Autor Wątek: Zygfryd - odcinek druhý (2)  (Przeczytany 1849 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline 666

  • Łeb-Majster
  • Młodszy Techniczny Telewizyjny
  • Kombatant Wojny Rosyjsko-Japońskiej
  • ***
  • Wiadomości: 4910
  • słoiki dżemu truskawkowego +668/-666
  • Płeć: Mężczyzna
    • 4915610
    • Maciej Zembaty - strona nieoficjalna
Zygfryd - odcinek druhý (2)
« dnia: 03 Marca 2008, 00:26:58 »
Odcinek 2 - Książka
(autor:  >:D)

Dziadek Jacek: Eeeh, Marylko. Jaki właściwie mamy dziś dzień?
Po mieszkaniu lata komar...
Maryla: Środa najprawdopodobniej, a bo co? Maurycy, podaj mi packę na muchy.
Marylka próbuje zabić komara.
Dziadek Jacek: A nic, tak pytam, żeby podtrzymać rozmowę.
Komar dalej lata...
Maurycy: Musisz mamo mocniej uderzać. Daj ja to zrobię.
Maurycy zabija komara packą.
Maurycy: Tak to się robi.
Marylka: Dokładnie 13 lutego 2008.
Dziadek Jacek: Oooo... dobrze... dobrze, że nie piątek. W niezapomnianym roku 1904, w pewien piątek 13-tego, wstałem, właśnie, nieopatrznie lewą nogą, rozbiłem lustro i przeszedłem pod drabiną, a nawet przeszedłem drogę pewnemu czarnemu jak smoła japońskiemu kotu. Powiem tylko, że nie był to najszczęśliwszy dzień dla naszego oddziału. Na szczęście w jakiś czas potem spotkałem przechodzącego kominiarza. Szybko chwyciłem się za guzik, co uratowało nasz oddział przed sromotną klęską.
Maryla: Która to godzina? Już ciemno, Grzegorz powinien zaraz wrócić z pracy.
(niespodziewanie) Wchodzi Grzegorz.
Grzegorz: Dzień dobry moi kochani. Czy życie nie jest piękne?
Dziadek Jacek: Co ty pieprzysz?
Maryla: Piłeś?
Grzegorz: Tak, piłem. Ale wcale nie dlatego dzień dzisiejszy uznaję za wyjątkowo udany.
Dziadek Jacek: Eeeee tam. Dzień, jak co dzień - gdyby choć kromkę z dżemem można było zjeść, ale nawet tego nie ma.
Maryla: Tak Grzegorzu, nie żyjemy na wysokiej stopie. Inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. A obiecywałeś mi góry, jaka ja byłam naiwna wychodząc za ciebie.
Grzegorz: Ahaha, no właśnie, a wy jak zwykle swoje. Cóż za ciemna, w zasadzie, rodzina. Konsumenci, psiamać.
Dziadek Jacek: Co? Przecież właśnie od 3 dni nic nie konsumowałem. Nie licząc tego karalucha, którego Maryla usmażyła wczoraj w panierce z kurzu.
Maryla: Oj tak Grzegorzu. To, że jesteś szmatą, nie usprawiedliwia twoich śmiesznie niskich zarobków.
Grzegorz: Podtrzymuję - jesteście bezmyślnymi, sterowanymi robotami epoki konsumpcjonizmu, którzy nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa. Nie dostaniecie podwyżki Poszepszyński.
Maryla: Grzegorzu, czy ty się dobrze czujesz?
Grzegorzu: W zupełności. Dokładnie te słowa usłyszałem dziś właśnie od swojego szefa, pana Yamamoto i przejrzałem na oczy.
Maryla: Nie wierzę, czyżbyś poprosił swojego szefa o podwyżkę?
Dziadek Jacek: Ja też nie wierzę.
Grzegorz: I słusznie. Nie poprosiłem. To pan Yamamoto uprzedzając mnie, dał mi dobitnie do zrozumienia, że nie mam na co liczyć.
Maryla: A ja bym chciała, żebyś raz wykazał się odwagą i wygarną komu trzeba, może wtedy...
Grzegorz: Tak, wtedy na pewno wywaliliby mnie z roboty na pysk i po sprawie. O co to, to nie - takiej satysfakcji im nie dam.
