w pół słowa nawet, i patrzy na mnie jak oniemiały. Nie dowierza.
  — Chcę mysz optyczną, sztuk jeden.
  — Bez komputera? — pyta powoli.
  — Bez. Jestem tego pewny.
  — W takim razie poproszę pański bilet.
  Mam bilet, nawet nie pamiętam kiedy go kupowałem, tyle emocji było przy wejściu.
  — Mysz tę biorę w całości — pozwalam sobie na ironię, — z kością, kulką i ogonem. Proszę.
  Zaczynam kojarzyć, że sprzedaż artykułów elektronicznych działających na podczerwień lub na radio jest po ostatnich międzynarodowych regulacjach objęta ścisłymi restrykcjami natury ilościowej i jakościowej.
  — I dokumenty.
  Daję. Zaraz zacznie mi opowiadać, że zbyt wiele było w ostatnich czasach wynalazków pirotechnicznych różnorakich idiotów, zbyt wiele osób zginęło i zbyt wiele dzieci straciło palce lub ręce wskutek zadziałania różnych ładunków wybuchowych sterowanych bądź wyzwalanych podczerwienią lub radiem. I że to „wynalazek” zaiste nieskomplikowany, tak na poziomie pilota od telewizora, który jak wiadomo w zasadzie sam nie myśli, a jednak jest wystarczająco sprytny. Cholera. Nie dać się wkopać! Chwileczkę...
  — Chwileczkę — mówię. — Co pan miał na myśli mówiąc, że mysz myśli za mnie?
  Ekspedient niemal upuszcza pudełko z rąk.
  — Mysz myśli? — powtarzam. — Pan sugeruje, że mam złe zamiary?
  Pewnie gdybym wziął cały komputer nie byłoby tej rozmowy.
  — By... bynajmniej — plącze się ekspedient.
  — Ale to pan zasugerował, nie ja, że mysz optyczna myśli, a więc jest zdolna do różnych tam rzeczy; niewiele trzeba pracy nad nią, aby... i tak dalej... Prawda?
  — Błagam — na to tamten. — Co pan mi imputuje?!....
  Nastaje cisza, podczas której triumfuję. Jak łatwo można wykryć maniaka w Gnácie na komputerowym! To tylko poszlaki i człowieka o czystym sumieniu nie powinny były zbijać tak łatwo z tropu. Ale z drugiej strony trzeba mieć łeb na karku, by ciebie samego nie zjedli w kaszy na byle stoisku.
  — I co? — mówię w końcu.
  — Może moglibyśmy jakoś...
  — Tyle że pan zna moje dane — znacząco patrzę na mój dowód, nadal w obcych, choć rozdygotanych rękach. — A ja znam co najwyżej pański numer służbowy, ZX 50, zresztą i tak pewnie zaraz zapomnę, bo nie mam nawet długopisu.
  — Jak powiem, że do myszy optycznej potrzebna jest dziura optyczna, to za kogo pan mnie gotów uznać?! — ekspedient chwyta się ostatnich argumentów.
  — Gadu gadu! Chwileczkę, to pan mi sugeruje, że moja mysz ma myśleć — niszczę kolesia jego własną bronią. — Więc kto zaczął całą tę idiotyczną dyskusję? — pytam dobitnie zbliżając się do kresu zamierzonego dialogu, ułożonego naprędce, ale i tak udaje mi się prowadzić go idealnie według planu.
  — No dobra — mówi ekspedient i wypuszcza głośno powietrze, tak jakby uchodziły zeń ostatnie argumenty i puszczały ostatnie szańce. Wreszcie stwierdza: — Dziura do myszy jest gratis.
  — To wiem i bez rozmowy z panem — odpowiadam (chodzi mu o odbiornik podczerwieni). — To tak jakbym dostał drugi but z pary za darmo. Też coś! Papiery dałem panu dobrowolnie, bo takie jest podobno prawo. Nie komentując. Ale wiem co jeszcze jesteście w stanie robić, aby się podlizać tym na górze i pewnej stolicy na B. Wie pan, co sobie życzę, aby pan mi obiecał?
  — Domyślam się, nie ma sprawy. Pewnie i tak ma pan dyktafon w zegarku lub w okularach (Bukareszt? Belgrad?)…
  Nie odpowiadam na to — choć mnie aż kusi, lecz panuję nad sobą. Naumyślnie dotykam dłonią zegarka. Mówię więc tylko:
  — Serdecznie dziękuję, był pan szalenie miły.
  — Życzę zadowolenia z myś... myszy — na to tamten.
  Zabieram pudełko, a napięcie powoli odpada. Widzę jak ekspedient biegnie szybko gdzieś za regał.
   Mogę podejrzewać tylko, co byłoby gdyby nie blef i moja zdecydowana postawa. Byłbym śledzony jako nabywca i posiadacz sprzętu podlegającego kontroli ze względów bezpieczeństwa. Nie muszą tego robić w Gnácie. Na razie. Ale pewnie robią, a ten żółtodzioby handlarz tak się dał łatwo wyprowadzić w pole. I pewnie naprawdę to jedno miał na sumieniu ów niezbyt krystaliczny ekspedient, reszta to głupie domysły dla samej draki. Dziennikarskiej draki, Czytelniku.
  Mam nadzieję, że się nie doczepią. A ja naprawdę potrzebowałem tanio kupić tę mysz.
  Instynkt dziennikarski czasami nie daje człowiekowi ani spać w nocy, ani czuwać w dzień. Odchodzę rozmyślając, czy i kiedy ktoś będzie chłodził nitroglicerynę w domowej lodówce. Postanawiam sobie, że nigdy nie kupię tu lodówki. Tak na wszelki wypadek. Bezpieczniej obrócić to zajście na informatycznym w durny żart.
  Posuwam się dalej w handlowej dżungli i uświadamiam sobie, że po tej drace mało co będzie w stanie przyciągnąć moją uwagę. Jednak muszę przyznać, że mimo pogorszonego nastroju zgrzeszyłem tu pewnością siebie. Oto Dział Zabytków oferuje drzwi gnieźnieńskie. To intrygujące, trudno się nie skusić i nie przystanąć, choć nie ma tu prawie ani jednego kupującego. Dziwne.
  — Powinny być w zasadzie na dziale budowlanym z racji swych przeciwwłamaniowych właściwości — wyjaśnia mi rzeczowo lokalny pracownik. — Tymczasem sporo witraży ostatnio zeszło z okazji świąt.
  — Oryginały? — pytam.
  — Ich pochodzenia nie znamy, przywozi nam je skądś jeden gość hurtem... A, drzwi?! Drzwi? No, robione pod oryginał, to na pewno; przecież są tylko jedne w kraju! Zresztą ja się na tych wszystkich zabytkach nie znam, ja mam zakatalogowane jako na przykład świecznik albo zastawa — mówi pokazując regał z lichtarzami i kielichami. — Albo „sztuka” — wskazuje gdzie indziej i za jego wyciągniętą ręką dostrzegam dalej jeszcze rzeźby, obrazy nobliwych starców — Proszę sobie wybierać.
  Nie mam ochoty. Pomału decyduję się, że trzeba obrać drogę do kas. Oczywiście nie zapominam, że nie jest to droga prosta jak linijka ani nawet krzywa jak calówka. Ale jest to droga jedyna. Idę więc, potocznie mówiąc, „do de”.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 09 Marca 2010, 12:56:46
"Żywoty świętych" to pewnie seria spod znaku słynnego niegdyś, a obecnie reaktywowanego "Tygrysa"?
Jeżeli w myszy optycznej można schowac bombę, to co dopiero w takiej lodówce, albo pralce. Choć pralki plazmowe, cienkie i zawieszane na ścianie to byłby dopiero wynalazek.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 09 Marca 2010, 15:45:14
No owszem, owszem, z myszą to była akcja - aż mi tętno skoczyło!
Zastanawiam się, czy to nie jest aby scenariusz do serialu "24 godziny"?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 09 Marca 2010, 16:15:54
No owszem, owszem, z myszą to była akcja - aż mi tętno skoczyło!
Zastanawiam się, czy to nie jest aby scenariusz do serialu "24 godziny"?
Bądź relacji live z autopsji zwłok w prosektorium zatytułownej "Na zimno".
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 10 Marca 2010, 08:21:39
17:07

  Gdzie wolny handel, tak reklamowany i kultywowany w Gnácie? Jak już wspomniałem, Gnát w istocie nie jest zagrożeniem dla wolnego handlu i popiera wszelkie wolności, w tym handlowe, we własnej hali. Wolny handel, Czytelniku, to część z luźno stojącymi regałami, pomiędzy którymi dozwolone jest jeździć we wszystkich kierunkach do woli. Słowem — wolność obywatelska.
  Nieuniknienie opuszczam jednak strefę wolnego handlu. Sceneria zmienia się, a wraz z nią obowiązujące zasady. W ślad za jednym i drugim atmosfera staje się też mniej podniosła i wszędobylska euforia ustępuje miejsca urzędowemu skoncentrowaniu. Przed nami zaczyna się bowiem DZO, czyli Dział Zakupów Obowiązkowych. Klienci mogą tu zrewanżować się Gnátowi za całe wyrządzone im dotąd dobro.
  Ruch jest tu jednokierunkowy i rygorystycznie przestrzegają tego zmilitaryzowane oddziały subiektów w czapkach z białym denkiem. Pospolicie nazywa się ich „drogówką”, ale to określenie jest krzywdzące, mają bowiem w porównaniu z drogówka większe uprawnienia. Kompetencje te dotyczą nie tylko wypisywania mandatów za zbyt szybkie prowadzenie wózka. Ale faktycznie, owo „drogowe” przewinienie zdarza się tu najczęściej, a ludzie Gnátowi nieżyczliwi rozpowszechniają bezczelnie plotkę, jakoby białe czapki tych panów miały podwójne dno.
  Alejki w tej części sklepu są oznakowane jak ulice w mieście. Prócz świateł i znaków pionowych, na jezdniach widnieje oznakowanie poziome. Dla zwiększenia efektywności wizyt klientów oraz zapobieżenia piractwu drogowemu tu i ówdzie ciągną się poprzeczne, zółto-czarno malowane wyboje. To dla osób, którym się wydaje, że skończyły zakupy.
  Ale-ale, z drugiej strony nie wolno nam zapomnieć, że to właśnie tu zgromadzono większą część autentycznych atrakcji, których próżno by szukać gdzie indziej. No bo o ile można zrozumieć, że nie ma świąt bez choinki, Świętego Mikołaja z czekolady, cukrowego renifera i plastikowego wieńca na drzwi, który sam gra kolędę „O Tannenbaum” — wobec czego można spokojnie te towary wyeksponować właśnie w takim dziale — to jednak przyznać muszę, że oferta i tak robi duże wrażenie.
  Czego tu nie ma! Części do maszyn drogowych — zauważmy, że po cenach tak śmiesznych, że trudno je sobie nawet wyobrazić. Urny, katafalki. Żywność dla wielbłądów i lam. Asfalt błyskawiczny. Działki budowlane składane, dmuchane i jako puzzle. Peryskopy. Młynki mechaniczne do kawy. Kopie dzieł sztuki z napisem kopia lub oryginał do wyboru. Klarnety i fagoty. Naboje ćwiczebne do piór. Zestawy dla dzieci „Sam złap psa. Mały hycel”. Akcesoria skórzane dla aktywnych. Szczotki ustępowe w kompletach po 8 sztuk...
  I naprawdę jest tu tanio.
  Oferta jest wyszukana, zwłaszcza teraz, przed świętami — sam przyznasz, Czytelniku — nie mówiąc o tym, że w pewnych dziedzinach życia nie zapanowałby postęp technologiczny, gdyby nie podtrzymywanie popytu na coraz to nowe rozwiązania. W innych dziedzinach nie byłoby zapewne mogło być mowy o handlu, gdyby nie podtrzymywanie podaży przez rozwydrzonych klientów. Nad głowami kołysze się napis: Fajny prezent.
