J a c e k D r o b n i k
N a z a k u p y
9:53
Próbując wyminąć gęsty tłum chciałem sobie skrócić drogę przez zaśnieżony obecnie trawnik. Pożałowałem. Potknąłem się o coś i upadłem twarzą w mokry biały puch. To coś okazało się drewnianą tabliczką na niskim metalowym pręcie: „Nie...” — odgarniam śnieg z napisu — „Nie karmić krowy”.
Gdzie jestem, Czytelniku? Nie będę Cię trzymał w niepewności. Przed Gnátem.
Zawracam więc z obranej drogi, by dać się ponieść sobotniej ciżbie i w ten piękny dzień pożegnać się z błękitnym niebem, mrozem i roziskrzonym śniegiem. Na niedługo. Pcham się tak jak wszyscy.
Mam wreszcie wózek, który połknął moje pięć złotych. Czy jest mi potrzebny? Odwracam się na chwilę, by pomyśleć — i uświadomiwszy sobie po co tu przyszedłem decyduję: starczy koszyk. Ale mojego wózka z pięciozłotówką już nie ma, popłynął gdzieś z tłumem. A więc nie mam wyboru; oby to była ostatnia porażka. Dobrze, że nie dopiąłem przyczepy za kolejnego piątaka.
Przede mną niczym bunkier rozpościera się zwarta, niska a rozległa bryła kombinatu handlowego Gnát. Przedsiębiorstwo zasługuje w pełni na to określenie, zarówno za sprawą swej przebogatej oferty, jak i rozmiarów swych obiektów handlowych. Wszyscy znamy je z własnych wypraw pod niezmierzony, gościnny dach. Czy jednak wiemy wszystko? Czyż nie byłoby przyjemnie poznać nieco tajników, „sekretów kuchni” firmy, która tak trwale wrosła w nasz krajobraz? Firmy, która tak ściśle związała się z życiem naszych gospodarstw domowych, która spełnia marzenia i stawia wyzwania nam, konsumentom? Z postanowieniem, że spróbuję dokonać czegoś więcej niż udane zakupy, dobrze odżywiony, wyspawszy się uprzednio przez trzynaście godzin, po zabezpieczeniu przeciwdebetowym swego konta oraz przećwiczywszy zapobiegliwie przed lustrem sztukę konfabulacji, staram się wmieszać w tłum zwykłych klientów. Nie przyjechałem samochodem, aby podczas mojej wizyty nie myśleć o dodatkowych rzeczach, jak to, czy uda mi się skutecznie znaleźć wyjazd z ogromnego parkingu. Nie będę wyciągał notesu nie chcąc wpadać w oko kamerom, postanawiam jedynie polegać na własnej pamięci. Czyż nie każdy z nas czyni podobnie i przed zakupami podejmuje decyzje, kreśli plan co kupić, a na co z kolei nie dać się „złapać” przebiegłym handlowcom? W moich planach dla niepoznaki i ja deklaruję się kupić co nieco, zresztą i tak nie mam wyboru.
Często niesłusznie narzeka się na domy handlowe jako sprawców monopolu. Ale przecież gdy tylko Gnát przejął kontrolę nad chorobliwie i pasożytniczo rozwijającym się miejscowym rynkiem kapitalistycznym, wprowadził swoje zasady, z których na czele należy wymienić miłość do klienta, postępowość i innowacyjność na szeroką skalę. Wbrew cynicznym insynuacjom środowisk wsteczno-oświeconych, które jakimś sposobem dochlapują się do prasy i mikrofonu, w Gnácie każdy może się naocznie przekonać, że firma propaguje i popiera na przykład rzemiosło, sztukę i wolny handel. Dlatego właśnie hala sprzedażna marketu jest taka wielka. To pod gnátowskimi skrzydłami zachodzi ukierunkowany, uświadomiony, planowy, pomyślny i szczęśliwy rozwój społeczny, a ciągnące tu rzesze gawiedzi są tego najlepszym codziennym dowodem. Nie mówiąc już o dniach wolnych i świątecznych.
Hala Gnáta! Wzrok ani słowo do jej przeciwległej ściany nie dobiegnie. Brak horyzontu przeobraża moje zakupy w ekscytującą podróż w nieznane. Jednak kto nie chce się czuć wyobcowany w czasie debat rodzinnych, musi być na bieżąco z najnowszymi osiągnięciami gospodarczymi kraju. Pokonując presję otoczenia w tym temacie staram się niniejszym pokonać presję ciżby wokół siebie i po kilkunastu próbach przepchnięcia się mam wreszcie wrażenie, że znalazłem się wewnątrz bezkresnej hali handlowej. Tłum zelżał, rozlazł się wśród okrzyków „Lekarza!”, „Ojej”, „Ratunku!”, „Promocja!”, „Gdzie mój portfel?”, „Hura!”, „Zbyszek, jesteś filister, tyran i mydlarz, puść, złamiesz mi rękę!” i „Wszelki duch Pana Boga chwali!”, a także całej masy przekleństw, nieartykułowanych westchnień, odgłosów wytężenia, lżenia leżąc, olśnienia i zwykłego babskiego wrzasku. To wszystko stało się tak szybko! Zrobiło się jaśniej niż na dworze. Zaroiło się od kolorowych proporców, szyldów i wielkich plansz z liczbami kończącymi się na 90 lub 99, większymi nawet niż nazwa produktu, co akurat wydaje mi się uzasadnione, o ile zgodzimy się, że kierować się należy raczej ceną, nie zaś charakterystyką towaru. Roją się tedy nowoczesne proporce legionów, Blutfanne naszych czasów. Jakaś starowinka obok mnie wykonuje znak krzyża. Pod stopami równa, bezpieczna, krwito-błotna posadzka. Słyszę z głośników reklamy (te świąteczne, z dzwoneczkami); nawet niewidomy zorientowałby się, że jest już w sklepie i że zbliżają się święta. Nabieram więc powietrza do mojej obolałej od cudzych łokci i kolan piersi — i rozglądam się.
W międzyczasie zdążyłem jakimś cudem wydrzeć swój bilet z automatu i przestąpić turnikiet przy wejściu, jednak stało się to tak szybko i tak machinalnie, że wydarzenia te pozostają cieniem w pamięci wobec feerii kolorów i dźwięków, które jawią się przede mną, przed spragnionym wrażeń statystycznym klientem, pod którego się podszyłem. Raz po raz sprawdzam, czy bilet leży w kieszeni — dla uniknięcia kłopotów. Przecież market to nie kino.
Mój telefon komórkowy piszczy. Otrzymuję wiadomość: „Witamy w Gnácie! Zapraszamy na zakupy. Skręć w lewo pod tablicę Początek trasy. Aby odsłuchać listę promocji naciśnij pięć. Aby odsłuchać listę okazji naciśnij osiem. By wezwać pierwszą pomoc naciśnij krzyżyk.” Wyłączyłem gada. Co za niedopatrzenie!
c.d.n.