Dziadek Jacek: A i bardzo dobrze! Czasem każdemu przyda się takie wywalenie na bruk, znalezienie się na dnie.
Maurycy: Mamo, czy my już jesteśmy na dnie?
Maryla: Nie mam pewności synku.
Grzegorz: Byzydura! Jesteśmy normalną, statystyczną polską podstawową komórką społeczną, jaką niewątpliwie jest rodzina.
Maurycy: Aha, to czemu jak stoję przed sklepem, to widzę tyle pań, które codziennie z rana kupują bułki, chleby, sery, a nawet szynki, czy kiełbasy?
Grzegorz: Nikt cię nie pytał o zdanie.
Dziadek Jacek: Co ty powiesz? To czemu nigdy nic do domu nie przyniesiesz?
Maurycy: Dziadku. Czasy nie te. Patrole straży miejskiej plączą się tu i tam. cHWDP, cHWDP.
Dziadek Jacek: cHWDP?
Maurycy: Tak dziadku. Chowaj wino do plecaka. To nasze podsklepowe hasło, kiedy to pojawia się patrol. W końcu nie mam jeszcze ukończonych 18-tu lat.
Maryla: No właśnie. Uważaj Maurycy na siebie. Ostatnio bezpieczeństwo młodzieży zmniejszyło się drastycznie.
Maurycy: Trafiłaś mamusiu. Żyjemy w ciągłym stresie, a i wódkę dostać już nie tak łatwo. Nawet z paleniem trzeba się kryć... o właśnie. Stary, kopsnij szluga.
Grzegorz: Co?
Maurycy: Stary, kopsnij szluga.
Maryla: Jak ty się wyrażasz?
Maurycy: Normalnie. Tak się teraz mówi.
Dziadek Jacek: Słyszysz Marylko - tak się teraz mówi.
Grzegorz: A skąd ja ci wezmę teraz papierosa? Czekajcie, to właśnie o tym miałem wam dzisiaj powiedzieć.
Maryla: O papierosach?
Grzegorz: Nie! O tym, że dbacie tylko o własne ciało, o przyjemności. A gdzie w tym wszystkim miejsce na ducha?
Maryla: Czy masz na myśli seans spirytystyczny? Już raz to przerabialiśmy...
Dziadek Jacek: Spirytystyczny? Całkiem niegłupi pomysł. Napiłbym się chętnie, a właściwie schlał jak świnia do nieprzytomności.
Grzegorz: Cisza! Mam na myśli duszę, czyli tak zwany rozwój intelektualny. Patrzcie.
Grzegorz wyjmuje coś ze spodni i rzuca na stół (jeśli w ogóle stół znajdował się w tym mieszkaniu. W innym przypadku na podłogę).
Chwila ciszy.

Dziadek Jacek: Co to? A co to takiego?
Maryla: Coś ty przyniósł?
Maurycy: To chyba jakaś nowa gazeta, pewnie miesięcznik, bo strasznie gruba.
Grzegorz: Ha ha ha! Żal mi was... naprawdę. Jak wy mało wiecie o świecie, o nauce, o kulturze wyższej. To jest, moi drodzy, książ-ka.
Maurycy: Książ-ka.
Grzegorz: Tak jest synu.
Maryla: Do czego to służy?
Dziadek Jacek: Czy to jest do jedzenia?
Grzegorz: Papo! Papo!! Niech papa natychmiast wypluje tę książkę, bo się cała zamoczy.
Dziadek Jacek: Pfuj. I tak smaku żadnego to, to nie posiada.
Maurycy: Już sobie przypominam! W szkole często mówiono o książkach, jednak nigdy nie miałem okazji widzieć takiej na własne oczy. Dopiero teraz przekonałem się co to takiego.
Grzegorz: A właśnie. Zaniedbaliśmy rozwój intelektualny naszego syna Marylko.
Maryla: Grzegorzu, ty naprawdę zwariowałeś. W procesie kształtowania naszego syna, zawsze stawialiśmy na upór i konsekwencje. Maurycy wychowywany był w rodzinie z tradycjami, która rządzi się surowym brakiem wszelkich reguł, no i nigdy nie ograniczaliśmy rozwoju naszego syna. Wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej.
Grzegorz: Tak nam się tylko zdawało.