  Dla świętego spokoju wybrałem Świętego Mikołaja. I tak go nie będę jadł. Po chwili namysłu dokładam cukrowego renifera. W duchu cieszę się, że z okazji świąt rzucono tu tyle tandety związanej tematycznie z porą roku. Bywa przecież gorzej.
  DZU — kolejny sektor, czyli Dział Zakupów Ustawowych odznacza się jeszcze bardziej skupioną atmosferą. Są to jak wiemy zakupy gwarantowane ustawą, określającą szczegółowo, które towary muszą znaleźć się w każdym hipermarkecie. Ustawa gwarantuje klientowi ofertę, a więc, logicznie rozumując, gwarantuje sprzedawcy zbyt. Toteż gwoli sprawiedliwości i czując oparcie w przepisach prawa, ekspedienci sami wkładają do koszyka towary klientom. Przede wszystkim sprawa dotyczy chleba oraz zwyczajowego przepisu, że pieczywo dotknięte uważa się za sprzedane. Napis taki widnieje zresztą na belce stropowej. Jak mnie poinformowano, pieczywo pochodzi z nadwyżek pasz. Na pewno jest więc jadalne. Ale można też dostać świeżutkie, fantastycznie pachnące kurczaki smażone tu na miejscu, w Gnácie. Pycha!
  Klienci nie pertraktują ani nie oburzają się, jak by to się mogło w pierwszym odruchu wydawać. Powód? To właśnie tutaj można znaleźć większość oferty handlowej objętej bonami towarowymi. A bon towarowy to jak wiadomo gwarantowany zakup i brak stresów, przykrości i upokorzeń przy płaceniu w kasie.
  Powód drugi? Na dziale aż kolorowo jest od wywieszek „Promocja”, „Okazja” i „Najtańszy produkt”, które swymi jaskrawymi barwami wprawiają w ekscytację nawet niepiśmiennych.
  Powód trzeci? Prawdopodobnie poprzez zbieżność okoliczności DZU również znaczy „Dziennik Ustaw”. Skojarzenie z gatunku tych, do których należy też US — Urząd Skarbowy.
  Powód czwarty? Gadający Święty Mikołaj.
Nim zdołałem z nim w ogóle porozmawiać, musiałem się zdrowo naczekać, gdyż pracownik ten, z czerwonym nosem, służbową brodą i w tradycyjnym stroju po prostu gada i gada do bezprzewodowego mikrofonu. Nie sposób powtórzyć jego wyuczonych stwierdzeń i sloganów, wypowiada je z prędkością karabinu maszynowego.
  — Czy możemy porozmawiać poza anteną?
  — Kogo pan reprezentuje? — Mikołaj wyłącza na chwilę mikrofon. Jest wielki jak ochroniarz i aby przypominać klientom, że na dworze mróz, czuć od niego alkohol.
  — Na czym polega promocja minutowa, którą pan reklamuje? — próbuję przejąć inicjatywę w dyskusji.
  — Na oferowaniu rzeczy tylko poprzez minutę jako niepowtarzalnej okazji.
  — Ale mimo to mówi pan o tym cały dzień?
  — Promocje minutowe są co godzinę — Mikołaj pociąga czerwonym nosem. — Pan się pyta niemądrze!
  Po tym wyjaśnia mi to, co już zaobserwowałem: jak to wywożą pewne partie towaru na halę sprzedażną z magazynu na okres jednej minuty i jak klienci rzucają się na nie wówczas powodowani wysokimi uczuciami, na przykład: niepohamowaną żądzą posiadania, niepohamowaną żądzą imponowania innym, niepohamowaną żądzą pokazania siły, niepohamowaną żądzą postawienia na swoim, niepohamowaną żądzą udowadniania, że nie jest się gorszym, niepohamowaną żądzą dania ujścia frustracji.
  — To piękny i wzruszający widok — dodaje. — Udaje nam się wówczas rozrywać więzi krewniacze wśród naszych klientów, jeśli mamy do czynienia z klientami tworzącymi pary lub te, jak im tam, rodziny. W przeciwnych przypadkach nie byliby zdolni do podejmowania śmielszych decyzji rynkowych — Mikołaj posługuje się tu językiem wielkiej ekonomii. — A tak, odkrywamy w nich faktyczne popędy i wywlekamy je z głęboko drzemiących pokładów. Wyzwalająca się adrenalina skłania ich do śmiałych i zdecydowanych działań na rynku. Dla nas to dowód, jak bardzo zabiegają o nasze towary. Zwłaszcza klientki. Kobiety chętnie korzystają pod koniec zakupów z usług naszych salonów fryzjerskich, manicure, punktu medycznego, a nawet muszą czasem kupować nową część garderoby lub but. Cieszymy się mogąc je przez to zapoznać z wszystkimi tymi działami naszej oferty handlowej. Naszą ideą jest dotrzeć do id klienta. Zresztą... chyba za dużo panu mówię.
  — Nie, nie, to nader ciekawe. A co sprzedajecie tym sposobem?
  — Wszystko co nie idzie normalnie. Na przykład odzież XXXXL nigdy nie jest kupowana z wieszaka. Podobnie buty większe niż 49. Potencjalni reflektanci na taki towar za długo mędrkują przy oglądaniu i przymierzaniu, grymaszą, nawet stroją miny — i w końcu odchodzą. Rezygnują!
  — Takie zachowanie uważacie za nielogiczne?
  — Ba! A widział pan klienta, któryby podobnie zachował się w restauracji? Przecież za takie wybrzydzanie wyrzuciłby go każdy kelner! Na zbity talerz!
  — Tu ma pan rację. To po prostu nie przystoi. Byłby to przejaw co najmniej braku kultury klienta.
— Delikatnie pan to ujął — chwali mnie gruby Mikołaj. — Kultura zakupów, kolego, jest dla Gnáta najważniejsza! — stwierdza na zakończenie, zadowolony z siebie i widzę z jego ruchów i oblicza, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę.
  Myliłem się. Nie uszedłszy kroku uczułem czyjąś wielką dłoń na ramieniu.
  — Może pan zechce zaproponować teraz jakieś miłe hasło reklamujące nasz sklep? — mówi ni stąd ni zowąd do mikrofonu Mikołaj, po czym celuje nim niczym lufą prosto w moją twarz. Moje zaskoczenie zwolna ustępuje rzeczowej bieganinie myśli, aby być oryginalnym i zadowolić mojego gospodarza.
  — Market Gnát – Wielki Brat! — mówię.
  — Brawo! — na to Mikołaj.
W sklepie rozlegają się nieśmiałe brawa, głuszone jednak kolędowym podkładem z głośników.
  Mikołaj tymczasem żegna się ze mną w uściskach i odchodzi, a ja dostrzegam wówczas na jego pasku kabury na mikrofony, zaś na jego barkach dwie przewieszone taśmy na baterie do nich.
  Tak jak do kas wiedzie jedna droga, istna Odyseja, tak i trzecia część tryptyku dopełnia handlowej trylogii naszego stulecia spod trzech „D”. Jest nią DRU — Dział Rzeczy Używanych, pochodzących z dzierżaw, zwrotów i reklamacji, a także darów i wolnych datków, na które gdzieś indziej nie znaleźli się chętni. Jest tu wszystko. Piętrzą się stosy kolorowych szczoteczek do zębów i grzebieni, brzęczą nieustannie przekopywane góry emaliowanych misek, można też znaleźć pościele, prześcieradła, bieliznę, a nawet kurtki i buty; te ostatnie również w olbrzymich górach otoczonych niskimi metalowymi barierkami. Przypomina mi się wycieczka w podstawówce do jakiegoś koszmarnego muzeum, tyle że nie pamiętam jakiego.
  Jest to prawdopodobnie ta część hali Gnáta, która jest odpowiedzialna za wytworzenie zorganizowanego, ukierunkowanego ruchu mas ludzkich. Posłużono się wszakże bardzo prostą zasadą, która każe umiejętnie lokować największe atrakcje, gdyż to właśnie one jak nic innego w świecie przyciągają potencjalnych nabywców, o ile tworzą oni stada. O ile tylko rozumuję tu logicznie, rzecz jasna.
  Podsumowuję: kupię mysz, Mikołaja i renifera. Malutko, ale mysz jest droga, mam już sposób, aby popatrzono na moją obecność w Gnácie przychylnie.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 10 Marca 2010, 09:24:10
Czytam o tej fantastycznej organizacji wolnego handlu i pomyślałem sobie, że powinien się jeszcze tam znaleźć Dział Rzeczy Zagubionych, bądź DUPA - Dział Umyślnie Pozostawionych Atrakcji. Jest bowiem oczywiste, że część klientów będzie się starała, mając na uwadze niepowtarzalność atmosfery sklepowej "zgubić" poszczególne produkty. "Zgubienie" może mieć rzeczywiste, ale także celowe lub przypadkowe - na przykład, gdy klient odkłada z powrotem na półkę oglądany towar. Musi się więc znaleźć dział w którym zagubione towary będą sprzedawane. Logika marketingu przemawia za tym, aby znalazł się on na terenie Działu Zakupów Obowiązkowych.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 11 Marca 2010, 08:54:48
18:10

  Nim zdołam się na dobre ustawić w kolejce wózków prowadzącej do kas, widzę jeszcze bardzo osobliwego ekspedienta. Chyba jakaś nowość: przyklejono mu do dłoni słoiki, a na szyi zawieszono tabliczkę z reklamą kleju. Stoi taki przy kasach, w jednej łapie kwaszone ogórki, w drugiej śledzie i jeszcze misi recytować hasła reklamowe. Fakt skądinąd, że wielu klientów, zwłaszcza mężczyzn zawraca z wózkami i kieruje się prosto w stronę działu z alkoholami (wiem, wiem, słuszna uwaga, Czytelniku, muszą wykupić specjalną przepustkę na jazdę wózkiem pod prąd, a przepustka taka nazywa się w gnátowiskim żargonie „po prąd”). Czy o to tu chodzi? Nie wytrzymałem, zapytałem.
  — Krzywo ustawiłem — wyjaśnia chłopak. — A najgorzej, — dodaje ciszej i smutniej — że w środku jest żarcie...
  A dział z alkoholami, uhhh, to jest dopiero historia.
  Dział z alkoholami to wielki kombinat z osobną wewnętrzną kasą, otoczony drucianą siatką jak areszt śledczy w Ameryce albo potrzask dla agresywnej zwierzyny. Wchodzi się doń przez szlaban, jak do obszaru o podwyższonej ochronie, ale to uciążliwe wrażenie prędko znika, gdy tylko zaszyjemy się pośród regałów z butelkami i puszkami — taki jest wielki. Centralna część stoiska jest zajęta przez wybieg rodem z pokazów mody. Po lewej i prawej stronie długiego podwyższenia ciągną się wielkie jak biblioteki regały z pobłyskującym towarem, a na wolnej przestrzeni pomiędzy nimi a estradą może swobodnie gromadzić się publiczność.
  Co godzinę odbywa się tam impreza pod tytułem „Dwa w jednym”. Polega ona na połączeniu pokazu mody z promocją napojów alkoholowych. Garsonka plus krótka spódnica w granatowych tonacjach prezentowana jest na przykład przez młodą dziewczynę, która wygląda w niej jak policjantka. Modelka albo świetnie gra, albo istotnie jest mocno wstawiona. Rozentuzjazmowana publiczność (męska) podnosząc co chwilę głos z kilkudziesięciu gardeł dba o to, by nie spadła z podestu — tak dalece chwiejnym krokiem panienka się porusza. W tle rozbrzmiewa muzyka ze starego filmu 07 zgłoś się. Pseudo–policjantka dociera zygzakiem do stolika ustawionego na końcu estrady, gdzie usiłuje sobie nalać kolejkę z butelki oczywiście o pojemności 0,7, przy czym śmieje się rozczulająco z samej siebie. Po chwili czka głośno, czemu towarzyszy dzwonienie szyjki o szklankę.
  Gnát dba o stworzenie nastroju rozprężenia. Zakupy w nieformalnej, domowej atmosferze to cel i id eał współczesnego handlowca.
  — Czystą należy reklamować ze striptizem! — wrzeszczy entuzjastycznie jakiś klient, czym wywołuje lubieżny aplauz. Ale pewnie Gnát nie da się łatwo zaskoczyć na żadnym polu. Skoro wpadł na pomysł znakowania wyrobów spirytusowych wodą, w której zamiast wodoru znajduje się nietrwały tryt... Las rąk, a potem deszcz oklasków, wszystko w deszczu neutronów... Policjantka wychyliwszy zawartość szklanki wywraca się za siebie, jej obcasy chwilowo celują w sufit. Zdarza się to niedoświadczonym szesnastolatkom. Mężczyźni cmokają z wyrozumieniem.
  Dalej widzę dżokejkę, w skórzanych spodniach, dżokejskim kubraku i w czarnym toczku na głowie. Zgrabna dziewczyna, o czarnych, spiętych z tyłu włosach, wkracza energicznie na podest postukując wysokimi skórzanymi butami, i staje pewnie na samym końcu. Wodzi dominującym wzrokiem po tłumie zebranych, przy czym na jej czerwono uszminkowanych ustach maluje się wyraz najgorszej, kobiecej zaciętości. Po czym trzymanym w dłoni palcatem uderza ze świstem we własne udo i woła:
  — Wio, koniaku!
Wybucha euforia, mężczyźni ryczą, a ich zaczerwienione z emocji czoła pokrywa perlisty pot. Raźno garną się i sięgają po butelki z półek, po dwie, po cztery, po tyle ile da się chwycić dwiema dłońmi.
  — A teraz, drodzy państwo, kolej na wódkę żołądkową — zapowiada prowadząca pokaz, a osoba przebrana za salową wnosi na estradę biało emaliowane metalowe wiadro... W rzędach koneserów-fetyszystów znów panuje ruch i przepychanki. I brawa, strumienie braw z par silnych, spoconych dłoni.
  Czuję posadzkę pod dłoniami. Czy ja się słaniam?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 12 Marca 2010, 15:58:33
A może reklamę alkoholi na wybiegu jeszcze urozmaicić? Panie piją z ochotnikami np. żubrówkę, a potem następują dwa pokazy: pierwszy, jak wygląda się po spożyciu danego alkoholu i drugi -jak jak wyglada degustatorka dnia następnego. Oczywiście wymagane byłoby ścisłe przestrzeganie dawek spożywanego alkoholu, aby badania były miarodajne.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 14 Marca 2010, 11:31:34
19:05

  Prawo Murphy’ego działa: moja kolejka posuwa się najwolniej. Ale każdy klient ostatecznie dotrze tam, gdzie musi. Dość zatem marzeń i wspomnień, nadchodzi pomału moja kolej. Czas zebrać myśli i zacząć obserwować otoczenie, by nie dać się zaskoczyć.
  W wojsku kluczem do sukcesu polegającego na przeżyciu w społeczności żołnierzy jest obserwacja i spryt. W Gnácie kluczem do sukcesu polegającego na przeżyciu w społeczności klientów i sprzedawców jest obserwacja, spryt i zwykłe szczęście. Dużo szczęścia. Wiadomo nie od dziś, że statystyczny obywatel nim zaliczy pierwsze w życiu udane zakupy w hipermarkecie ponosi szereg porażek i rozczarowań. Gra ta jest prawdopodobnie celowo uprawiana przez sklep, bo po prostu wciąga. Bo albo się wychodzi z innym towarem, albo ktoś odczuwa potrzebę narobienia draki i chce reklamować towar, albo towaru nie udaje się kupić mimo że jest w sklepie. Obywatele biorą się na sposób, przybywają nawet wzmocnieni obstawą w postaci licznych członków swych rodzin, nierzadko obu teściowych, aby po raz kolejny spróbować. Solennie obiecują sobie, że tym razem nie dadzą się nabrać na tą lub ową zasadzkę, zarzekają się, że zignorują promocję czy podsuwaną niespodziankę. Ten hazard opłaca się. Po kilkunastu próbach człowiek jest tak wprawiony, obeznany ze sklepowymi zwyczajami, że urasta do roli weterana wzbudzającego podziw i szacunek otoczenia, a wręcz może się zdarzyć, że nawet będzie odczuwał autentyczną satysfakcję z zakupów. Doświadczenie jest ważniejsze niż realna, materialna korzyść z wizyt w Gnácie. Podobnie wszak korzyścią z opanowania gry komputerowej jest sama wprawa w graniu w tę grę.
  Widzę jak o kilka osób przede mną przyłapano młodego człowieka, który pod kurtką próbował przemycić jakieś pudełko. Jak się okazało, komplet dziesięciu petard. Wiadomo, nowy rok za pasem, każdy chciałby sobie postrzelać. Pan ten został delikatnie poproszony na bok do wyjaśnienia zajścia. Kilkunastu mocno zbudowanych strażników chce z nim porozmawiać — spoufalają się w tym celu, używając sformułowania „Przyjacielu...”. Już go wloką do specjalnego pokoiku, którego szczelnie zamykające się drzwi gwarantują poszanowanie prywatności klienta.
  Inny nabywca z kolejki, w której stoję, próbuje przechylić się poprzez brzeg wózka, by wyciągnąć towar, z którego zamierza zrezygnować zaskoczony ceną. Klient sięga w próżnię i bezradnie łowi dłońmi w powietrzu, brakuje kilku centymetrów do powierzchni zakupów. Wózek jest po prostu głęboki i nie każdy wyciągnie zeń swój towar. Natomiast każdy towar dostrzeże dalekowzroczny czujnik kasjerki. Klient nachyla się, pręży i stęka, aż naraz rozlega się jego boleściwy wrzask:
  — Uaaaaa! Aaaa!
  I kilka przekleństw o antyfeministycznej treści.
  — Kręgosłup! — wołają ludzie, raczej z rezygnacją niż wyrzutem.
Jednak klient prostuje się jak sprężyna i w panice rozciera sobie wierzch dłoni. Gdy nic to nie daje i dalej jęczy z bólu, ktoś postanawia mu pomóc i odkręca swoją butelkę wody mineralnej. Jej zawartość zostaje wylana na dłoń winnego, co w połączeniu z syczeniem przez zęby pomału przynosi mu ulgę. Kasjerka znacząco patrzy na klienta, potem na swój dalekowzroczny czerwony czujnik laserowy do kodów kreskowych, potem znów na klienta. Kilka osób z kolejki zaczyna w panice brać z regału przy kasie okulary przeciwsłoneczne.
  — Serwis sprzątający proszony do kasy 64 — mówki kasjerka do mikrofonu.
  Tymczasem ni stąd ni zowąd w sklepie robi się bardzo głośno. Ktoś kilkakrotnie pogłośnił emitowaną kolędę, wskutek czego prawie nic poza nią nie słychać. Ja jednak wyławiam jak gdyby klaśnięcia. Raz, dwa... siedem... dziewięć, dziesięć, jedenaście! Trzynaście! Brzmią jak strzały i docierają zza dźwiękoszczelnych drzwi, za którymi był zniknął złodziej petard.
  — Zabawa na całego — kwituje ktoś z otoczenia, gdy muzyka cichnie.
Drzwi nie otwierają się więcej.
  — Wiadomo, nowy rok za pasem, każdy chciałby sobie postrzelać — dodaje ktoś inny, a mi chłód ściska serce.
  Postanawiam na wszelki wypadek sprezentować kasjerce renifera. Przede mną kilka osób nie chciało reszty, podarowało jej część własnych, zapłaconych już zakupów, albo pospiesznie wypisywało jakieś czeki na symboliczne sumy. Jedna osoba nie chciała z powrotem karty płatniczej. W popłochu nie doliczam dokładnie ceny, którą mam zapłacić. Zresztą jest to dla mnie obecnie banalne. Oto bowiem panienka kasjerka rzuciła z dezaprobatą renifera pod swój blat i teraz otwiera pudełko z moją myszą, po czym przeciągle patrzy mi w oczy, z taką odrazą, jakby tam zobaczyła martwą mysz. Postanawiam nic nie mówić. Podaję kartę płatniczą, a pod nią schowany banknot. Kasjerka oddaje mi pudełko z grymasem na twarzy, upewniwszy się, że zawiera ono mysz, a nie na przykład puszkę piwa. Mija chwila i mam z powrotem kartę. Na rachunek przezornie nie patrzę.
  Przechodzę przez bramkę. Nie piknęła. Nie jest to dziwne, nie kupowałem alkoholu. Bramka pika przy alkoholach i wtedy podchodzą dwaj panowie z alkomatem, żeby się przekonać, czy nie nastąpiło spożycie w sklepie. Pokazywanie im samej zakupionej pełnej, zamkniętej butelki kwitują stwierdzeniem: „Frajer!”. Zamiast kazać dmuchać, przykładają przyrząd do brzucha na wysokości żołądka i w skupieniu liczą ilość suchych elektronicznych stuknięć na sekundę.
  Nie chce mi się odchodzić od kasy. Nogi mam jak z waty. Za mną klient został odesłany z powrotem na halę, gdyż kupił za mało. To znaczy nie widziałem tego dokładnie, ale usłyszałem kilka kobiecych przekleństw, następnie głuchy odgłos i czyjś jęk przez zęby. Na podłogę w moją stronę padło kilka kropel wina. Teraz znowu wołają personel sprzątający. Dwa razy do tej samej, 64. kasy w dwadzieścia minut, niezły wynik. Młodzi chłopcy, jeden z wiadrem i zaróżowioną gąbką w dłoni oraz drugi ze szmatą i szczotką oraz butelką jakiegoś płynu muszą porządnie się nabiegać. Nie wiem czemu, przypomina mi się staw i pirat na wyspie.
  Wołają też ekspedienta z jakiegoś tam działu po napiwek, który klient zdecydował się uiścić. Komputerowiec, który mnie obsługiwał pewnie by nie przyszedł po coś takiego. Ale inni? Widzę, że czasem roi się od wzywanych po numerze służbowym ekspedientów. jest tak miło, że wszyscy są zadowoleni. Co prawda czas obsługi się dłuży, ale tak sympatyczna atmosfera powinna być podtrzymywana. Uprzejmość w dzisiejszych czasach, proszę państwa, jest balsamem i wartym kultywowania zabobonem, każdy psychoanalityk zaleca dziś zabawę w uprzejmość.
  Tuż za kasami, już po stronie aryjskiej, na drodze uszczęśliwionych klientów (w tym mojej) i ich wypełnionych wózków kolejna niespodzianka. Oto harcerka lat trzynaście, bardzo skąpo odziana prosi o dobrowolne dary z zakupionych towarów na szczytny cel. Wszyscy żałują dziewczęcia, że tak stoi w przeciągu w młodym wieku i marzną jej nogi, więc solidarnie odkładają to i owo do wózka harcerki, ze słowami „Mój Boże, jak można stać w przeciągu w tak młodym wieku!”. Niektórzy nawet dodają do tego przypowieść o jakimś wilku, chyba obiecują jej, że też go wkrótce dostanie, na co dziecko uśmiecha się grzecznie acz asertywnie.
  — Na jaki cel? — dopytują się wszyscy, bo nigdzie nie jest napisane.
  — Na szczytny — odpowiada dziewczynka.
  — A-a, chyba że tak.
  A to wpada więc twardawy serek, a to zaplącze się najmniejsza mandarynka, a to w końcu nawet i zielonkawo-plamisty bananek ląduje w koszu.
  Cel jest szczytny i polega na wzbudzaniu wyższych uczuć wśród klientów. Gdy tylko wózek nieco się wypełnia, skąpo umundurowane dziecko pcha go z mozołem w kierunku wielkich drzwi z napisem: „Gnát magazyn nigdy nie wchodzić z wózkami pod karą wzbronione”. Po chwili opróżniony już wózek i złotowłose dziewczę ukazują się na powrót w drzwiach, po czym kwesta się powtarza.
  I tak mam szczęście. Po pierwsze udaje mi się zignorować dziecko. Po drugie omija mnie loteria prezentowa. Zacznie ona działać od jutra: wylosowany klient, dajmy na to X, będzie darował prezent ze swoich zakupów innemu wylosowanemu klientowi Y. Klient Y zwany nabywcą nabywa przedmiot i daruje go jako prezent wylosowanemu klientowi Z. Dzięki uprzejmemu pośrednictwu osoby Y, klienci X i Z nie wiedzą o sobie nawzajem. Osoby oznaczone samogłoskami znajdują się na hali sprzedażnej, a spółgłoskami — po aryjskiej stronie. Aryjska strona!...