Maryla: Maurycy, nie słuchaj tego. Idź do swojego pokoju.
Maurycy: I tak nie mam zamiaru wysłuchiwać waszej kolejnej kłótni, jesteście żałośni, idę stąd.
Maurycy wychodzi, trzaskając drzwiami.
Dziadek Jacek: No ładnie, ładnie. Zapowiada się jednak ciekawy dzień.
Grzegorz: I widzisz Marylu? Tak kończą się te twoje metody!
Maryla: Myślałam, że są to "nasze" metody?
Grzegorz: Źle ci się wydawało i pan Yamamoto mi to właśnie uświadomił.
Maryla: Tak? To może pan Yamamoto powinien wziąć się za wychowanie naszego syna?
Dziadek Jacek: No dobra, już dobra. Muszę wam przerwać, bo dalej nie wiem, psia mać, do czego służy ta książka. Po coś ty Grzegorzu to przyniósł? Zawsze przynosiłeś jakieś w miarę przydatne rzeczy, a tu nagle, ni z tego, ni z owego.. to. Może ma to jednak jakieś praktyczne zastosowanie?
Grzegorz: A ma. A właśnie, że ma.
Maryla: Tak? Już wiem, można by tym palić w piecu. Chyba gdzieś nawet mamy piecyk, tylko nie pamiętam gdzie, bo dawno go nie używaliśmy.
Grzegorz: No ja ci dam w piecu! Ja ci dam! Przeczyta się taką książkę, w zasadzie, i od razu człowiek jest mądrzejszy, nabywa wiedzy o świecie, a przede wszystkim może pochwalić się, pogadać kulturalnie w towarzystwie. Można zabłysnąć podczas takiej rozmowy i wtedy ludzie nabierają do ciebie respektu i poszanowania...
Dziadek Jacek: No, no nie rozpędzaj się Grzegorzu z tym Poszanowaniem. Hue hue.
Grzegorz: Niech papa zamilknie. Co papa wie...
Dziadek Jacek: Ooo Grzegorzu... ty byś się zdziwił, ile to ja rzeczy wiem o świecie. A czy ty wiesz na przykład, że w Mandżurii żyją żaby, które potrafią zabić skórą? A widzisz, a ja wiem... no, no, bo po prostu zjadłem kiedyś taką żabę i gdyby nie pewien Francuz... A wiadomo - Francuzi na żabach znają się jak mało kto...
Grzeogrz: Francuz? W Mandżurii.
Dziadek Jacek: Co?
Grzegorz: No Francuz.
Dziadek Jacek: Jaki Francuz?
Maryla: No przecież mówił ojciec...
Dziadek Jacek: Co mówiłem?
Grzegorz: W zasadzie, góóówno.
Dziadek Jacek: No ładnie Grzegorzu się wyrażasz, ale w dalszym ciągu nie rzoumiem.
Grzegorz: Marylo. Trzymaj mnie, bo nie ręczę za siebie.
Dziadek Jacek: A więc przemoc? Pysznie.
Grzegorz: Siekierę, dajcie mi siekierę!
Dziadek Jacek: Nie posiadamy siekiery, natomiast muszę ci powiedzieć, że całkiem zabawnie wyglądasz kiedy się tak złościsz.
Grzegorz dostaje zadyszki, czyli zawału.
Grzegorz: Wody, wody!
Marylka: Zdecyduj się! To mam ci przynieść wodę czy siekierę?
Dziadek Jacek: Jak już mówiłem, nie posiadamy siekiery.
Maryla: Mogę pożyczyć od pana Włodzimierza.
Grzegorz nadal dostaje zawału.
Dziadek Jacek: Nie zadręczaj się Marylko, Grzegorz będzie chciał to sam sobie pójdzie.
Marylka: Grzegorzu? Grzegorzu?
Grzegorza: ... yyyyyy! ...
Grzegorz dostaje zawału, mdleje.
Dziadek Jacek: Zemdlał.
Maryla: No masz ci los. Ten zawsze dostaje zawału w odpowiedniej chwili. Akurat, kiedy dyskutowaliśmy ważne sprawy...
Dziadek Jacek: Czyli kłóciliście się. Należy nazywać sprawy po imieniu.
Maryla: Niech ojciec nie będzie taki do przodu, bo nie dostanie ojciec jeść.