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 15 Marca 2010, 10:30:24
Do tego opisu należy jeszcze dodać kalendarzyk dla kazdego obywatela z zaznaczonymmi dniami obowiazkowych zakupów w sklepie.
Aż strach pomyśleć, jeżeli jedna strona jest aryjska, to jak nazywa się ta druga?
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 15 Marca 2010, 22:39:47
20:11

  Spacer alejką handlową to stały element naszych zakupów gdy znudzi się już nahalna hala główna. Bogactwo stylowych szyldów, kolorowych witryn i umiejętnie dobrane światło przenosi mnie w czasy schyłku XX wieku. Przyznam, że pasaż w Gnácie urzeka.
  „Szewc tradycyjny” — z daleka słychać rzucane przezeń przekleństwa. Przyjmuje zamówienia i obuwie do reperacji i ze słowami „Będzie naprawione” wypisuje kwity. Gnát popiera rzemiosło, dlatego starał się tak wiernie, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły oddać atmosferę małych sklepików i warsztacików rzemieślniczych.
  — Gnát, k..., popiera rzemiosło — mówi rzeczowo szewc. — Oni, s...yny nie przesadzają z czynszami nawet we własnej hali. Pokaż mi, k..., kolego, market, który wpuszcza do siebie konkurencję w postaci szewca. Ja, tu, jestem najlepszym szewcem w okolicy! Klienci zawsze odchodzą zadowoleni. Każdemu, choćby nie wiem komu, znajdziemy, k..., każdy model buta, nawet na narty. Pokaż mi pan k... fachowca, u którego dostajesz pan identyczną nówkę za cenę samej usługi. Wszyscy szewcy by tak chcieli!
  — Gdzie pan wcześniej pracował i jak szedł interes?
  — Jako szewc tylko w Gnácie. A co to pan tyle chce wiedzieć? Tylko tu idzie interes, no to mnie zatrudnili. Co Gnát to Gnát! Pana to dziwi? Klienci mówią „Buciki są jak nowe!”. Mówię, jeszcze nie było przypadku, żebyśmy nie znaleźli.
  „Rymarz” — w zastępstwie pod tym szyldem rezyduje młody poeta, który wystawia na ladzie kartkę: „Walentynki za pasem! Nie bądź smutasem! Wierszy robienie na zamówienie. Sonet rymowany — średnio w 40 minut mamy. To krócej niż twoje zakupy!” Cóż za szczerość: prosto i na temat. Ale cóż to za reklama bez podtekstów? Nie od każdego można wymagać, żeby dopowiedział sobie erotyczny rym do ostatniego wersu hasła reklamowego. Nic dziwnego, że przed kramem pustki, nie to co u szewca.
  Alejka handlowa oferuje również bardziej wyrafinowane usługi na miejscu: zdun, dekarz, poprawki murarskie, tresura zwierząt ogrodowych, EKG. Można tu również zastawić coś w rozlicznych lombardach i komisach. Krótkoterminowych pożyczek udziela się nawet pod zastaw żywych osób, szczególnie zaś chętnie — niepełnoletnich. Pożyczką pod ów zastaw może być prócz gotówki po części i sam sklepowy wózek, gdyż zbyt często się zdarzają korki z porzuconych niedbale wózków, z których przecież i tak nie da się wyjąć monet, jak wiadomo.
  Mijam kolejne stylowe szyldy i reklamy: „Nagrobki Gnát w godzinę laserem”. „Podrabianie kluczy”. „Skup butelek i metali kolorowych” — przed nim ciągnie się wielka kolejka zdenerwowanych mężczyzn, którzy gawędzą coś o jakichś podkładkach. Dziwne, przecież te kolejowe już się w kraju skończyły.
  „Wycinanie otworów pod wszystko”. „Gięcie wieszaków na odzież pod wymiar”. Toalety dla niepełnosprawnych, kabiny do przewijania niemowląt, cztery pokoje porodowe z wyposażeniem — na wypadek gdyby akurat zdarzył się poród — z tego jeden zajęty. Zakład pogrzebowy z kostnicą, a jakże — Gnát nie pozwala sobie na niedopatrzenia — a tuż obok, rzecz jasna, kwiaciarnia. Dosłownie wszystko. Dodam jeszcze serię bankomatów, rozmieszczonych na przemian z bankowymi automatami do gry w trzy karty i w oko. Są one dziś umiarkowanie oblężone, co jest dziwne wziąwszy pod uwagę wysokość świątecznych wydatków.
  Mijam jeszcze oczywiście wielki bar, bez którego trudno sobie wyobrazić wielogodzinne wizyty w Gnácie. Z daleka przyciąga zgłodniałych gości nie tylko napis „Von Denatld’s Fart Food TM”, ale i rzeczowe reklamy. Oto czytamy: „Czy wiesz, dlaczego nasze kittenburgery są takie kruche i delikatne? Zawdzięczamy to specjalnemu procesowi przyrządzania. Nasze mięso dla nabrania smaku i aromatu dojrzewa przez dwa tygodnie w zalewie w ekologicznie czystych rejonach Rzeczypospolitej”. I dla poparcia zamieszczono poniżej panoramę znad Bałtyku ze starym Fromborkiem widocznym w oddali. Na pierwszym planie na piasku siedzi pręgowany, niebywale uśmiechnięty kot. Z emocji nie jestem jednak głodny. Zmierzam bowiem podbić gwarancję na moją mysz.
  Kolejna atrakcja, kombinat gastronomiczny pod śpiewnie brzmiącą nazwą „Restauracja Glutamina” kusi i prowokuje z dala rozchodzącym się zapachem, który idzie w parze z treścią jadłospisu i barwnych fotografii posiłków i, niestety, z cenami. Wśród oferty „Glutaminy” reklamowana jest nowość: słodkie frytki.
  — Frytki na słodko z naszych batatów nie chcą na razie specjalnie schodzić — objaśnia mi obsługa kasy płci pięknej. — Mamy nadzieję, że to tylko kwestia niewyrobionego smaku naszych gości. Nie takie problemy żywieniowe przezwyciężono, podtrzymujemy więc zimową ofertę kosztem tradycyjnych kartofli.
  — Ale nie jest to kłopotem — dodaje hardo drugi kasjer — odkąd nasi fachowcy z działu mięsnego znaleźli niszę ofertową dla skrobi w ogólności. Skrobia, wie pan, cholernie chłonie wodę, jak krochmal. Nie wiem dokładnie o co chodzi, lecz efektem było jeszcze skuteczniejsze powiększenie naszych parówek cielęcych, które zresztą podajemy również u nas na gorąco, a nawet, dla koneserów, na krwisto. Polecam! — i wyciąga otwartą dłoń w geście zapraszającym do zajrzenia do bufetu.
  Nie skusiłem się po raz kolejny, gdyż ekspresowe tempo zakupów pozostawiło w mej pamięci żyzne podłoże do szerokiego kojarzenia faktów. Słyszę tylko na odchodnym groźnie wypowiedziane zdanie: „Idiotko, już prawie chciał kupować, dobrze że wyratowałem sytuację!”
  Nie wyratował przecież! O parówce cielęcej też już nie myślę. Ale przed klientem nie mówi się o problemach...
  Przede mną jeszcze daleka droga, podczas której, Czytelniku, staram się zaobserwować jak najwięcej. Dla Ciebie.
  Tak jak w alfabecie po R jest S, tak samo Restauracja „Glutamina” przylega do Spalarni Przeterminowanej Żywności, która wraca do producenta przez komin. Uwijają się tu kucharze, wnoszą i wynoszą pudła, toczą zaśmierdłe sery, ciągną z odrazą zielonkawe pęta kiełbas, kefiry o nabrzmiałych wieczkach i podwiędłą brukiew. Wszystko dzieje się jawnie, by zaś najdobitniej pokazać klientom dezaprobatę dla przeterminowanego jedzenia, którym uczciwy sprzedawca nigdy nie handluje, pracownicy stroją przy tym znaczące miny. Niektórzy kucharze dla dodania sobie siły przekonywania noszą na twarzach chirurgiczne maseczki. Wnoszą też kolorowe ciecze. Na przykład właśnie jeden osobnik w pirackiej przepasce na oku i w czapce Świętego Mikołaja niesie wielkie metalowe wiadro wypełnione cuchnącym, ciemnoczerwonym niczym krew barwnikiem. Kiedy tylko otwiera drzwi magazynu, dochodzi stamtąd przeraźliwe ujadanie psów, miauczenie kotów i pisk innych niezidentyfikowanych drobnych zwierząt.
  Tablica „Klient Klientowi” to coraz popularniejszy sposób ułatwiania handlowych kontaktów międzyludzkich, za co Gnát pobiera, o ile w ogóle, to symboliczna prowizję. Są tu wywieszone pisane przez zainteresowanych anonsy, należące do podstawowych dla ekonomii kategorii działań na rynku: „Kupię”, „Sprzedam”, „Zamienię”, „Oddam w dobre ręce” (na przykład szczenięta), „Usługi”, „Pośrednictwo”, „Towarzyskie” i „Dla Dorosłych”. Ale miałem czas i poczytałem sobie ogłoszenia. I oto co znajduję: „Rozwody anonimowo. Formalności w domu klienta. Bez zgody współmałżonka. Dla małżeństw z niskim dochodem. Załatwia adwokat. W godzinę. Dyskrecja. Bez pierwszej raty.” Jest to ewidentne przeoczenie i dawanie sobie bez sensu dmuchnąć w kaszę, gdyż bardzo podobną ofertę ma sam Gnát. W kabinie dosyć podobnej do tej, która za pieniądze robi zdjęcia na każdym lotnisku, tyle że z dwoma oddzielnymi wejściami, można od ręki uzyskać separację. Jest to szczególnie wzięty automat na monety, zwłaszcza w porze szczytu weekendowych zakupów. Oblegają go wtedy skłócone pary. Na wydruk orzeczenie czeka się nawet krócej niż na zdjęcia. Trzeba jeszcze tylko przejść się po pieczątkę do Biura Obsługi Klienta Gnáta i jest to ostatnia czynność, którą pokłóceni muszą zrobić razem.
  Tymczasem mijam część wypoczynkową alei Gnáta. Po jej jednej stronie rząd sztucznych drzewek, chyba lip, i ławki pod nimi. Po drugiej zaś niewielki stawek. Na jednej ławce siedzi niebywale uśmiechnięty i zadowolony z zakupów jegomość. Ma na sobie drogi szary garnitur z importu i dobrane pod kolor obuwie, również pochodzące z importu. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, w dłoniach trzyma laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Lat na oko ma ponad czterdzieści. Jest gładko wygolonym brunetem o czarnych brwiach, z tym że jedna umieszczona jest wyżej niż druga.
  Obejmuje spojrzeniem widoczne w oddali, wysokie niczym domy regały. Zatrzymuje wzrok na górnych półkach, na których oślepiają¬co połyskuje sztuczne gnátowskie słońce, potem przenosi spojrzenie na dół, gdzie ciemnieje tłum sobotnich zakupowiczów. Nagle spostrzega mnie i uśmiecha się z politowaniem, mruży oczy   prawe czarne, lewe jakby zielone, a nawet ku mnie mruga!, wspiera brodę na dłoniach, a dłonie na rączce laski.
  Skąd on mnie zna?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 16 Marca 2010, 10:03:48
Czyżby ten mężczyzna na końcu to był Wielki Brat, przepraszam Gnát?
Powinny być jeszcze gabinety lekarskie - np. ortopedyczne pod hasłem: Policzymy Ci wszystkie Gnáty.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 16 Marca 2010, 10:57:01
dalej nie czytam, ale tym razem mam usprawiedliwienie od mojego prawnika
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 16 Marca 2010, 11:14:33
dalej nie czytam, ale tym razem mam usprawiedliwienie od mojego prawnika
Jak to od Twojego pranika? O czymś nie wiem? A przysłowie, przepraszam, przykazanie mówi: Nie będziesz miał cudzych prawników przede mną. Ja mówię przeciwnie, przeczytaj, a nie pożałujesz...