Dziadek Jacek: To znaczy, że zamierzałaś mi dać coś do jedzenia Marylko?
Maryla: Ale skąd!
Dziadek Jacek: Czyli mogę sobie pozwolić na odrobinę bezczelności pod twoim adresem. Chyba, że miałabyś trochę dżemiku... mógłbym wtedy troszkę spuścić z tonu. Przekupny jestem od zawsze i nie kryje się z tym. Niech każdy wie, bo inaczej z głodu bym umarł. Podczas procesu Zachariasza Dorożyńskiego, zabójcy Igi Korczyńskiej, tancerki teatrzyku "Ananas" w Warszawie, wiedzieli jak sprawić, żebym mówił wszystko co chcieli.
Maryla: Kto?
Dziadek Jacek: No "Oni". Wiadome siły.
Maryla: Ja tam nie wiem o kim ojciec mówi.
Dziadek Jacek: I tym lepiej dla ciebie. Z nimi lepiej krótko: "3 słoiki dżemu" - mówię - "I ani słoika mniej". Dostałem 2 i każdy był zadowolony. Oprócz Zachariasza, rzecz jasna, który poprzysiągł mi zemstę, a także Igi, która już, prawda, nie żyła. Ale najadłem się wtedy po wsze czasy, warto było. Chlebek z dżemem - palce lizać.
Maryla: To obrzydliwe. Jak można być tak obślizgłym i zachłannym.
Dziadek Jacek: Po prostu trzeba umieć sobie radzić w życiu. W każdej sytuacji należy umieć się znaleźć i ugrać coś dla siebie. Tak mawiał kaprala Jedziniak, który to raz walczył prawda z nami, raz z wrogiem - zależy kto więcej zapłacił.
Maryla: No może i racja. Tylko, że mojemu mężowi nikt nie proponuje tak szemranych układów niestety.
Dziadek Jacek: Grzegorz? To zwykła szmata jest (między nami mówiąc). Korzystając z okazji, że leży nieprzytomny, mogę powiedzieć ci, że lepiej byś zrobiła nigdy za niego nie wychodząc, a może trafiłby ci się jakiś potentat dżemowy, czy inny szwejk, kto wie...
Maryla: Takie dywagacje do niczego dobrego nie prowadzą. Lepsza własna szmata, niż cudza ścierka, czy na odwrót, najprawdopodobniej.
Dziadek Jacek: Dobrze powiedziane Marylko. To co z nim zrobimy?
Maryla: No jak to co? Trzeba dzwonić po pogotowie, jak poprzednim razem.
Dziadek Jacek: Przecież odcięli nam telefon za, jak to określili, zwłokę z zapłatą aboma... anoba... rachunków.
Maryla: No pewnie. Oni by chcieli wszystkie opłaty na czas. A nam kto zapłaci?
Dziadek Jacek: Mi to chyba ZUS.
Maryla: Niech no ojciec tyle nie gada, tylko przyniesie trochę wody.
Grzegorz dochodzi do siebie, podnosi się z podłogi.
Grzegorz: Już nie trzeba. W zasadzie doszedłem do siebie.
Maryla: No dzięki Bogu, bo zaczynałam się już martwić. Dostałeś nad wyraz silnego zawału.
Grzegorz: Co... a co to tutaj leży?
Dziadek Jacek: To jest, no ta, książka. Sam ją przyniosłeś z pracy.
Grzegorz: Ja? Musiałem być chyba pijany.
Dziadek Jacek: Całkiem możliwe, aczkolwiek twardo stałeś na nogach, a język ci się nie plątał. Upadłeś co prawda na podłogę, lecz z zupełnie innego powodu.
Grzegorz: Możemy to jeszcze nadrobić.
Maryla: Z miłą chęcią Grzegorzu. Widzę, że zawał naprawdę dobrze ci zrobił...
Dziadek Jacek: O tak, zawał od czasu do czasu... żyć, nie umierać. No dobrze, to skoczę raz-dwa do sklepu, może uda mi się wymienić tą, tfu, książkę, na jakieś wiktuały. Trzask prask panie i sprawy wróciły do normy.
« Ostatnia zmiana: 03 Marca 2008, 11:57:11 wysłana przez Zygfryd666 »
nie graj ze mną...