A zresztą, Stefek jest tak empatyczny, że każdego pożałuje.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 17 Marca 2010, 11:59:13
20:44

  Jest zrozumiałą rzeczą, że niektórzy rodzice wolą poruszać się w obrębie hali handlowej bez dzieci. Do dzieci skierowanych jest bowiem wiele chwytliwych reklam, natarczywych promocji i innych zabiegów marketingowych, które wykorzystują grę uczuć i pokus, jakim łatwo ulegają dziecięce dusze. Rodziny o mniej zasobnych portfelach wolałyby z pewnością oszczędzić sobie tego rodzaju dylematów, a własnym dzieciom — płaczu i rozczarowań. Gnát doskonale rozumie ten problem. Dlatego Gnát posiada plac zabaw.
  Plac zabaw dla dzieci w Gnácie to nie jest zwykłe miejsce ze zjeżdżalniami, huśtawkami i drabinkami.
  — Zwykłe osiedlowe podwórka — informuje mnie obsługa przy wejściu — potrafią znudzić się już po godzinie. Poza tym posiadają szereg nieodgadnionych skrytek lub całkiem nierealnych pokus, które skłaniają dzieci do robienia rzeczy nieprzewidzianych, niebezpiecznych lub nawet zabronionych, spośród których na pierwszym miejscu należałoby wymienić łażenie po drzewach. Dlatego my jesteśmy inni.
  Plac, jaki rozciąga się za plecami mego dumnego rozmówcy, to olbrzymia plaża z żółciutkim piaskiem, muszelkami i błękitno-modrym morzem, z horyzontem namalowanym gdzieś na przeciwległej ścianie. Woda w morzu jest prawdziwa i pobudzana do falowania jakimś tajemnym sposobem. W piasku tkwią nawet wieżyczki obserwacyjne ratowników i wyraźnie odcinają się od błękitnego, namalowanego nieba. Cały teren poryty jest wykopami i upstrzony zamkami — piaskowymi budowlami uszczęśliwionych dzieciaków, które dziesiątkami baraszkują po plaży, rzucają piłką bądź zażywają kąpieli wśród wrzawy i pisków. Wózki z lodami, smażalnie fląder, wypożyczalnia pontonów, kutry na brzegu, rozwieszone sieci i sztuczne słońce dopełniają całości tej jedynej w swoim rodzaju sceny do zabaw — kawałka prawdziwego lata w środku okrutnej zimy. Natomiast, bądźmy sprawiedliwi, istotnie nie ma tu ani jednego drzewa.
  Wystarczy tylko załatwić formalności u wejścia, gdzie opalony kasjer w szortach, pomarańczowej koszulce i czapce z daszkiem uprzejmie wypisuje kwity, kazać pociechom wysłuchać kilku napomnień w stylu „Nie chodzić po falochronach!” — i już mamy dzieci z głowy na czas zakupów.
  — Dlaczego przypomina pan rodzicom, że odbiór musi nastąpić bezpośrednio po odejściu od kasy? Nie podejrzewam, aby roztargnieni i pełni wrażeń tatusiowie lub mamy zawracały się po dziecko gdzieś w pół drogi do domu? — pytam ironicznie.
  — O-o o! Jeszcze by pan się zdziwił, ja tu już trochę pracuję, swoje widziałem... Ale rzecz w tym, że depozyt w formie... yyy... pozostawienie dziecka pod fachową opieką pozwala nam spełniać pewną misję społeczną — mówi rosły ratownik i zaciąga się fajeczką. — Rozmawiamy w międzyczasie z dziećmi, zagadujemy je na różne sposoby, pytamy o czym marzą, co chciałyby mieć. Bardzo wiele rzeczy wtedy wychodzi. Dzieci w odróżnieniu od ludzi, są szczere! — pyk-pyk. — Tymczasem zdarza mi się widzieć, że koszyk z zakupami jest prawie pusty, brakuje w nim niezbędnych artykułów, szczególnie zabawek i słodyczy.
  — I co wtedy? — zapytuję.
  — Wtedy nie wydamy dziecka — pyk-pyk-pyk — wyrodnym rodzicom... — mówi krzepki ratownik i odchyla się lekceważąco na swoim leżaku. W jego głosie brzmi stanowczość i pewność siebie.
  — Czy w takim razie — pytam dobitnie pokonany kategorycznością stawianych warunków — Gnát też jest w stanie przyjąć na siebie jakieś zobowiązania, odpowiedzialność, na przykład w razie wypadku?
  — Zawsze w takich wypadkach, jak ujawnienie rozkładu panującego w rodzinie — stwierdza naukowo tamten — orzekamy odebranie praw i organizujemy adopcję. Istotnie: to odpowiedzialna i trudna decyzja, dlatego podstawą naszych działań jest każdorazowo paragon z kasy. Rodzina jest przecież najważniejsza — pyk-pyk pyk!
  Następuje chwila ciszy.
  — A co robicie latem? — pytam na koniec, chcąc się dowiedzieć jeszcze czegoś ciekawego.
  — Robimy tu lodowisko — ratownik wykonuje niedbały gest za siebie — lepienie bałwanów i publiczne strojenie choinki
  — Widzę, że Gnát zawsze się stara dawać to, za czym się tęskni — usiłuję podsumować zażenowany.
  — Oj, pan za bardzo filozofuje. Ot, niejedna rodzina rada była by tu spędzać wakacje. Wszystko by chcieli mieć pod ręką, he-he.
  Odchodzę wśród smug aromatycznego dymu, wsłuchany w monotonną melodię Ody do radości, która sączy się z głośników co najmniej od godziny. Droga przede mną wije się i odsłania coraz to nowe atrakcje. Chwilami ma się wrażenie, że wyjście z Gnáta nie istnieje, zwłaszcza gdy się zobaczyło plażę wielkości boiska. Że do tego sklepu można tylko wejść i przepaść w nim do końca życia. Ktoś to doskonale obmyślił.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 17 Marca 2010, 12:07:56
Jeżeli chodzi o dzieci, to Gnat powinien zatrudniać pracowników opieki społecznej, którzy przecież znają się najlepiej na odbieraniu dzieci.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 18 Marca 2010, 09:31:02
21:14

  O, reklamują kurs uprawy ogródka. Z dala widać stosy plastikowych roślin — brukiew? — i wielkie koryto jakiegoś żwiru; w końcu zima ma swoje prawa. Dzisiejszy temat: malowanie altany. Jutro — walka z kretem. Pojutrze — Grabienie i zabezpieczanie altan przed ograbieniem. Wtorek: organizacja imprez okolicznościowych (wizyta prezesa Związku Działkowców). Środa: grill party. Czwartek: girl party. Piątek: sami budujemy basen. Środa i czwartek z degustacjami. Czy to kolejny dowód, że zmiany pór roku w handlu mają rolę drugorzędną i że pokonała je wielka hala, w której można natknąć się na wszystko? Czy wobec tego wizyta świętego Mikołaja może nam zagrozić latem?
  Wśród takich to myśli zbliżam się już pomału do celu, który przyciąga nabywców sprzętu podlegającego gwarancjom oraz wszelkiego typu interesantów, którzy z jakichś powodów chcieliby mimo wszystko zgłosić niestety swoje delikatne uwagi i nieśmiałe zastrzeżenia pod adresem Gnáta lub jego oferty.
  Przechodzę jeszcze koło znanego mi już z opowiadań punktu pod szyldem „KW – Ktokolwiek widział”. Mijam dalej naścienną wystawę fotograficzną z setkami fotografii mężczyzn, kobiet i dzieci. Uświadamiam sobie, że ta kolekcja portretów nie jest darmową galerią ani reklamą usług jakiegoś mistrza obiektywu. Po prostu nie opuściłem jeszcze parcel administrowanych przez komórkę KW.
  I oto przede mną, w końcowej części pasażu lokuje się Biuro Obsługi Klienta (BOK). Do jego dyspozycji jest cały boczny korytarzyk z różową tapetą i rzędami drzwi po obu stronach. Wejścia noszą różnorakie a tajemnicze wizytówki urzędujących za nimi pracowników Działu oraz godzin dyżurowania, by wymienić tylko niektóre: „Natasza (21)”. „Lena (19)”. „Tatiana (17)”. „Jerzy b. o.”. „Porady psychiatryczne”. „Podbijanie” (nie podano czego, ale miejmy nadzieje, że pieczątką). Ostatnie drzwi chyba dentysta: „AAAAAAA — pełen zakres. Dr Paluch”. U wejścia do korytarzyka wisi napis: „Uprzejmie informujemy, że posiadacze Złotych Kart Gnáta są przyjmowani poza kolejnością”. Przed biurem zaś, przy małej gustownej konsolecie, gdzie bez chwili wytchnienia tłoczą się klienci, na obitym czerwonym skajem rozłożystym fotelu siedzi tęga, wymalowana pani i co chwilę zagaduje: „Złociuteńki!” albo „Co pan sobie uważa?”, „Co jeszcze Gnát może dla pana zrobić?”, a przy tym wychyla się do przodu, aż korale na jej szyi grzechoczą o pulpit, a derma oparcia poskrzypuje występnie. Słowem, troska o dobro klienta osiąga tu najwyższy wyraz. Rozumiem zatem, że procedura załatwiania każdego wniosku musi się przeciągać, na co zresztą nikt się specjalnie nie skarży. Nikt za to nie ma prawa narzekać, że czuje się obsługiwany mało intensywnie.
  Mijając, celowo bardzo powoli punkt „Zwroty i reklamacje” (chcę mimochodem nabrać doświadczeń na najgorszą ewentualność), towarzyszę przez chwilę duchowo pewnemu klientowi, który wyraźnie kipi złością niosąc jakąś kraciastą szmatę ze zwisającymi rękawami. Staje przed ladą biura, gdzie rzeczony towar ląduje naprzeciw grzecznego ekspedienta.
  — Ten produkt wystawiony jest w sklepie w promocyjnej cenie 19,90, tymczasem na kasie naliczają 44,99. Zostałem oszukany! — klient nie owija w bawełnę.
  — Nie, proszę pana, nikt pana nie miał zamiaru oszukać. Pan żartuje.
  — Jak to, przecież ceny się nie zgadzają! — klient pokazuje rachunek.
  — Co w tym takiego dziwnego?! Po prostu na regale jest wywieszona cena sugerowana przez producenta, a przy kasie — efekt realnej niezależnej wyceny produktu przez Gnát.
  — A kto jest producentem tego towaru? — irytacja klienta narasta.
  — Gnát. To nasz produkt firmowy.
  — Przecież na tym właśnie polega oszukiwanie. I to firmowe! — skwierczy klient.
  — Bynajmniej. Nie rozumiem czemu się pan denerwuje. Przecież informujemy, że oferujemy produkty po najniższych cenach. Nie czyta pan reklam?! Nigdzie w mieście nie kupi pan tej szmaty za 19,90.
  — U was też nie — syczy klient.
  — Pan jest bezczelny lub nie myśli. Od oferowania do sprzedawania jest przecież długa droga, podczas której nota bene może się pan sto razy rozmyślić i odłożyć produkt. Poza tym często się zdarza, że klienci nie zwracają uwagi na takie tam jakieś różnice w cenach i płacą według wskazań kasy. To znak, że przychodzą do nas z wyższych pobudek i cena odgrywa rolę drugorzędną. Szanujemy to i doceniamy. Na przykład robimy promocje... — rozgadał się ni stąd ni zowąd pracownik i nawet uniósł palec wskazujący niczym jakiś profesor. Na szczęście klient przerwał w porę ten donikąd prowadzący monolog:
  — Panie obsługo, jest pan bardzo miły i elokwentny, ja jednak chcę się widzieć z pana przełożonym. Teraz!
  „Pan obsługa” nie daje się wcale prosić, wręcz przeciwnie, milczy, a na jego twarzy maluje się uprzejmy uśmiech. Wszystko zostaje załatwione bardzo szybko: w niecałą minutę od chwili gdy „pan obsługa” nacisnął na swej ladzie czerwony guziczek, zjawia się odpowiednio oznakowany człowiek z czerwonym napisem „Gnát” na butonierce kitla i przedstawia się „zebranym” jako wyższy aktyw funkcyjny do tych spraw. Nie wiadomo czemu zalatuje od niego czosnkiem.
  Klient, wyraźnie odprężony, jeszcze raz spokojnie i rzeczowo wykłada swoje racje wśród przytakiwań swojego nowego rozmówcy. Ten ostatni wreszcie odzywa się w te słowa:
  — Zasadniczo ma pan rację. Niemniej jednak, proszę pana, fakt, iż klient wybiera dany towar, automatycznie dowartościowuje tenże towar, a jest to wszak w interesie producenta. Naukowo nazywa się to aprecjacją poprzez popyt. Gdyby pan był producentem, też by pan tak rozumował i byłoby panu nawet miło, że pana produkt staje się w danym momencie obiektem pożądania. Skutkiem tego, szanowny panie, nie ma nic nienormalnego w tym, że kasjerka nabija więcej, zresztą widocznie tak wychodzi z kodu kreskowego, a ona się na tych paseczkach nie musi wcale znać. Pan jest albo bezczelny, albo nie myśli.
  — Aa! — mówi klient wyraźnie ironicznie. — Ładnie, ładnie. Skoro tak, to pragnę się widzieć z pana przełożonym.
  Rozmówca nie daje się wcale prosić, wręcz przeciwnie, milczy, a na jego twarzy maluje się uprzejmy uśmiech. Wszystko zostaje załatwione bardzo szybko: w niecałą minutę od chwili gdy „pan obsługa” nacisnął na swej ladzie inny, zielony guziczek, zjawia się odpowiednio oznakowany człowiek z zielonym napisem „Gnát” na butonierce kitla i przedstawia się „zebranym” jako jeszcze wyższy aktyw funkcyjny do tych spraw. Nie wiadomo czemu zalatuje od niego cebulą.
  Klient, średnio odprężony po raz nie wiem który prezentuje swoje argumenty, przy czym energicznie pokazuje palcami raz jednego, raz drugiego ze swych interlokutorów. Ten nowy w towarzystwie odzywa się wreszcie w te słowa:
— Zasadniczo ma pan rację. Niemniej jednak cena wywieszona na regale jest tylko częścią naszej oferty. Podczas gdy pan się bezmyślnie przechadza, jak król na spacerku, po naszym sklepie, zapewne małodusznie nie myśli pan o tym, że stale przebywa pan pod naszym dachem, który specjalnie zbudowaliśmy między innymi dla pana, aby deszcz nie przegonił pana z zakupów. Że w poszukiwaniu towaru pomagają panu lampy elektryczne, które cały czas się świecą, i że — proszę zauważyć — w hali jest stosunkowo ciepło. Że kilkaset osób śledzi pana gnátowskimi kamerami, aby się pan nie daj Boże nie zgubił wśród półek. To wszystko robimy dla naszych klientów. Ale zgadzam się. Wszystko co wymieniłem, dziś ma się zwykle w domu, a my nie dzielimy naszych klientów na mniej lub bardziej rozpuszczonych nawet wówczas gdy widać to z ich zachowania na kilometr, tak jak z pańskiego zachowania niestety. Zgódźmy się, człowiek jest tylko klientem i nie każmy mu doceniać wszystkiego. Lecz idźmy dalej: bar, kryty parking, kręgielnia i bawialnia dla dzieci — no dobrze, można z tego nie korzystać nigdy i tylko kupować towary. Zresztą — też mi nowość. Nie jest pan osamotniony w swej ignorancji na tym akurat polu, ale szanujemy to. Tylko że przy takim podejściu nigdy pan nie poczuje, jak dalece wyjątkowo jest pan traktowany. Proszę: był pan aby kiedy w naszej saunie?
  — Nie zajrzałem tam nawet i nie sądzę, abym kiedykolwiek skorzystał.
  — Właśnie. Może jeszcze panu mamy podścielić czerwony dywan? Radzę, niech się pan tak nie wywyższa. Co pan tym zyskuje? Na głowie stajemy, promocje, oferty, zniżki i sprzedaż wiązana. Ba! Złota Karta! A czy wie pan, że są u nas rzeczy, których próżno szukać gdzie indziej? Pierwszy lepszy przykład: poszliśmy dalej niż ustawa każe i na filarach hali są rozmieszczone liczniki Geigera-Müllera dostępne dla każdego klienta. Każdy, nawet pan, może sprawdzić, że towar nie jest napromieniowany. Wystarczy wrzucić monetę do licznika i przystawić produkt do jego czułków. Następnie należy obserwować wskazówkę, która ani drgnie, zapewniam pana. Przyzna pan, że prócz Gnáta żaden sklep nie dba tak o interesy kupujących, tym bardziej że od promieniowania można zostać bezpłodnym. W zwykłych sklepach nie ma pan takich możliwości — to tak jakby wydano panu w kasie resztę fałszywymi monetami. Tyle atrakcji, udogodnień i innowacji wokół pana, kultura, postęp i elektryczność, wszystko od Gnáta, a panu się zdaje, że można tylko brać i brać i to w najgorszym stylu, nic od siebie nie dawszy. Stajemy na głowie! Nawet koreczki z sera są dzisiaj na hali na spróbowanie! Dwie hostessy tam marzną przy chłodni! Jeśli pan t e g o  nie docenia, to jest pan albo bezczelny, albo nie myśli! Jak nas pan traktuje?! Niesie pan tę oto odzież jak jakąś szmatę! — to niewyobrażalne! Czym się pan tu kieruje — ceną?! Nie przychodzisz pan tu po pierwszą lepszą ścierę za 19,90! — wychrypiał aktyw, szarpiąc z odrazą za koniec rękawa przedmiotu sporu. — To nie tak! Widzę, że te ceny nie są dla pana, drogi panie! Co to za podejście! Pan nas obraża!
  — Powiedział pan ser? — mamrocze klient, który w reakcji na zmianę tematu prawdopodobnie podświadomie bądź przypadkiem zmienił temat.
  — Ale-ale! — dopytuje się aktyw. — Więc o czym to pan chciał z nami mówić?
  — Jakaś reklamacyjka, zresztą, to właściwie żona... — żachnął się klient, a oczy mu biegają.
  — Pytam — nie daje za wygrana pamiętliwy aktyw — bo, tak przy okazji, nie obejrzał pan wszystkich guziczków w naszej ladzie. Mamy tu jeszcze taki czarny, ooo, z krzyżykiem; może sobie pan nacisnąć jeśli tylko przypadkiem rzeczywiście chciałby pan składać zażalenia. Oczywiście mogę go też nacisnąć za pana, liczę do trzech: raz,...
  — Ser? Co słyszę?! Musiałem przeoczyć te koreczki. Koreczki!...
Klient szybkim krokiem podąża ponownie w kierunku wjazdu na halę i nie mógł już słyszeć zdania wypowiedzianego wrzaskiem:
  — Najpierw, osły, spisywać drania, potem dyskutować! Rada na przyszłość! Dobra rada!
  W międzyczasie postanawiam mimo wszystko się oddalić na bezpieczną odległość, a mój wzrok pada jeszcze na napis nad ladą: „Opłata manipulacyjna za zwrócenie towaru w Biurze Zwrotów wynosi 200% ceny, w przypadku niesmacznej żywności 300%”.
  — Stawki te nie zbyt realne — powiedział mi ongiś indagowany w tej sprawie pracownik. — Ale i tak obserwujemy, że mało kto korzysta z tej opcji, co pozwala nam wnioskować o jakości naszej oferty.
  Nie powiedział tylko, dla kogo są realne rzeczone kwoty. Zajęty tą myślą docieram do lady z napisem „Serwis”. Mam nadzieję, że nie będzie tu reklamowana zastawa stołowa, ale gdy widzę kobietę z wielką pieczęcią, uspokajam się i daję jej moją nową mysz optyczną wraz z paragonem z kasy.
  — Warunki gwarancji są takie jak wszędzie — zostaje mi zgryźliwie oznajmione. — Po pięciu dniach przychodzi pan do nas po drugą pieczątkę. Ogólnie rzecz ujmując Gnát gwarantuje, że zakupiony sprzęt się nie zepsuje przez tyle ile tu jest wyszczególnione.
  — A jak działa serwis? W razie zepsucia można sprzęt przynieść do was?
  — Jeżeli mimo to pan zepsuje towar, to nawet należy. Jesteśmy jedynym autoryzowanym serwisem. W razie zepsucia ponosi pan wszelkie przewidziane sankcje. Przecież świadomie bierze pan udział w warunkach gwarancji, a tu jest napisane na co gwarancja opiewa. Klient piewca winien zatem należycie odnosić się tak do firmy, jak i do Gnáta, jej przedstawiciela handlowego. Jeśli coś tu będzie nie tak, to logicznie rozumując, nie jest pan zbyt oddanym naszym piewcą. To tupet. A na gwarancji wyraźnie pisze, że opiewa ona i tak dalej, nie będę pana zanudzała — mówi rzeczowo panienka i zakreśla palcem stosowny ustęp tekstu w broszurce karty gwarancyjnej. — W każdym razie odróżnianie tupetu od perfidii nie leży w sferze zainteresowań ani naszych, ani tym bardziej, gwaranta. Mój kierownik mówi, że nie mamy czasu na takie pier..., no wie pan.
  — No tak, to jest przynajmniej logiczne.
  — To tylko brzmi tak kategorycznie — pociesza mnie panienka, zmieniając ton na nieco mniej urzędowy i nawet patrząc mi w oczy — ale wie pan, to jest po prostu język prawny. Ale nich się pan nie martwi. Nasze towary się nie psują.
  — Tu mnie pani uspokoiła.
  — No pewnie; uczciwie mówiąc, to nie było bodaj przypadku, żeby coś samo się zepsuło, a już zwłaszcza nagle. Na poparcie mogę panu dać taką ulotkę o naszych wszechstronnych badaniach w tym kierunku...
  — Pani doktor Pałeczki! — wykrzykuję spojrzawszy na okładkę. — Znam, nie dalej jak godzinę temu rozmawiałem na ten temat z kimś od was. Bodaj że na nabiale.
  — A więc widzę, że jest pan w temacie!
  Załatwiłem sprawę nader gładko. Jednak, cholera, nie jestem spokojny. Po namyśle wracam się i wrzucam mój zakup do koszyka harcerki. Przecież ten z komputerowego zdążył przeczytać moje dokumenty. Musieli mieć też spisane numery seryjne, choćby robili to z nudów. A tak — niczego nie znajdą, a jak dobrze poszukają, to znajdą... znów u siebie. Gdy sobie to uświadomiłem, zacząłem nawet odczuwać lekką satysfakcję z udanych zakupów.
  Nie wiem jeszcze tylko, co zrobię z gwarancją. W koszyku oprócz niej została mi broszurka doktor Pałeczki i czekoladowy Mikołaj, pusty w środku, jak zdążyłem się przekonać, co wszelako nigdy nie jest napisane na opakowaniu... Pomyślawszy chwilę nad tym irytującym faktem odganiam jednak natrętną myśl o reklamacji.
  Jeszcze tylko odstać swoje w „Depozycie” i za okazaniem numerka i wielokrotnie sprawdzanego biletu odebrać swój starannie przeszukany bagaż. Ale mnie to nie dotyczy, nie miałem przezornie bagażu. Podczas oczekiwania na swoją kolej można sobie poczytać historię z życia w wielkiej oszklonej ramie tuż obok okienka. Jest tam opisane jak to pod koniec sierpnia 1939 roku w przechowalni bagażu na dworcu kolejowym w Tarnowie wybuchła bomba zegarowa. Zdaniem Gnáta jest to dostateczne usprawiedliwienie niecnych praktyk odbywających się za zasłoną ścianki działowej Depozytu. Niecne praktyki owe polegają na umieszczaniu pluskiew podsłuchowych lub głośno tykających urządzeń w bagażu, dla utrącenia pewności siebie Gnáta, ale Gnát jest po prostu za mądry na takie tchórzliwe działania „piątej kolumny”. Gnát podchodzi poważnie do zagadnienia, dlatego po przeciwnej co historyjka o Tarnowie stronie wisi w ramach portret uśmiechniętego brodatego mężczyzny w zawoju na głowie i z podniesionym w górę wskazującym palcem.
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 19 Marca 2010, 08:16:39
22:18

  Podczas gdy raduję się na myśl o prawdziwym, rozgwieżdżonym niebie, które czeka na mnie zupełnie za darmo po opuszczeniu sklepu oraz o bielutkim śniegu, który ucieszy mnie skrzypiąc pod butami, uświadamiam sobie, że chyba nieskromnie i samolubnie będzie tak się zażerać czekoladowym Mikołajem i wczytywać się w broszurę informacyjną, podczas gdy wielu ludzi z pewnością nie będzie mogło sobie na niego pozwolić. Z tych to rozmyślań, naprzemian miłych i przygnębiających, wyrywa mnie rosnący tłum i jego rosnące napięcie emocjonalne.
  U kresu alei sklepików i u kresu pobytu w Gnácie na wychodzących klientów czeka bowiem cała armia akwizytorów, ulotkorozdawców, ulotkowpychaczy, potrzytakiesameulotkodawaczy i wydekoltowanych hostess, a ich zgraja nieustannie wykrzykuje reklamowe slogany. Wszędzie dosłownie w ciżbę ludzką wpychają się umundurowani akwizytorzy płci obojga z emblematem Gnáta na plecach i pracowicie zaznajamiają chętnych z kolejnymi ofertami, które prawdopodobnie niestety uległy przeoczeniu. Moc tej reklamy jest zaiste wielka i potężna. Oto widzę, że jeden z klientów został silnie, z zamachem uderzony w twarz otwartą ręka, aż o mało nie upadł. Po czym sprawca zajścia błyskawicznie wręczył mu kartonik z reklamą gnátowskiego kursu samoobrony i zapewnił, że kurs kursem, ale on jest bezpartyjny i naprawdę warto. Wśród dobrodusznych przestróg, żeby następnym razem się tak łatwo nie dać zaskoczyć, pożegnali się w uściskach dłoni, pozdrowieniach i świątecznych życzeniach.
  Do innego podbiegł niski, ruchliwy człowiek odziany w chirurgiczno-zielony kitel z napisem „Gnát-Optyk z o. o.” i zerwawszy mu okulary w mig je rozdeptał. Zamiast awantury, zapadła napięta, nieznośna cisza, szklany pył przestał chrzęścić pod butami. Oto poszkodowany, człowiek w słusznym wieku, zamarł nie mogąc wydobyć słowa. I aby nie powiedział już nic więcej, usłyszał takie oto zdanie:
  — Nasz warsztat optyczny jest położony najbliżej — i zielony agent wskazał ręką w kierunku sklepiku w alejce.
  — Przecież — syknął klient łapiąc z trudem powietrze — ja cię... was wszystkich... podam, gnoju, na policję!
  — W salonie jest bardzo miła obsługa do pańskiej wyłącznej dyspozycji — powiedział zielono odziany. — Dostanie pan od nas nowe okulary za cenę niższą niż kosztowały te, których używał pan dotąd. W godzinę. Może pan nawet wygrać wczasy, zresztą wszystkiego się pan dowie na miejscu. Ja jestem tylko zakładowym akwizytorem. Acha, na policji poproszą pana pewnie o mój rysopis. A! druga para gratis.
  — Ryjopis... — powiedział klient mrużąc oczy i ruszył niepewnie we wskazanym kierunku.
  W miarę zbliżania się do wyjścia zaczynam coraz bardziej się cieszyć, że uniknąłem tego rodzaju obowiązkowych przyjemności. Jednak w czasie nieuniknionej przepychanki zgnieciono mojego czekoladowego Mikołaja, więc powziętą myśl, aby podzielić się nim z jakimś potrzebującym człowiekiem, muszę odłożyć ad acta. Wychodzę więc, ciepła atmosfera sklepu ustępuje miejsca grudniowym podmuchom wiatru, i jakby na pożegnanie spostrzegam napis nad wyjściem: „Jeżeli Twoje słodycze zostały przypadkiem zgniecione w tłumie, to zapraszamy do naszej promocyjnej cukierni na wolnym powietrzu przy parkingu. Dziękujemy jednocześnie klientom za tak liczne przybycie”.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 19 Marca 2010, 10:22:02
ale o so chodzi????
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 19 Marca 2010, 13:05:56
ale o so chodzi????
O co Ci chodzi, gdy piszesz, o co chodzi? Przeczytaj, a będziesz wiedział. Będziesz wiedzial i to nie tylko gdzie Ci zgnietli czekoladowego bałwanka, tego, no, zajączka.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 19 Marca 2010, 13:38:33
Przeczytaj, a będziesz wiedział. Będziesz wiedzial i to nie tylko gdzie Ci zgnietli czekoladowego bałwanka, tego, no, zajączka.
A jak ja nie chce?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 19 Marca 2010, 20:41:54
Jak nie chcesz, to nie będziesz wiedział.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Ali w 19 Marca 2010, 20:55:56
Chlip... chlip... Zabili zajączka! I co dalej? Ну, погоди!
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 20 Marca 2010, 08:50:21
22:47

  Jest jeszcze sobota, ale już późny wieczór. Parking powoli pustoszeje z samochodów, jednak w niektórych miejscach nadal tłoczą się ludzie. Ich wygląd, po przyjrzeniu się, zdradza, że przybyli tu z odległych miejscowości i prawdopodobnie nie zdążyli na zakupy wskutek długiego dojazdu, warunków pogodowych, przedświątecznego tłoku na drogach...
  — Jak czuje się rodzina, której nie udało się zdążyć na dzisiejsze zakupy? — pytam i jestem pewny, że będą narzekać na gołoledź. — Państwo z daleka?
  — Nie przyjeżdżamy na zakupy dzisiaj, bez sensu, trochę mało czasu. My tylko, wie pan, zamierzamy zdążyć na niedzielne poranne promocje.
  — Jak psyjdziemy pielwsi to znowu siądziemy w pielwsym zędzie! — cieszy się mały chłopczyk, na co mama stwierdza przekornie:
  — Ale ty przecież, Jacuś, nie lubisz kabanosów.
  — Za rzadko tu bywa — usprawiedliwia chłopca dziadek, który akurat wystawił siwą brodę ze śpiwora. — Ale polubi! Za moich czasów, na przykład w tysiąc dziewięćset...
  — Ależ dziadkuuuu!... — wołają równocześnie zięć, dorosła córka i starsza wnuczka, a babka cedzi przez sztuczne zęby jeszcze kilka określeń, które mimo późnej pory, Czytelniku, opuszczam. Dziadek zdaje się, zrozumiał, bo kuli się w śpiworze i po chwili wystaje z niego zaledwie wełniana czapka z pomponem, który dynda z rezygnacją.
  Przechodzę pomiędzy tłumem tych osobliwych pielgrzymów. Jedni grają w karty, inni w kości lub szachy, jeszcze inni grzeją się przy specjalnie wystawianych koksiakach i dorzucają do nich śmieci i wygrzebane spod śniegu patyki, wzbijając tym snopy iskier. Matki tulą do snu dzieci, szczelnie pozawijane w beciki i opowiadają im, jakie to cuda zobaczą jutro rano i jakie granie kolęd usłyszą. Może Święci Mikołajowie znowu będą za darmo dawać cukierki, tak jak szóstego? Poskrzypują rytmicznie kiwane dziecięce wózki, klekoczą termosy i menażki. Mężczyźni w kilkuosobowych grupach, trzymając oburącz garnuszki z herbatą, snują godzinami opowieści z wojska; szczególnie jeden wzbudza zaciekawienie i zazdrość, gdyż jak mówi, „zdarzyło mu się zdobywać Mosul”. Zresztą może i najzwyczajniej kłamie. Dozorcy z hukiem przywożą wielkie metalowe kontenery przeznaczone na poranne sprzątanie odpadków. Od ostatniego bardzo przykrego wypadku widnieje na nich emblemat Gnáta i napis: „Tylko na śmieci” — oraz przekreślony ukośnie symbol zasłanego łóżka. Gdzieniegdzie rozbrzmiewa smętnie akordeon. Minie jeszcze parę późnowieczornych godzin, zanim tych kilkaset osób uśnie w tę grudniową, niezbyt mroźną noc spędzaną pod zadaszonym parkingiem — i zanim jeszcze poszczególne rody dogadają się co do zmian wart. Broń Boże, nie wolno rano zaspać.
  Przechodzę dalej, na przystanek darmowego autobusu. Zmęczenie daje się we znaki po dniu pracowicie spędzonym w krainie wiecznych zakupów. Bolą nogi od pokonywania odległości, głód jest już nie do wytrzymania, w ustach posmak jak gdyby starego sera. Mam w pamięci i wizję puchnących kotów zatapianych na 14 dni w Zalewie Wiślanym, i ratownika z placu zabaw, który praktykuje psychologię dziecięcą, i karpie, które dzięki połkniętym monetom dłużej pływają prosto, i demoniczną pielęgniarkę wenerologiczną, której starania zwiększają prawdopodobieństwo rewizyt klientów w sklepie, i grafik dyżurów nocnych pracowników działu nabiałowego, i słodkie od mrozu ziemniaki i frytki, wreszcie podejrzenia o możliwość sabotażu wobec mojej osoby na dziale informatycznym (zapobiegliwość sprzedawcy po czasie, obiektywnie patrząc, wydaje mi się wcale nie pozbawiona podstaw, takie mamy czasy). A sędzia na koturnach z izolatorów! A jeszcze, przywołuję w pamięci wieńczącą każde zakupy pokusę skoku w BOK. Obracam się, by rzucić ostatnie spojrzenie na olbrzymi kryty parking Gnáta, na którego stropie drgają cienie dziesiątek filarów oświetlanych przez rozpalone koksiaki. Gra harmonia… Tak jak się spodziewałem, kilka cieni odprowadza mnie wzrokiem. I jeszcze uświadamiam sobie na drodze luźnych wspomnień skojarzeń, że ów ciepły parking jest kryty wielokrotnie.
  Jednak czyż bez tej bazy można by w ogóle myśleć o nadbudowie?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 20 Marca 2010, 11:27:48
Teraz rozumiem, dalczego w krajach, zdawałoby się rozwiniętych, uprzemysłowionych co roku zimą tyle osób zamaraza. Po prostu czekają nocami na parkingach na poranne otwarcie hipermarketów.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: zakupy pedadoga w 20 Marca 2010, 17:11:53
Aż mnie dzisiaj natchnęło i postanowiłem sprawdzić co jest po drugiej stronie, czyli którędy i dokąd zmierza darmowy autobus odjeżdżający minutę przed podzielną przez trzy spod mojego domu. Podróż zaprawdę ciekawa, zarówno ze względu na trasę jak i współpasażerów wyposażonych w różne wymyślne toboły i wózeczki. Po drodze przykuł moją uwagę widok menela usiłującego sięgnąć przez kraty do zamkniętego na klucz śmietnika na jednym z mijanych osiedli. Nie wiem jak się skończyło ale widać było, że wystarczy poczekać aż paznokcie mu trochę podrosną, a cel zostanie uchwycony.
Zawartość autobusu z końcowego przystanku pognała do, najprawdopodobniej, tatarskiego pałacu (należącego podobno do jakiegoś chana, lubiącego, jak to Tatar, pośpiewać "auua, auuuua".
Wrażeń, mimo, że tylko z 2 godzin, nie opiszę - nie chcę dr wchodzić w rolę ale muszę się przyznać, że uległem... Na wielką salę nawet się nie zapuściłem - źle na mnie wpływały widoczne już z zewnątrz, wiszące w równych odstępach niekończące się podobne plakaty. Czułem się jak między dwoma równoległymi lustrami. I mimo, że podobne zjawisko obserwuję nieraz w przedziałach wagonów typu "pulman", to tym razem jakoś źle na mnie wpływało.
Ale nawet w okalających alejkach odczułem typowy syndrom otępienia i obezwładnienia, który poskutkował strasznym powłóczeniem nogami i szuraniem, które w ostateczności doprowadziły do zakupu nowych butów... Chanat zwyciężył...
Tytuł: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: nick: dr O.B. w 21 Marca 2010, 10:20:22
  * * *
  Ten podniszczony plik papierów kończy się wielu dopiskami pod tekstem bądź na dopiętych kartkach:
  1. „Kanalia-pismak łaskawie wyśpiewał, że przyszedł do nas, szelma, z prawie gotowym reportażem celem dokonania ostatnich poprawek. Obserwowany od dłuższego czasu, wypytywał, gnój, i pisał. To ten psubrat, co najpierw myśleliśmy, że sanepid, ale okazało się w sumie gorzej. Kartki miał pod koszulą. Ale nasze służby się spisały (ZX 50 do premii!). Zostawiam decyzję w ww. sprawie wg osobistego uznania Waszej Dostojności Dyrektora Naczelnego Gnáta. ( — ) podpis nieczytelny, Kier. Ochr.  w zast. pan P. Rosiak”.
  2. Kopia a/a. poufne!.
  3. Postąpić wg proced. ogólnej nr 3 Ś. ( — ) prof. Woland, Dyr. Naczelny (podpis niezupełnie czytelny).
  4. Wykonano dn. 23. 12. 2012 r. ( — ) plut. dr Piotr Pal, z-ca Kierownika Nadzoru nad Klientem.
  5. Box 23a, dół, lewa. Wpłynęło 23. 12. 2012 r. o 23:58. ( — ) mgr inż. Feliks Frost, Woźny Magazynu Niskich Temperatur” (pieczęć podłużna).
  6. Okulary szt. 1; 9,90. Zegarek męski 39,90 (nie chodzi). Spodnie męskie 19,90. Buty na dary lub promocję (zniszcz.). Koszula — mówili, że podarli przy pisaniu protokołu. Pozostała odzież przek. do pralni i bielnika. Skarpetki miał nie do pary. ( — ) dr Jan Daj, Kier. Depozytu.
  7. Ważenie komisyjne 64 kg b/k. Glutamina ma nadwyżki.
  8. Przek. na Halę Gł. 24. 12. 2002 r. (—)  Sędz...
  9. Kwituję odbór. (—) Kali.
  Dokument ten znaleźliśmy z kolegami „z pracy” wśród sterty papierów na naszym wysypisku.
Definitywny K o n i e c

Katowice 2002 – 2003
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 21 Marca 2010, 11:28:41
No tak Woland i Kali, co za boskie kierownictwo. Ważne, że w Gnácie postawiono na wielokulturowość także w kierownictwie sklepu. Na wzór wielobóstwa w Starożytnym Rzymie.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 22 Marca 2010, 09:44:02
Dotarłem do godziny 16:11 i tak zasmakowałem (się) w atmosferze tego marketu, że sam dałem nura pomiędzy regały merlina i zakupiłem komplet (papierowych) pozycji dotyczących Jakuba Wędrowycza...
A odbiorę je w paczkomacie 24/7 (Moniuszki 8 ), co czyni tę wyprawę bardziej fascynującą, bo będzie to można zrobić np o północy...

Strach czytać dalej...
Ale czytam, choć pedadogiczna nuta przeziera spod literek i wersów...
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 22 Marca 2010, 11:25:02
Dotarłem do 17:07 i z przerażeniem stwierdziłem, że zakupiłem  A4-TECH mysz optyczna G6-70D (odbór osobisty  na Obrońców Pokoju 7, w salonie Komputronika).
Nie będę chyba czytał dalej, bo strach coraz większy, a pieniędzy coraz mniej.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: 666 w 22 Marca 2010, 12:17:58
Dotarłem do 17:07 i z przerażeniem stwierdziłem, że zakupiłem  A4-TECH mysz optyczna G6-70D (odbór osobisty  na Obrońców Pokoju 7, w salonie Komputronika).
Nie będę chyba czytał dalej, bo strach coraz większy, a pieniędzy coraz mniej.

A może nick: dr O.B. to wysłannik Gnata na naszym forum? Ukryte przekazy podprogowe i te sprawy... ja się boję czytać.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 22 Marca 2010, 12:26:44
aprecjacja poprzez popyt
Ta prawda podoba mi się najbardziej.
Koniec
Pedadogowi  gratuluję pomysłu, wykonania i barwnego opisanie rzeczywistości dla mnie niedostępnej (z wyboru).
Muszę to teraz odchorować z kilku powodów:
1. Zazdrości że jak tak nie potrafię pisać
2. Obrazowości, plastyczności i realności opisu - czuję się, jakbym był w tym sklepie, a to jest powód do choroby
3. Hurtowości  - przeczytałem to za jednym zamachem a to boli.
PS
żeby nie było tak cudownie do końca, wyraz "nahalna" pisze się nieco dłużej  S:) ;)
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 22 Marca 2010, 12:37:01
Cieszę się, że Stefek się przekonał do czytania i Pedadoga. Nachalność jest bowiem fascynująca, jeżeli nie jest nahalna... ;)
A dr O.B, kimkolwiek by nie był - do pióra!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: halny pedadoga w 22 Marca 2010, 12:55:35
(...)Pedadogowi  gratuluję pomysłu, wykonania i barwnego opisanie rzeczywistości dla mnie niedostępnej (z wyboru).
Muszę to teraz odchorować z kilku powodów:
1. Zazdrości że jak tak nie potrafię pisać
(...)żeby nie było tak cudownie do końca, wyraz "nahalna" pisze się nieco dłużej  S:) ;)
Zacytowałem z premedytacją, pomny doświadczeń.
Nie powinienem się bronić bo to przyniesie skutek odwrotny ale głupio byłoby mi przed autorem. Prawników nie trzeba, dziękuję.
Ja was nie wyleczę z fascynacji numerami IP(N), coż byście poczęli na starym forum? Nie wiem czy ciężko zrozumieć coś takiego jak pomoc techniczna, Sherlockowie. Pedadog nie mógłby tego zapisać ze względu na uczulenie, które nie pozwoliłoby mu uzyskać potrzebnych informacji, o brakach w stylu pedadoga już nie wspominając.
Szkoda, że dokładne podpisanie tekstu traktowane jest jako przekręt.
A "nahalny"? W Mielcu płasko to i na halę ciężko wstąpić i wiatr nie dowiewa... cóż mogę...
Autora do pióra namiawiać nie musicie, natomiast może już być problem z namówieniem do zrucania tutaj...
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 22 Marca 2010, 13:02:12
Zacytowałem z premedytacją, pomny doświadczeń.
Nie powinienem się bronić bo to przyniesie skutek odwrotny ale głupio byłoby mi przed autorem. Prawników nie trzeba, dziękuję.
Ja was nie wyleczę z fascynacji numerami IP(N), coż byście poczęli na starym forum? Nie wiem czy ciężko zrozumieć coś takiego jak pomoc techniczna, Sherlockowie. Pedadog nie mógłby tego zapisać ze względu na uczulenie, które nie pozwoliłoby mu uzyskać potrzebnych informacji, o brakach w stylu pedadoga już nie wspominając.
Szkoda, że dokładne podpisanie tekstu traktowane jest jako przekręt.
A "nahalny"? W Mielcu płasko to i na halę ciężko wstąpić i wiatr nie dowiewa... cóż mogę...
Autora do pióra namiawiać nie musicie, natomiast może już być problem z namówieniem do zrucania tutaj...
Zacytowałem bez premedytacji (obca mi jest jako słowianinowi)
1. Pozostanę przy swoim zdaniu (błędnym jak zwykle)  - tradycja zobowiązuję.
2. Przepraszam za"nahalność"  - brak ciapków i poniedziałek zaćmił i tak przeżarty truskawkową prytą mózg.
3. A w ogóle wszystko jest do dupy - że zakończę ulubioną moją sentencją, która nijak się ma do meritum.
Przypominam, że dziś mija termin do wysyłania tekstów na TŁ 2010, a wkrótce na Grudę.
Do piór!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 22 Marca 2010, 13:31:10
Autora do pióra namiawiać nie musicie, natomiast może już być problem z namówieniem do zrucania tutaj...
A to dlaczego? Czyżby autor nie zdawał sobie sprawy, że jego dzieło ma opóźniony zapłon?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 22 Marca 2010, 15:02:11
Ja to sobie wydrukuję, zbinduję i przeczytam w analogu, bo e-book wali po oczach.
Przed nami rekolekcje wielkopostne i dwie rady pedagogiczne, będzie kiedy  :)
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 22 Marca 2010, 19:50:22
Możesz poczytać w sklepie. Przed świętami także będzie mnóstwo okazji.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 22 Marca 2010, 21:21:35
Jeszcze mnie w Gnacie ochrona przydybie z tymi tajnymi skryptami...
A na przewodnik polowy po sklepie wielkopowierzchniowym to chyba trochę za obszerne.
No i mapki nie ma. A co to za przewodnik bez mapki.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 22 Marca 2010, 21:32:33
Mapka się zawsze znajdzie. Jest np. taka:
(http://swadzim.auchan.pl/img/plan.jpg)
to i Gnatową się gdzieś wylooka ;D
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 22 Marca 2010, 22:03:26
Mapka się zawsze znajdzie. Jest np. taka:
(http://swadzim.auchan.pl/img/plan.jpg)
to i Gnatową się gdzieś wylooka ;D
A gdzie dział z bankomatami? Może jakaś promocja?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bruxa w 22 Marca 2010, 22:16:18
A co to jest Swadzim i w której alejce leży?  ???
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 22 Marca 2010, 22:25:19
Jak to leży? To nie cmentarz, to HIPERMARKET ;D
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 23 Marca 2010, 06:00:56
won!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 23 Marca 2010, 09:04:11
Co won? Znowu metafory? Won to mówiono rewizjonistom z Bonn. Rozumiem, że w ten wdzięczny i bezpretensjonalny sposób kontynuujesz ten wątek. A tak w ogóle, to kultury trochę nie zawadzi. Nie zachowuj się jak w hipermarkecie! Bo przecież w domu się tak nie zachowujesz. Wiem, bo Cię widziałem...
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 23 Marca 2010, 09:40:38
to było stwierdzenie bez podtekstów
i dotyczyło mapki
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Bluesmanniak w 23 Marca 2010, 13:18:19
Ależ mapka nie była z Bonn - tu chodzi o Swadzim!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 23 Marca 2010, 17:05:37
Sweedizm? (Bruxa nie czytaj)
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: ArcyCierń w 23 Marca 2010, 20:54:55
Swadźba, Panowie! Do tego słowa skojarzenie mi poszło!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 23 Marca 2010, 23:25:03
Swadźba, Panowie! Do tego słowa skojarzenie mi poszło!
Bardzo słusznie Ci się skojarzyło! Nie ma przecież rodziny bez wcześniej lub później odbytej swadźby. NIe od rzeczy będzie także wspomnieć, o jakże częstych swadach podczas swadźby.
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Ali w 26 Marca 2010, 06:24:25
Swadźba, Panowie! Do tego słowa skojarzenie mi poszło!
A o którego chodzi?
Swadźba Jakub (http://www.medicine.krakow.pl/public/staff_info.php?personal_id=SWA&lang=pl)?
A może Swadźba Stanisław (http://naukowcy.polsl.pl/Lists/Wydzia%20Organizacji%20i%20Zarzdzania/DispForm.aspx?ID=25)?
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Stefan w 26 Marca 2010, 06:25:31
Zdecydowanie Stanisław!
Tytuł: Odp: Na zakupy
Wiadomość wysłana przez: Cezarian w 26 Marca 2010, 09:32:47
Zdecydowanie Stanisław!
Chyba na to genialne połączenie specjalności:  mikroekonomia, a z drugiej strony problemy globalne. Ten to dopiero musi mieć żonę... ;)
A mi się bardziej podoba Jakub, bo jego stronka nie chce się otworzyć i nie mogę się do niczego przyczepić.